Wielka Majówka

Digital nomading

26 kwietnia–23 maja 2018
Σ=5826 km

Ξ 26.04.2019 – za Dreznem; 712 km 50.961470°N 13.072550°E; 356m mnpm

Ξ 27.04.2019 – Lago di Caverdine; 780 km 45.992560°N 10.944070°E; 259m mnpm

Ξ 28.04.2019 – Anfo; 69 km 45.762690°N 10.492240°E; 362m mnpm

Ξ 29-30.04.2019 – Lago di Cavedine; 105 km 45.992300°N 10.944000°E; 188m mnpm

Ξ 01.05.2019 – Coltura; 43 km 46.059310°N 10.808950°E; 607m mnpm

Ξ 02.05.2019 – LdC; 59 km 45.992410°N 10.943830°E; 246m mnpm

Ξ 03.05.2019 – LdC; 57 km 45.992410°N 10.943960°E; 250m mnpm

Ξ 04.05.2019 – Loiano; 280 km 44.272100°N 11.315370°E; 707m mnpm

Ξ 05.05.2019 – Acquasparta; 287 km 42.693280°N 12.542720°E; 331m mnpm

Ξ 06.05.2019 – Vitrebo; 85 km 42.421040°N 12.064420°E; 285m mnpm

Ξ 07.05.2019 – Saturnia; 87 km 42.655900°N 11.504300°E; 165m mnpm

Ξ 08.05.2019 – Bagno Vignoni; 93 km 43.029480°N 11.625180°E; 284m mnpm

Ξ 09.05.2019 – Bagni di Petriolo; 57 km 43.082360°N 11.302100°E; 156m mnpm

Ξ 10.05.2019 – Castelina in Chianti; 56 km 43.473370°N 11.287510°E; 566m mnpm

Ξ 11.05.2019 – Peccioli; 83 km 43.561830°N 10.711190°E; 54m mnpm

Ξ 12.05.2019 – kamieniołom Carrara; 117 km 44.090030°N 10.132880°E; 347mnpm

Ξ 13.05.2019 – Albissola Marina; 291 km 44.323520°N 8.499090°E; 6mnpm

Ξ 14.05.2019 – Col du Lautaret; 272 km 45.034530°N 6.404580°E; 2052mnpm

Ξ 15.05.2019 – Mont Poupet; 333 km 46.958490°N 5.886420°E; 451mnpm

Ξ 16.05.2019 – Wasserbillig (L); 408 km 49.725130°N 6.512850°E; 136mnpm

Ξ 17-18.05.2019 – Heimbach; 152 km 50.628170°N 6.492400°E; 249mnpm

Ξ 19.05.2019 – Mariawald; 6 km 50.617890°N 6.475070°E; 468mnpm

Ξ 20.05.2019 – Hof Huhnstadt; 276 km 50.772940°N 9.445240°E; 350mnpm

Ξ 21.05.2019 – Neukirch/Lausitz; 429 km 51.098710°N 14.306210°E; 308mnpm

Ξ 22.05.2019 – Krasiejów; 382 km 50.661660°N 18.266590°E; 198mnpm

Arco – ekonomiczny przewodnik dla wspinaczy i turystów

O mitycznym Arco słyszał chyba każdy wspinacz skałkowy – słoneczna dolina łącząca zalety włoskiej riwiery i wspinaczkowego refugium.

Dolina Sarca
Dolina Sarca

Pierwszy raz pojechaliśmy tam w 2016, dosłownie na kilka dni, w czasie tripu Austria-Włochy 2016. I się zakochaliśmy.

Arco ma cechy rejonu idealnego – pogoda jest stabilna, wspinania jest MASA, zaplecze logistyczne jest bardzo łatwe i jest – relatywnie – blisko.

Po pierwsze – dojazd

Do Arco najłatwiej dostać się samochodem. Odległość drogowa to około 1500 km, praktycznie tylko autostradami. Pakujemy się pod domem, witamy słońce, gaz w podłogę i na wieczorną pizzę meldujemy się w Arco, po 16 h nieśpiesznej jazdy. Nasza Hanuszka ma obrys tostera, więc na autostradzie jeździmy raczej zgodnie z przepisami, a jej upodobania dietetyczne (LPG) niezbyt przystają do kuchni austriackiej – prawie godzinę zmarnowaliśmy pod Innsbruckiem szukając stacji!

Droga z widokiem na Lago Garda
Droga z widokiem na Lago Garda

Pamiętajcie, że czekają was dodatkowe opłaty drogowe:

  • za autostrady w Austrii – winietka na 10 dni kosztuje 9 €, ale oszczędzamy bezcenny czas,
  • za przejazd przez Przełęcz Brenner – kolejne 9 €, tutaj w zasadzie nie mamy sensownej alternatywy
  • na końcu za autostradę we Włoszech – przejazd Brennero – Trento Nord (Trydent) to ok 10 €, natomiast jeśli chcielibyśmy pojechać autostradą aż do Rovereto (umiarkowanie korzystna czasowo-widokowo opcja) to zapłacimy około 2 € więcej.
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin

Po drugie – mieszkanie

Włochy to kraj cudownie przyjazny spaniu „na dziko” – praktycznie wszędzie wolno, carabinieri się niczego nie czepiają, a miejscówek w turystycznych rejonach jest wyjątkowo dużo. Mimo tego, w Arco i okolicach jest kilka przystępnych kempingów, na wypadek potrzeby ablucji w wodzie cieplejszej niż górska rzeka.

Najmilsze wspomnienia mamy z Agricampeggio Paolino w Pietramuracie, gdzie zapłaciliśmy 22€ za nocleg dla 2 osób z prądem, ale spaliśmy w Hanuszce, za to w cieniu Parete Zebrata. Podczas pierwszej wizyty w Arco zajechaliśmy na Camping Zoo w samym Arco, tuż pod zerwami Monte Colodri (5 minut od Ferraty Colodri), ale trzeba doliczyć dodatkową opłatę za miejsce kempingowe, około 10 €, czyli już 30 € za dwie osoby. Połowę drożej.

Campeggio Paolino pod Parete Zebrata
Campeggio Paolino pod Parete Zebrata

Jeśli przyjechaliście kamperem, można zaparkować w samiutkim Arco, nad rzeką, na wielkim parkingu przy mostku i lodziarni (cennik jak za normalny parking) lub kawałek w głąb miasta, na parkingu przy szpitalu (8€ za noc), ale co warto odnotować – jest tu darmowe ujęcie wody (w tym pitnej) oraz możliwość wylania ścieków (w tym toalety!)

Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip
Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip

A na dziko?

Najwięcej osób śpi przy jeziorze Cavedine – praktycznie cały południowo-wschodni brzeg usiany jest zatoczkami i parkingami, zachęcam przyjechać najpóźniej o 19, bo miejsca są rozchwytywane! Pewną wadą popularności i „legalności” tego miejsca są liczne ślady bytności ludzkiej w lasku nieopodal.

Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine
Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine

Jedzenie najtaniej kupować w dużych sklepach, w Sarche jest bardzo dobrze zaopatrzony sklep-moloch, a w Arco jest Lidl. W Dro można kupić lokalne frukty przy drodze, na przeciwko kolejnego supermarcato.

Dojechaliśmy, przespaliśmy się, to najwyższy czas iść w skały!

Zależnie od naszych celów i lokalizacji mamy kilka możliwości. Jeśli chcemy wspinać się „sportowo”, ale w kategoriach wagowych „bez-napinki”, bądź rodzinnie – zdecydowanie warto odwiedzić Muro Del’Asino na północno-zachodnim zboczu Monte Colodri – polecamy przejście ferratą z kempingu.

Jeśli jesteście doświadczonymi turystami górskimi, powiem obrazowo że ta ferrata jest znacznie łatwiejsza od Orlej Perci, można na nią iść z dziećmi, jedno miejsce wymaga umiejętności wchodzenia po drabinie ;)

Po drugiej stronie doliny jest sektor L’Orto – tam wspinanie jest bardziej zróżnicowane i „sekcja sportowa” też będzie miała się na czym namęczyć – drogi sięgają 8a, z bogatym wyborem skradankowych 6-tek, i fajnymi, technicznymi 5-tkami. Można też odwiedzić Placche di Baone, wielki połóg z tarciowymi drogami od 3a do 6a, na pewno będzie to dobre ćwiczenie przed wspinaniem na Parete Zebrata!

Jak przyjechaliście do Arco robić cyfrę życia – to zachęcam nastawić się na drogi od 7a w górę – łatwiejsze często są wyślizgane ZNACZNIE bardziej niż nasza Jura! W takim wypadku trzeba wspomnieć o słynnym Massone, murze skalnym po drugiej stronie rzeki. Dojazd jest opisany znakami „Falesia Policromuro” ale uwaga! duże samochody nie przejadą przez uliczki w San Martino i należy przygotować się na około kilometrowy spacer pod górę. Hanuszką przejechaliśmy z niedużym zapasem, na parkingu pod sektorem nie stało nic większego od VW Transportera. Tam też można nabrać wody pitnej.

Massone przedstawiać nie trzeba, to najsłynniejszy sektor w Arco, drogi idą w pionach i lekkich przewieszeniach a wyceny wahają się od 5, do 9a, niestety do 6c drogi są bardzo śliskie, ale przynajmniej gęsto obite.

W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia
W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia

Wielowyciągi <3

Tym, z czego słynie dolina Sarca, są długie – wielowyciągowe – drogi sportowe, ze wspomnianą kilkukrotnie – i najsłynniejszą chyba – Parete Zebrata, oferującą drogi od 3 do 15 wyciągów, (90-400+ metrów) i wycenach „od góry do dołu”, w większości obitych dość luźno, więc dobrze wybierać drogi poniżej swojego limesa.

Drugim miejscem wartym odwiedzenia jest Piccolo Dain w Sarche, drogi takie jak Orrizonti Dolomitici czy Moonbears to nowości które już doczekały się miana „klasyków”. Mimo (nie)ciekawego startu trójkowym trawersem nad elektrownią wodną, wspinanie jest wybitne!

Spragnionym górskich wrażeń nie umkną zerwy Monte Brento i Monte Casale. Sięgające 1300 m deniwelacji urwisko to idealny poligon dla wspinaczy wielkościanowych. Drogi rzadko mają mniej niż 20 wyciągów i często wymagają umiejętności zakładania własnej asekuracji.

Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle
Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle

Ten, kto ma dość męczenia się w pionie, może przejść się na spacer na Marocche di Dro. Ten księżycowy krajobraz w cieniu Monte Brento to wielkie osuwisko, które ruszyło około 2000 lat temu. Co ciekawe, na niektórych głazach zostały znalezione odciski stóp dinozaurów, także miejsce jest wybitnie interesujące dla dzieci i… geologów!

To są podobno ślady dinozaurów. No, może...
To są podobno ślady dinozaurów… No, może.

Gdyby upał stał się nieznośny to w miejscowości Ceniga, pamiętającej czasy Imperium Romanum, o czym świadczy most o rzymskich założeniach, nacieszymy się kąpieliskiem, o przyjemnym, kamienistym charakterze. Fani adrenaliny mogą spróbować skoków z poręczy tego mostu. Nie mierzyliśmy ile ma on wysokości ale leci się całkiem długo ;)  Tu możecie zobaczyć ten skok na naszym Instagramie! Uwaga na podwodne skały przy zachodnim brzegu!

W wypadku załamania pogody (coś takiego istnieje we Włoszech?)  albo zmęczenia wspinaniem (coś takiego istnieje w ogóle?) południowy brzeg Gardy usiany jest rzymskimi zabytkami. Zwłaszcza warto odwiedzić muzeum i ruiny świątyni kapitolińskiej w Brescii. Cena jest umiarkowana, ale warta każdego grosza!

IMG_20180819_162843_HDR
Bysiek patrzy na rzymskie gruzy w Brescii, gruzy patrzą na Byśka

Powspinane, pora odpocząć

Jedno (?!) popołudnie warto poświęcić na buszowanie w sklepach, ceny w Arco są rewelacyjne, a o lepszym asortymencie nie można nawet marzyć. Półki uginające się pod ciężarem lin i koszyki z których wysypują się karabinki to lokalny standard. Ciężko nie popaść w szopingowy szał!

Główny deptak Arco oferuje kilka przepysznych pizzerii, łącznie ze słynną wśród wspinaczy Le 3 P, skromną, ale przepyszną. No i tanią!

Pizza fi 50cm
Małgorzata i pizza fi 50cm

Podsumowując – jedźcie do Arco!

Poza wspinaniem jest tam masa szlaków, ferrat, tras rowerowych (od spacerowych po downhill), można poleżeć na plaży czy nawet pływać na „kajcie” – robić czego tylko dusza zapragnie! To chyba jeden z najbardziej urozmaiconych outdoorowych placów zabaw w Europie.

Bibliografia:
Arco Walls, Versante Sud
Arco Rock, Versante Sud
Noclegi: aplikacja Park4Night

Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  

Sądzę, że od 2014 wiele się tam nie zmieniło.

Sygnalizacja świetlna jest okazją do kontaktów towarzyskich. Kolory sygnalizacji delikatnie sugerują do kogo należy podjechać, żeby pogadać. Im więcej samochodów na skrzyżowaniu tym lepiej. Jeśli bardzo chcesz przejechać, to zatrąb, uśmiechnij się i intensywnie machaj rękami. Machanie rękami jako uniwersalna metoda konwersacji działa. Jak ktoś macha i krzyczy, krzycz głośniej, w dowolnym języku i machaj intensywniej. Przeprosi i Cię przepuści.

Generalnie całe miasto jest odpornym na przepisy ruchu drogowego korkiem. Parkuje się tam, gdzie w danym momencie się zatrzymało.

20140930.101450_IMG15894-001.JPG

Jak droga jest za wąska, żeby przejechać dostawczakiem — jedź i tak, najwyżej się przytrzesz. Jeśli stoją samochody — jedź, najwyżej je przytrzesz i pourywasz lusterka.
(nie miałam na to psychy, ale przede mną jechała ciężarówka robiąca przejazd).

I nie dajcie sobie wmówić, że się nie da.
— Jak tu się przejeżdża!?
— ODWAŻNIE.

I pojechała.

Czytaj dalej „Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  ”

Nie będę miała nowej lustrzanki…

Zapora w Vajont na jeszcze jedną zaletę. Otóż można się przy niej wspinać.

Przy samej zaporze są liczne zatoczki, a w nich miejsca parkingowe w odległości idealnej od ściany, czyli 10 metrów.

20160917_151058_DSC_0330

Nieco oszołomieni miejscem, jego historią i całkiem niezabliźnioną raną na społeczności, postanowiliśmy jednak się powspinać, skoro społeczność tak miła, że przygotowała nam nieźle obite ściany z dobrym dojazdem. Nawet niektóre zacienione, co we Włoszech ma sens głęboki.

Wspinanie było całkiem sympatyczne, miejsce noclegowe na dnie zapadliska po zbiorniku tez całkiem ładne, mimo koszmarnej historii. Przyznam, nie chciałam nocować w żadnej z tych wiosek, miałam wrażenie, że dno zbiornika jest jedynym miejscem, gdzie nikt w czasie tej katastrofy nie zginął.

Miejsce całkiem sympatyczne, otoczone drzewkami, które od 1963 zdążyły urosnąć.
Spędziliśmy miły wieczór, zjedli kolację, omówili kwestie geologiczne i poszli spać.

14280515_1799375390300048_2138370524_n

Rano kiedy mgły zaczęły opadać efektownie chciałam im zrobić zdjęcie przyzwoitym aparatem czyli lustrzanką, a nie ziemniakiem, telefonem czy automatem jak te zdjęcia z dnia poprzedniego.

I wtedy okazało się, że lustrzanki nie ma. Nie ma w torbie, nie ma pod siedzeniem, nie ma na półce ani na antresolce. Zwyczajnie nie ma. NIE MA.

Metoda kolejnych przybliżeń ustaliłam, że położyłam aparat na kamieniu pod skałą. I nikt go potem nie widział. Spanikowana, odpaliłam auteczko i pognałam w miejsce gdzie aparat widziałam raz ostatni, po drodze odtwarzając wydarzenie, np. że w nocy padało, więc nawet jeśli tam jest to niezdatny do użytku.

Nie było.
Nie płaczę. Znaczy czasem płaczę, ale raczej ze złości, a tutaj nawet mi się płakać nie chciało, tylko zabić własną pięścią, bo głupia jak stołowa noga, nie dość, że zostawiłam aparat, to jeszcze nie zgrałam z niego nic od początku wyjazdu. Więc jestem w czarnej otchłani, bez zdjęć z ponad tygodnia trasy, a jeszcze do tego dziecko kazało robić zdjęcia lustrzanką, bo telefonem i tzw. maupą jakość mu nie odpowiada.

Wysłałam umyślnych do okolicznych barów, kazałam przeszukać otoczenie. AJS jako człowiek niebywale spokojny zamiast panikować zabrał się za robienie śniadanka. Jak wszystko inne zawiedzie, zrób śniadanko. Czy jakoś tak. I tak nie byłam głodna.

Zdesperowana wysłałam opierającego się Byśka do kasy zapory, żeby się dowiedział, czy może ktoś coś oddał i zatopiłam się w owej czarnej rozpaczy nie tyle nad aparatem, bo swoje lata już miał, co nad obiektywem, moim ulubionym i przede wszystkim zawartością karty.

W międzyczasie znalazłam na Facebooku stronę rejonu i okolicznego miasteczka, napisałam., poprosiłam o ogłoszenie. Chociaż kartę, kurcze, odeślijcie! Dali ogłoszenie, powspółczuli. Czarna rozpacz nie zmniejszyła się ani o jotę.

I wtedy podjechał włoski samochód z którego wypadł uradowany Bysiek (udałam, że nie widzę, że dziecko wsiada z obcym do samochodu), wlokący do mnie jakiegoś Włocha, jak to Włoch, mówiącego wyłącznie po włosku.
Włoch coś mówił o aparacie, kazał pokazać miejsce gdzie aparat zostawiłam. No, niby się cieszył ale jakoś niemrawo, jak na Włocha. Rozglądał się dookoła bacznie i sprzętu okazać ani przekazać nie chciał. Co mnie zaniepokoiło, bo historia., którą na migi mi opowiedział brzmiała całkiem jak moja historia.

Nie mogąc się z inostrańcem porozumieć sięgnęłam po moja tajną broń ostateczną, czyli po AJSa, który doskonale udaje, że mówi po włosku. Nikt go wprawdzie nie rozumie, on też nic nie rozumie, ale wszyscy są bardzo zadowoleni.
Oderwałam go od śniadanka i wywlekłam przed kampera.

I wtedy Włoch się rozpromienił. Pomachał rękami intensywniej. Wręcz eksplodował radością. Bez mała rzucił AJSowi na szyję. Dopadł samochodu i z bagażnika wyciągnął mój aparat w stanie nienaruszonym i uroczyście przekazał. Nawet się nie zdziwił jak ucałowałam aparat w obiektyw.

Po kilku kolejnych machnięciach rękami już wiedzieliśmy, że jedyną osobą, którą dało się na ostatnich zdjęciach rozpoznać był AJS. Reszta występowała jako kolorowe sylwetki na ścianach.

Odpoznawalny AJS wyglądał tak i tej twarzy żądał pan Włoch przed ostatecznym przekazaniem sprzętu:

20160917_165612_IMG_1747

Po kilku kurtuazyjnych wymachach kończyn , w tym naszych dziękczynnych, uradowany Włoch odjechał, a ja odwołałam alarm na okolicznych Facebookach, które również niezwykle uradowały się uczciwością ziomków.

Plusy dodatnie: mam wszystkie zdjęcia z wyjazdu
Plusy ujemne: nie mam pretekstu, żeby kupić nową lustrzankę.

Człowiek nieroztropny zbudował zaporę

Koło Vajont przejeżdżałam kilka razy.  I albo nie wiedziałam, że ona tam jest, albo zapominałam pojechać, albo byłam na nartach i nie chciało mi się ciągnąć ośnieżonymi serpentynami. Dojazd jest standardem górskim. Serpentyny, tunele…

Vajont jest zaporą. Wielką, nieczynną zaporą stojącą pośrodku niczego. Nie będę streszczała Wikipedii.  Powstał też o tym film. I jak lubię takie filmy, tak nie wiem, czy chcę go oglądać.

W dużym skrócie: w 1953 rozpoczęto budowę zbiornika i zapory w Dolomitach (to istotne, bo popełniono kilka kardynalnych błędów, nie doceniając wapiennego zbocza, łupków i intensywności opadów), w 1961 zaporę uruchomiono, 9 października 1963 r. o godzinie 22:39 do doszło do katastrofy. Do zbiornika retencyjnego zjechało zbocze na długości 3 km. Z prędkością ponad 100 km/h do wody wpadło prawie trzysta milionów (!!!) metrów sześciennych skał, ziemi, drzew. Powstała 70 metrowa fala, która zmiotła kilka wiosek i zabiła 1917 osób.  Zapora pozostała nietknięta i stoi do dziś.

Prawdopodobnie było to najwyższe śródlądowe tsunami w historii i największa katastrofa w historii zapór wodnych. Fala szła nad tym wąwozem, który jest na zdjęciach. Ta gładź na stoku to właśnie miejsce skąd się całość oderwała.

Vajont można zwiedzać. Można przeczytać nazwiska ludzi, którzy zginęli, wejść do ich domów po przeciwnej stronie osuwiska w miejscowości Casso, które fala zmiotła do połowy. Historię opowiada włoski przewodnik, czasami wtrącający dwa zdania po angielsku dla zagubionych turystów ze wschodnich rubieży Ziemiomorza. Był zdziwiony, że znałam te historię i specjalnie w to miejsce jechałam.
Z maleńkiej, naprawdę opuszczonej wioseczki na zboczu widać doskonale ciągle nie zarośnięte osuwisko i dno tego, co kiedyś było zbiornikiem. Żyja tam też koty i powoli wracają spadkobiercy dawnych mieszkańców.  Ale jest tam jakiś smutek, którego nie umiałam nazwać.

Może dlatego, że to nie jest zwykły abandon, zresztą wcale nie robi wrażenia abandonu.
To ostrzeżenie przed pośpiesznie wykonanymi badaniami, przed zatajonymi wynikami, żeby było szybko, tanio i NAJ. To miejsce, które Bysiek, student geologii, powinien zobaczyć, a przy okazji wytłumaczył nam, dlaczego te łupki nie miały szans się utrzymać podczas ulewnego deszczu.

Jedźcie tam, jeśli będziecie mieć chwilę w drodze na południe, na narty do Włoch, na wakacje czy na Bałkany. To miejsce daje cenną lekcję — nie my tu rządzimy.

A nocleg na dnie zbiornika serio robi wrażenie.

Arco, taka sobie mieścinka

W północnych Włoszech, w górach, wcale nie ładniejsza niż inne małe mieścinki w północnych Włoszech, za to nazywana dumnie stolicą wspinaczki skałkowej. Pewnie pretendentów do tego szumnego tytułu jest kilku, ale Arco walczy i chyba wygrywa.

Specyficzne to miejsce, bo bez kasku na plecaku albo dyndającej liny, człowiek na ulicy czuje się niekompletnie ubrany.  Niezapomniane jest też uczucie, że wreszcie wyglądasz jak wszystkie osoby dookoła ciebie, co u nas jest uczuciem tyleż rzadkim, co obcym.

Wakacyjne miasteczko, idziesz ulicą (oczywiście z tą liną i kaskiem) i mijasz witryny sklepowe. Tyle, że w Arco nie jest to mydło, powidło, pamiątki, Versace i szkło weneckie, tylko Salewa, La Sportiva, Mammut, Dynafit, Petzl… Jestem odporna na modę i urodę, własną również, ale mało odporna na sprzęt wspinaczkowy, zwłaszcza przeceniony. Oraz ładne kolorowe wspinaczkowe ciuchy. Zwłaszcza przecenione.

Spacer przez Arco okazał się wyczerpujący finansowo, ale istotnie takich przecen jak tam, nie widuje się przesadnie często. Z żalem nie skorzystaliśmy z większości, zwłaszcza, że postraszono nas, że kemping kosztuje 40€ za całą ekipę, a na dziko nie wolno. Kemping istotnie tyle kosztował, ale plotki o niedostępności Arco okazały się mocno przesadzone. 

Nie tylko można znaleźć coś na dziko, ale też są dwa wielkie, oficjalne parkingi miejskie, gdzie za dwa euro można spać. W tym jeden z wyszynkiem, czyli jest kran, spłuczka do ścieków i woda w kranie. No, i kilka miejsc mniej oficjalnych acz legalnych.

Mieliśmy przewidziane cztery noclegi na kempingu. Mnożyć umiemy, spędzenie tam tylko jednej nocy (szybka kąpiel i przepierka), a trzech na legalnych parkplatzach dało nam ponad 100€ oszczędności, które mogliśmy z rozmachem zainwestować w te przeceny. 

A poza tym wśród tego dobra, co oferują witryny jest pizzeria, która serwuje największą pizzę jaką widziałam w życiu i dwie lodziarnie, które karmią wspinaczy. Aż się zdziwiłam, że nie ma lodów o smaku 6c+ i zapachu butów wspinaczkowych.

Ale nie. W sumie jednak nie dziwię.

Buraczki

Co trzeba mieć umieszczone jako zwieńczenie kręgosłupa, żeby kamperem wielkości sporego autobusu, takim wartym na oko z 600 tysięcy, a wynajmowanym za minimum 1000 zł dziennie, przyjechać na malutki, darmowy, bieda parking koło wyciągu?
I do tego odpalić generator prądu, żeby pooglądać telewizję satelitarną?

Rozważamy jakąś wyrafinowaną zemstę, mamy toaletę turystyczną, tylko poważne oferty. Serio jeżdżę kamperem już kilka lat, za chwilę będzie dziesięć, byłam w kilku, jak nie kilkunastu krajach, ale takiego buraka jeszcze nie widziałam…