Między Rządzą a Wólką Pieczącą

Gdzieś na karku siedzi mi chłodne i nieprzyjemne wrażenie, że śmianie się z nazw miejscowości na Mazowszu jest tak samo eleganckie, jak śmianie się z nazwisk.

Na mapie zobaczyłam, że Rządza nad rzeką Rządzą graniczy z Wólką Pieczącą. Nie mogłam tego tak zostawić. Nie blefowałam, że tam pojadę.

Veni, vidi, risi.

Przybyłem, zobaczyłem, zarżałem powiedziałby Juliusz C. gdyby był mną. Otóż do Rządzy droga jest kręta. W Rządzy znajduje się punkt kopulacyjny. Zawracałam, bo myślałam, że mnie oko zawodzi. A tam gdzie kończy się Rządza zaczyna się Wólka Piecząca.

Serio, nie zmyśliłam tej historii, chociaż zawracałam parę kilometrów, żeby zrobić zdjęcie, bo przecież zabawne historie, się same nie napiszą.

Zapraszamy na Mazowsze.

Nazywam się Anna-Maria i jestem anonimowym wspinaczem

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata.

Część 1 — kombatancka

Wspinanie było zawsze. Mam taki kłopot, że nie umiem pisać o rzeczach ważnych. One są, o nich się myśli codziennie, ale opisanie ich jest skrajnie trudne. W oceanie moich zapisków, notesów, plików, task list, notatek prawie skończonych i kompletnie nieaktualnych, pourywanych jętek jednozdaniówek, jest kilka takich rzeczy. I osób, ale o tym, kiedy indziej.

— Uprawiasz jakiś sport?
— Nie.
A jednak.

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata. W wyniku skomplikowanego związku mojego gwałtownego charakteru i zespołu ortopedów chodzę, ale mam jedną nóżkę zdecydowanie mniej niż drugą. Długa historia w wyniku której mam 12 solidnych blizn i całe życie byłam zwolniona z WFu. Przy okazji pływałam, wiosłowałam, jeździłam rowerem, wchodziłam na drzewa, spadałam z nich, chodziłam po lesie, byłam dość aktywna i kreatywna w zapewnianiu sobie rozrywek. Ale WF? Nie, dziękuję. Doskonały przykład, jak bieganiem (jak wspomniałam jestem kulawa), skakaniem (nie mogę, mam krótkowzroczność) i graniem w koszykówkę w podstawówce i siatkówkę w liceum (piłka mi leci w okulary) udało się systemowi edukacji trwale zniechęcić mnie do zinstytucjonalizowanego systemu krzewienia kultury fizycznej i sportów zespołowych. I tak sobie rosłam z jednej strony szkolna lebiega, a z drugiej dzikie dziecko Puszczy Kampinoskiej.

1979_aip1.jpg
Dzikie dziecko i pies Punio (fot. Lech Charewicz)

Jakoś w okolicy matury pojawiło się wspinanie. Nieco wcześniej w wersji „chodzenie po górach”. Potem delikatne pomysły, że może jednak kurs wspinaczkowy. I doprawdy, nie zna życia, kto nie służył w marynarce i nie wie o czym mówię nikt kto nie wspinał się w latach ’80. Oczywiście nie miałam pieniędzy. Na nic. Nie tak ja teraz. Naprawdę na nic. Ósemka do asekuracji  obecnie, jak widać 30-40 zł, kosztowała w przeliczeniu kilkaset i w wersji budżetowej trzeba ją było szmuglować z Czechosłowacji. Poważnie. Natenczas Czesi mieli jakiegoś szmyrgla na punkcie kupowania u nich i wywożenia sprzętu sportowego i potrafili rekwirować na granicy. Swoją ósemkę przemyciłam przy okazji pielgrzymki do Włoch w sposób nieco egzotyczny, bo byłam tak zachwycona, tym że ją mam, że po zakupie powiesiłam ją w autokarze na sznurku nad głową. Plecak mi przetrzepali, na sufit nikt nie spojrzał. Sklep wspinaczkowy w Wiedniu, który odwiedziłam przy okazji tej samej pielgrzymki doprowadził mnie autentycznie do łez, bo mnożyć umiałam i wyszło mi, że plecak to pięcioletnie dochody mojej matki. Własnych wtedy nie miałam.

Zanim doszło do przemytu i mojej histerii w sklepie w Wiedniu zrobiłam jednak kurs skałkowy. A nie, nie było ścianek wspinaczkowych. Nie, że wielu czy dobrych. Żadnej nie było. Sucha zaprawa odbywała się na bunkrach w Janówku, które masakrowały paluszki, niszczyły liny i co jakiś czas nadziewały kogoś na elementy  zbrojenia budynków, albo przywalały betonowym bambołem. Tam się dowiedziałam, że nie lubię kominów, szanuję swoje paluszki i lubię zjeżdżać. Po nauczeniu nas kilku podstawowych rzeczy zabrano nas w skałki. Te same, gdzie jeździmy teraz. A jednak inne.

Odpadnięcie na linie z Bezalina. Plus korekry i skarpety frotte

Otóż skałki były nieobite. Teraz wspinacz jadący w skałki asekuruje się na wbitych na stałe w wapień stalowych ringach. Szybko i bezpiecznie. W miarę. Szansa, że ring wyleci jest relatywnie przyzerowa. Na górze zaś jest stanowisko, czyli takie nieco mocniejsze kółko na dwóch łańcuchach. No, wtedy nie było. Wędkę, czyli górną asekurację zakładało się o drzewa, wystające kawałki skał, ucha skalne i ogólnie, jak to się teraz mawia z natury. Nic nienaturalnego nie było.

Jeśli komuś przyszło do głowy powspinać się ambitniej niż na wędkę z drzewa, musiał zabrać ze sobą kości, karabinki i taśmy. Wspominałam, że plecak kosztował kilkuletnie pobory mojej matki? No to komplet sprzętu pewnie szedł w dziesięciolecia. A, zapomniałam o linie. Otóż linę trzeba mieć i miałam. Dynamiczną. Bardzo dynamiczną. Lina dynamiczna, jak sama nazwa wskazuje powinna się dynamicznie rozciągać pod obciążeniem. Spadasz, lina się nieco wydłuża, asekurujący wyłapuje odpadnięcie, które dzięki temu jest mięciutkie jak kaczuszka. Otóż bardzo dynamiczny Bezalin rozciągał się jak guma do majtek. I czasami pękał, ale to detal. Przynajmniej w sklepie żeglarskim na Waryńskiego kosztował tyle, że go miałam.

Miałam też buty. Buty wspinaczkowe to cała filozofia, muszą być za małe (to sport dla męczenników) i dobrze trzymać się ściany. W tej chwili można grymasić. Kolor, fason, wygięcie stopy. Wtedy można było mieć korkery. No, znaczy w sklepie, który odwiedziłam w Wiedniu, za siedem pensji mojej matki można było kupić całkiem przyzwoite buty wspinaczkowe, ale my mieliśmy korkery. Kupowało się ogumione korkotrampki piłkarskie, oczywiście rozmiar lub dwa za małe, obcinało korki z podeszwy, szukało wtajemniczonego szewca, który podklejał całość mikrogumą, im miększą tym lepiej i w tym się wspinało. W skałkach, w Tatrach, a obstawiam, że i Alpy korkotrampki Stomilu widziały.

Oprócz butów, liny i kilku drobiazgów miałam jeszcze uprząż, na widok której kilka lat temu obsługa ścianki na Nowowiejskiej wyrzuciła mnie za drzwi. Uprząż była uszyta z samochodowych pasów bezpieczeństwa na maszynie Singer przez kumpla w  garażu. Serio, wspinałam się w tym w Tatrach. Żyję.

gora48.jpg
Klasyczna na Mnichu, w korkerach (fot. Aleksander Suchanowski)

Wymęczyłam ten kurs skałkowy z pożałowania godnym sprzętem, nauczyłam się podstawowych rzeczy, uznałam, że całość bardzo mi się podoba i odważnie ruszyłam na kurs tatrzański. I wtedy przypomniał sobie o mnie związek gwałtownego charakteru i ortopedów. Okazało się, że jestem kulawa. A kulawych nie biorą.

Część 2 — tatrzańska

Kiedy już bardzo dobrze wiedziałam, że chcę się wspinać i bardzo dobrze wiedziałam, że to fajne, okazało się, że nie ma łatwo. Pierwszą zastawioną na mnie rafę pt. kurs tatrzański jest drogi jak cholera przepłynęłam brawurowo. Trudności zaczęły się przy kompletowaniu dokumentów. Dostałam się w zinstytucjonalizowane szpony Centralnego Ośrodka Szkolenia, który zażądał ode mnie karty zdrowia sportowca. Czytaliście część 1? No, właśnie. Kulawych, ślepych i garbatych nie biorą.

Przewidziałam trudności. Do przychodni zdrowia sportowca poszłam z zastępstwem, do ortopedy weszła za mnie koleżanka zbliżonej budowy ciała. O tyle zbliżonej, że, w przeciwieństwie do mnie miała obie nogi takie same. Miśka, dzięki. I kiedy wydawało się, że prawie się udało, zebrałam wszystkie pieczątki, bo wątpia mam raczej zdrowe i zanosiłam do przychodni wzorowy rentgen płuc, wtedy pani w rentgenie zaskoczyła mnie pytaniem: ILE DIOPTRII!?? No, nie byłam na to przygotowana, a, niestety, z natury jestem dość prawdomówna. Powiedziałam prawdę i na tym zakończyła się moja przygoda z warszawską przychodnią zdrowia sportowca. Próbowałam negocjować, ale nic to nie dało. Padł również argument, że zajdę w ciążę i wzrok mi poleci. Niestety nie zapamiętałam personaliów tej pani i nie mogę iść z reklamacją, że kłamała jak bura sucz.

Ze złamanym sercem i karierą pojechałam na Warmię do znajomych, gdzie opowiedziałam moją rozpaczliwą historię i dowiedziałam się, że w Olsztynie analogiczna przychodnia jest nieco mniej dokładna, a dokument tożsamości sprawdza  przy zakładaniu karty, a potem już nie. Sprawa okazała się łatwiejsza niż myślałam, chociaż gdzieś w dokumentach olsztyńskiej przychodni mam kilka centymetrów mniej niż w rzeczywistości. Dzięki, Dorotka.

Ze sfałszowaną kartą zdrowia sportowca kurs tatrzański stanął przede mną otworem.
Dwa tygodnie później, w połowie szkolenia, w upalny dzień przed Betlejemką Bobas, słynny, wieloletni szef COSu popatrzył na mnie i moją nogę i powiedział z pełnym zrozumieniem:
— Oj, dziewczyno, ale karty zdrowia sportowca to ty legalnej nie masz.
No, nie miałam, co nie przeszkodziło mi tego kursu zrobić. Po Tatrach trochę pochodziłam w czasach już nie pionierskich, ale zdecydowanie trudniejszych niż współczesne. Pomieszkałam na taborze i ogólnie to było kilka dobrych lat.

Ostatni wyciąg Zamarłej Turni (fot. Aleksander Suchanowski)

Mniej lub bardziej intensywne Tatry przeplatałam całkiem nowym wynalazkiem, jakim był rower górski, pętaniem się po suwalskiej morenie, wyjazdami w góry niższe, nazywane przeze mnie pogardliwie bałuchami i dalszym, konsekwentnym unikaniem sportu.

I tak nie uprawiałam tego sportu aż do momentu, kiedy pojawił się Bysiek, który moje postrzeganie zasad bezpieczeństwa nieco zmienił i zmusił do zweryfikowania standardów.

Część 3 — matka Polka wspinająca

Wspinanie z małym dzieckiem niesie ze sobą pewien kłopot, otóż dziecko się nie wspina, zazwyczaj nudzi się posągowo i jeszcze wypada, żeby rodzic dożył przynajmniej jego do matury. Bo ja tu sobie śmichy-chichy, ale to jest jednak sport niebezpieczny i ludzie się zabijają. Ok, statystyki mówią, że najniebezpieczniejszym etapem wyjazdu w skałki jest droga ekspresowa S8, ale dwóch moich przyjaciół w Tatrach zginęło, przez własne, bardzo głupie błędy. Po jednym z nich imię ma moje dziecko. Obaj byli jedynakami. Często myślę o ich rodzicach.

Okres byśkowego dziecięctwa nie był specjalnie standardowy. Robiliśmy razem dużo rzeczy głupich, fajnych i czasami niebezpiecznych. Na zdjęciu pięcioletni Bysiek zjeżdżający tyrolką z wieży w Ogrodzieńcu. Ona jest raczej wysoka, ta wieża.

Dziecko, które zawisło nad dziedzińcem

Jeździliśmy rowerami na bardzo długie wyprawy, chodziliśmy po górach, pływali po Wigrach, jeździli na nartach, ale akurat wspinanie dziecku się nie spodobało. Zabrane w skałki tyrolką owszem, jeździło chętnie, huśtało się w uprzęży z przyjemnością, ale wspinać się za bardzo nie chciało. A już szczególnie nie chciało patrzeć jak rodzice się wspinają i czytać w tym czasie książeczki. Najatrakcyjniejsze wydawały mu się wyprawy z młotkiem na amonity. Całkiem stabilne zainteresowania, jak na studenta geologii obecnie.

Na kilkanaście lat wspinać się przestałam, bo najpierw dziecko było za małe, potem dość trudne i nie bardzo dało się z kimś zostawić, urlopu miałam za mało, a jednak mimo wszystko postanowiłam nie zmuszać go do wspinania, zwłaszcza, że żeby zmusić trzeba było wywieźć dzieciaka na Jurę i tamże znosić fochy. Postanowiłam, jak się potem okazało słusznie, przeczekać. Instrukcję jak trwale zniechęcić lub zachęcić dziecko do ulubionego sportu rodziców jeszcze napiszę. Obiecuję.

Jak mówiłam wspinanie było. Było gdzieś w tle, w opowieściach, w micie założycielskim naszej rodziny, w zabawnych dykteryjkach i epickich anegdotach. W ludziach, którzy się pojawiali i przede wszystkim we mnie. Byłam wspinaczem w stanie spoczynku.  Dziecko o wspinaniu przypomniało sobie gdzieś koło 15. roku życia, na tyle wcześnie, że na kurs ściankowy nie chcieli go przyjąć nawet za zgodą rodziców i musiał odczekać aż skończy lat 16. W końcu skończył i wreszcie przyżarło. Ale dla odmiany właśnie wtedy rozsypałam się ja…

Część 4 — a trzeciego dnia zmartwychwstał

Akurat wtedy kiedy moje dziecko zaczęło przepraszać się ze wspinaniem zaliczyłam zapaść zdrowotną. Najpierw zerwałam sobie więzadła kolanowe. Skutecznie mnie rehabilitowano, ale i tak przez rok przy większym obciążeniu, rozumianym jako podniesienie więcej niż pięć kilogramów, ewentualnie próbę podbiegnięcia, kolano zginało mi się w bok. Nie polecam. Na przeszczep czekałam rok, bo kolano musiało się wygoić, nowe więzadła dostałam swoje własne, wydłubane z tej nogi, której jak myślałam bardziej się zepsuć nie da. Nie doceniałam się. Poza bliznami z dzieciństwa mam teraz dziury po przeszczepianiu więzadeł.

Zaczęłam po raz drugi uczyć się jeździć na nartach. Elegancko się wyrehabilitowałam po raz drugi i po dwóch latach ratowania kolana okazało się (tadaaaaam), że mam stwardnienie rozsiane. Nie wiem, czy to nie złudzenie, ale mam wrażenie, że jakoś mam więcej farta w życiu niż statystyczny obywatel…

To jest moment, którego nie lubię, bo miny rozmówców tężeją, patrzą na mnie ze współczuciem, zażenowani bąkają bardzo mi przykro albo ojej, podczas, gdy historia dalej jest zabawna i jeśliby ojej i przykro, to raczej może nie opowiadałabym tego w nastroju ironicznie-rozrywkowym. Zechciejcie więc, proszę, nie bąkać i nie tężeć, bo wielkimi krokami zbliżamy się do wspinania.

SM rozwaliło mnie na kilka lat. Jeśli ktoś widział mnie teraz, to zapewne puka się w głowę, bo wyglądam na całkiem sprawnego człowieka, ale kilka lat chodziłam z laską, na przemian głuchłam i ślepłam. Miałam tak porażone dłonie, że nie mogłam się podpisać, co spowodowało cyrk w banku przy odtworzeniu wzoru podpisu. Łyżką przestałam trafiać do gęby, co wywołało lekką konfuzję w korporacyjnej stołówce, jak się zalałam zupą. Okazjonalnie się zataczałam, przez co w podróży na wschód miękko wtopiłam się w krajobraz, bo nie mogłam utrzymać równowagi, więc prawdopodobnie byłam permanentnie uważana za nawaloną. Obawiam się, że tę opinię w okolicy mam do dzisiaj.

Kulawy w Czarnobylu (fot. Widzia)

Generalnie nie wyglądało to specjalnie różowo. Szczęśliwie zaczęli mnie skutecznie leczyć i pomalutku zaczęłam z tej zapaści wychodzić. Naprawdę pomalutku, bo nie jestem w stanie złapać momentu w którym zrobiło mi się lepiej. Po prostu, jak teraz sięgam pamięcią wstecz — kiedyś było gorzej.

Pewnego dnia uświadomiłam sobie , że całe wakacje przechodziłam bez laski, że znowu mogę jeździć rowerem, że mogę tym rowerem jeździć po górach i, że owszem kulejąc, ale przejdę Orlą Perć. I wtedy zrobiło mi się jakoś raźniej, jakbym wróciła sama do siebie. Całkiem nie wierzę, że cierpienie ma jakąkolwiek wartość, ani nigdy nie zadawałam sobie pytania „dlaczego akurat ja”, natomiast jeśli chodzi o zdrowotne zapaści, to mogę polecić chorobę remisyjno-rzutową. Warto choć raz w życiu przeżyć zmartwychwstanie.

Kulawy na Orlej Perci

Którąś jesienią młody uznał, że jednak będzie się wspinał regularnie i zaczął mnie ciągać po warszawskich ściankach, jako samobieżny przyrząd asekuracyjny. Asekurować zawsze lubiłam, robię to w miarę dobrze i nie straszne mi asekurowanie cięższych od siebie. W sumie nie bardzo mam wyjście, większość ludzi jest cięższa ode mnie. Zaczęłam chodzić na ścianki. Młody, dziecko trudne, wobec którego należało stosować liczne wybiegi wychowawcze opanował je do perfekcji.
— A może weźmiesz swoje korkery na ściankę? — zagajał.
— Nie nudzisz się może, bo zobacz tutaj taka bardzo łatwa droga, to może byś na wędkę weszła?
— O RANY, JAKĄ TY MASZ WSPANIAŁĄ TECHNIKĘ!!!
Absolutne wszystkie chwyty zdesperowanego rodzica zostały wykorzystane przeciwko mnie. Usłyszałam każde, absolutnie każde motywujące zdanie, jakie wypowiedziałam przez kilkanaście lat. Byłam chwalona, zachęcana i oblewana wiadrami pozytywnych wzmocnień.
Zadziałało. Polubiłam ścianki.

Moja pani neurolog przepytana na okoliczność wspinania, lekko się zdziwiła, dopytała czy umiem i czy na pewno robiłam to przed diagnozą i machnęła ręką. Jak potem gdzieś przeczytałam: każda aktywność fizyczna jest przy SM wskazana. Może niekoniecznie polecamy sporty ekstremalne, ale jeśli pacjent czuje się na siłach, to nie ma przeciwwskazań.
Uznałam to za błogosławieństwo, kupiłam sobie buty i uprząż i zaczęłam się rehabilitować na poważnie.

Okazało się, że regularne wizyty na ściankach i wyjazdy w skałki sprawiły, że zaczęłam robić postępy! Strasznie mnie to zaskoczyło, bo zawsze wydawało mi się, że o tej regularności treningów to takie rzewne bujdy są, żeby brutalniej nie powiedzieć i ok, jak się poruszam to będę wyglądała nieco mniej rozpaczliwie. A tu niespodzianka, po dwudziestu latach przerwy wspinam się lepiej niż kiedykolwiek. Szok i niedowierzanie.

20171125_200440_IMG_2139.JPG

Po dwudziestu latach przerwy okazało się, że wspinanie jest rewelacyjną rehabilitacją. Ćwiczy wszystkie partie mięśni. Rozciąga. Wzmacnia. Relaksuje. Ćwiczy psyche. Naprawdę, lepiej się nie dało. A poza tym integruje rodzinnie i jest fajne.

Jakby cotygodniowej rodzinnej wizyty w kościele na ściance było mało, zapisałam się na sekcję wspinaczkową (dla początkujących!), bo potrzebuję regularnej motywacji i rehabilituje się dalej. I mam nadzieję, że jeszcze chwilę się powspinam. I o wspinaniu popiszę.

Teraz chciałam Wam tylko powiedzieć, że wspinanie jest takie super :)

chcielismy-tylko-powiedziec-ze-pis-jest-taki-super-wiadomosci-tvp.jpg

Dlaczego wspinanie jest zajebiste

Jeśli uważasz, że wspinanie nie jest dla Ciebie przeczytaj: pięć zalet wspinania, pięć najpopularniejszych wymówek i pięć kłamstw o wspinaniu.

Pięć zalet wspinania

  1. To znakomita gimnastyka ogólnorozwojowa. Pojawiają Ci się mięśnie w okolicach których się tego nie spodziewasz, np. na plecach. I stopach. Schudniesz i będziesz sprawniejszy niż przewiduje to norma dla wieku i stanu zdrowia.
  2. Ćwiczy wszystkie grupy mięśni, poprawia koordynację ruchową. To doskonałe ćwiczenia rozciągające. Możesz je traktować jak rehabilitację.
  3. Możesz je uprawiać jak sport zespołowy, tylko zespół jest dwuosobowy. To sport niekontaktowy i nikt cię nie będzie dotykał. Możesz też na ściankach wspinać się sam. Acz życie społeczne dookoła wspinania też jest godne uwagi.
  4. Czasami widoki są niesamowite. Zaczynasz coraz więcej weekendów spędzać poza miastem i przebywasz na świeżym powietrzu.
  5. Wspinacze płci obojga są zajebiści.

Pięć kłamstw o wspinaniu

  1. Wspinanie jest trudne!
    Jeśli umiesz wchodzić po drabinie, to najtrudniejsze za tobą. Mniej więcej na tym polega wspinanie.
  2. Wspinanie jest niebezpieczne.
    Podczas wyjazdów w skałki najwięcej wspinaczy zginęło na krajowej drodze S8, czyli tzw. gierkówce, jadąc z Warszawy na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Niebezpieczne bywa wspinanie wyczynowe, ekstremalne i zwyczajnie głupie. Nie mówimy tu o himalaizmie zimowym, czy wchodzeniu „na żywca”, bez asekuracji, tylko o tym, żeby się poruszać. Jak opanujesz zasady bezpieczeństwa i będziesz je stosować, nic ci nie grozi. Dla dzieci wspinanie jest prawdopodobnie bezpieczniejsze niż basen, o ile wiem, na ściance wspinaczkowej nie zginęło jeszcze żadne dziecko, czego o basenie powiedzieć nie można.
  3. Trzeba trenować regularnie
    Jak w każdym sporcie, jak się chce mieć wyniki, trzeba trenować, ale nie każdy kto  dostał rower na komunię zostaje Lancem Armstrongiem. Ze wspinaniem jest tak samo.
  4. Sprzęt jest bardzo drogi
    No, jest, ale żeby zacząć można go pożyczyć, co nie jest drogie. Sprzęt, który potrzebujesz na ściankę kosztuje mniej niż rower.
  5. Wspina się po linach.
    Liny używa się do asekuracji, nie wchodzisz po niej. Wspina się po ścianie – naturalnej (skała) lub sztucznej (ścianka wspinaczkowa).

Pięć najpopularniejszych wymówek

  1. Mam za słabe ręce
    Wspinasz się głównie na nogach, jeśli możesz chodzić, możesz się też wspinać. Ręce służą do przytrzymania się. Jak na drabinie.
  2. Nie mam kondycji
    Wchodzenie pod górę, np po schodach, jest znacznie bardziej męczące niż wspinanie. Wspinając się rekreacyjnie nigdy nie masz zadyszki. To najmniej obciążający kondycyjnie sport jaki znam. No, może z wyjątkiem szachów.
  3. Nie mam z kim zostawić dziecka.
    Idź z dzieckiem – dzieci mają naturalną umiejętność wspinania się, wystarczy nie przeszkadzać. Uważaj tylko, bo mogą się bać przy zjeździe. Poćwiczcie bujanie na linie na małej wysokości.
  4. Mam daleko w góry.
    To idź na jedną ze ścianek wspinaczkowych w swoim mieście.
  5. Mam lęk wysokości!
    To jedyny argument przeciw. Niemniej znam ludzi, którzy wspinają się z lękiem wysokości i wszystko jest ok, dopóki są przodem do ściany.

Wspinanie dla opornych — szybki przegląd podstawowych pojęć

Do wspinania używa się rąk i nóg. I głowy. Cała reszta służy do asekuracji. To nie bungie ani park linowy. Techniki hakowe chwilowo pomijamy. Do wspinania należy mieć odpowiednie przełożenie korby do torby oraz psychę.

Wspinanie ogólnie rzecz biorąc polega na przemieszczaniu się w pionie. Najpierw mozolnym do góry, a potem szybko w dół. W opcji optymistycznej w sposób kontrolowany. Wspinać się można po wszystkim, ale regał przestaje być atrakcyjny już dla trzylatka. To o czym piszemy dotyczy wspinania na sztucznych ściankach (tamże fotki) i w skałkach. We fragmentach mogę pojawić się Tatry lub inne góry umiarkowanie wysokie.

Na ścianach są wyznaczone drogi wspinaczkowe. Nie nie trasy, nie szlaki, tylko drogi. Ściany mogą być: pionowe — tworzą z matką ziemią kąt prosty (nie ma obrazka, to w miarę jasne), połogie — tworzą kąt rozwarty i przewieszone — te bardziej niż pionowe, tworzą z poziomem kąt ostry.

Formacja może być ścianą, ale drogi mogą też być prowadzone w zacięciu, czyli tam gdzie spotykają się dwie ściany, w kominie czyli miejscu z trzech stron otoczonym skałą, filarem — przeciwieństwo komina.

Do wspinania używa się przede wszystkim nóg i czasami rąk. I głowy. Cała reszta służy do asekuracji. Nie wspinamy się „na linie”  ani nie podciągamy na karabinkach. To nie bungie ani park linowy. Techniki hakowe chwilowo pomijamy.

Do wspinania należy mieć odpowiednie przełożenie korby do torby oraz psychę. W dużym skrócie należy mieć tyle mięśni, żeby dać radę iść do góry i na tyle odporności psychicznej, żeby się nie bać. Wspinacze płci obojga są zazwyczaj umięśnieni, ale cherlawi. W ubraniu wyglądają jak niepozorne pokurcze. Mniejszą masę łatwiej wnieść. Psycha przydaje się niezależnie od kubatury.

Żeby było w miarę bezpiecznie używa się liny. Lina może być dynamiczna (rozciągająca się pod obciążeniem) i statyczna (sztywna). Linę wiąże się do uprzęży na wysokości pępka. Uprząż to takie solidne majty z taśmy. W drugi koniec liny wpina się asekurant, czyli ten człowiek, który się aktualnie nie wspina tylko asekuruje. Linę asekurant ma wpiętą w przyrząd asekuracyjny — urządzenie, które pozwala ją zablokować, jak wspinający się odpadnie albo linę obciąży. Przyrząd asekuracyjny służy też do opuszczenia delikwenta na dół, jak już drogę skończy, a linę wepnie do wzmocnionego karabinka na samej górze. Lub też jak się zniechęci w połowie.

Asekurowanie bywa zabawne, szczególnie jeśli asekurant jest lżejszy od prowadzącego.
Wspinać można się z asekuracją dolną — lina od wspinającego się człowieka idzie do dołu, lub górną — do góry. O free solo nie będę pisała, to wariaci.

Jak lina idzie do góry, to jest w miarę jasne, w przypadku odpadnięcia wisi się na sznurku, mniej więcej zgodnie z grawitacją planety. Asekuruje zazwyczaj białko, acz na ściankach wspinaczkowych zdarzają się już systemy autoasekuracji. Wspinacz wpina się wtedy do taśmy na sprężynie, która się zwija w miarę podchodzenia i powoli opuszcza go na dół, jak odpadnie. Działa to na zasadzie bezwładnościowych pasów bezpieczeństwa w samochodzie.

Jeśli z górną asekuracją asekuruje człowiek, to lina przewleczona jest przez bloczek na szczycie lub pod sufitem. W jeden jej koniec wpięty jest wspinacz, a w drugi asekurant. Ta metoda nazywa się „na wędkę” co powinno nieco rozjaśnić opis. Jeden wchodzi do góry, drugi wyciąga mu sprzed nosa linę przewleczoną przez bloczek. Krzywdę sobie zrobić jest bardzo trudno. Nie, żeby się nie dało, ale łatwo nie jest.

Sprawa się komplikuje, jak obaj, wspinacz i asekurant, stoją na ziemi, a lina leży obok. Wtedy ten który się wspina musi tę linę ze sobą zabrać, po drodze zamocować, żeby mieć na czym zawisnąć jak odpadnie. Na sztucznych ściankach co dwa, trzy metry są specjalne plakietki z taśmą i karabinkiem do wpięcia się — to przeloty. Od ziemi do sufitu jest kilka/kilkanaście przelotów, w które się człowiek wpina. Jak łatwo policzyć, jeśli się odpadnie, to maksymalnie leci się cztery metry. Wpinamy się w przelot, następny dwa metry nad nami. Idziemy do góry. Mamy szczęście — odpadamy tuż nad przelotem. Albo na nim zawisamy dobrowolnie, prewencyjnie, w sposób kontrolowany, żeby odpocząć. Wtedy zawisamy i już. Wisimy. Gorzej jak przejdziemy te dwa metry i odpadniemy tuż pod kolejnym przelotem. Wtedy lecimy dwa metry do przelotu, dwa metry poniżej, bo mamy dwa metry luźnej, niezamocowanej liny. Można przydzwonić.

Wspinanie z górną, na wędkę, zdaniem wyczynowców (patrz Bysiek) się nie liczy. Wspinanie z dołem jest sportowe, trudne i przede wszystkim zajmuje głowę. Psycha jest tu ważniejsza niż buła.

Na ściankach wspinaczkowych przeloty dostarcza ścianka. Wiszą sobie ekspresy, czyli dwa karabinki połączone kawałkiem taśmy. W skałkach i na niektórych drogach tzw. obitych są ringi — kółka do wpięcia asekuracji. Wpina się w nie własne ekspresy.

W skałkach i na ściankach jak się skończy drogę (dojdzie do góry, na górę albo zrezygnuje w połowie) asekurant opuszcza wspinacza na dół — mniej lub bardziej delikatnie. Najfajniejsze są zjazdy w pełnym lufcie, kiedy nie można przywalić w ścianę. Osobiście polecam zjazdy speleologów. Szybko i precyzyjnie.

Jeśli doczytałeś/doczytałaś do tego miejsca, a nigdy w życiu nie miałeś/aś nic wspólnego ze wspinaniem, daj znać czy coś rozumiesz.

Wszystkie zdjęcia zrobione na Makaku.

Ferraty w Rumunii

Lonże do ferrat wzięliśmy na wszelki wypadek, jeśli chcielibyśmy pojechać do Włoch. Część z nas chciała, ale była w mniejszości, więc skończyło się na dwóch rumuńskich ferratach.

Ferraty pokochałam. To takie łatwe, dobrze ubezpieczone wspinanie, piękne widoki. Idzie się szybko, bo nie ma zespołu wspinacz/asekurant, tylko wszyscy idą razem.

Ferrata to taka Orla Perć. Skała, kamienie, klamry, technika sztucznych ułatwień. Zamiast łańcuchów jest stalowa lina do której się wpina asekurację (właśnie wspomnianą lonżę z dwoma karabinkami). Poza nią obowiązkowym wyposażeniem jest kask i uprząż. Twardziele (patrz Bysiek) stalowej liny używają tylko do asekuracji. Emeryci (patrz siwa i AJS) również do wspomagania się, jak poręczą, w trudniejszych miejscach.

Posted by Wyrypy on Thursday, November 2, 2017

Obowiązuje kilka zasad

  • musisz mieć specjalną, dynamiczną lonżę do asekuracji (nie obciążasz jej), kask (czasami coś naprawdę spada na głowę) i uprząż
  • przynajmniej jeden karabinek z lonży musi być zawsze wpięty w stalową linę asekuracyjną
  • na jednym odcinku liny, między kotwami mocującymi może się asekurować tylko jedna osoba

Dobre rady

  • warto mieć ze sobą zakręcany karabinek i taśmę. Wpięcie się w kotwę, czy klamrę, posiedzenie w uprzęży i podziwianie widoków to cenna możliwość
  • warto mieć specjalne rękawiczki, takie jak rowerowe, ale dodatkowo wzmocnione
  • idąc bardzo uważaj na kamienie, które zrzucasz

Skala trudności ferrat jest dość tajemną wiedzą, w Rumunii jest pięciostopniowa

A: nieco trudno
B: dosyć trudno
C: trudno
D: bardzo trudno
E: wyjątkowo trudno

Ale internet donosi o sześciostopniowej 1-6. Tak czy inaczej to nazywając ferrata nie jest drogą wspinaczkową i teoretycznie jest szlakiem turystycznym. Umówmy się, że niekiedy wymagającym sporej sprawności.

Nie przepadam za przepisywaniem internetu, więc tutaj jest więcej informacji.  Między innymi inne skale.

Ponieważ stronę o rumuńskich ośmiu ferratach, wraz z mapką, znaleźliśmy już (tu wstawić dowonie obraźliwe słowo) po powrocie, przypadkiem wjechaliśmy w dwie ferraty.  A szkoda, bo jest ich osiem i mogliśmy zdobyć złota odznakę Pogromcy Rumuńskich Ferrat.

Astragalus w wąwozie Bicaz

Astragalus ma stronę na Fejsie i pięć wariatów do wyboru. Jest płatna.

  • Droga 1, główna, C/D (średnia/trudna), z małym, dobrze zabezpieczonym klamrami fragmentem D — tę wybraliśmy, ale dalibogini, nie wiem gdzie tam był ten fragment D. Wybraliśmy ją, bo była najdłuższa.
  • Droga 4 i 5: A/B (łatwa)
  • Droga 2: C.
  • Droga 3:  C/D, z małym fragmentem D
  • Droga 4 (bardzo łatwa) nie wyprowadza na szczyt, a warto
  • Droga 5 jest dość błotnistym, acz zabezpieczonym stalową liną zejściem ze szczytu.
    Tędy zeszliśmy

Vadu Crisului

Ferrata jest reklamowana jako lokalna atrakcja, a mówiący po angielsku pan w schronisku wyposażył nas w informacje gdzie najlepiej zaparkować, jak dość i dlaczego torami, a na pożegnanie wręczył mapkę.

Ferraty są dwie do wyboru: łatwa i trudna. Oczywiście wzięliśmy tę trudną i faktyczne emocje okazały się nieco większe niż przy zbieraniu porzeczek. Nieoczekiwanie Bysiek łaskawie pochwalił: nawet się trochę powpinałem.

Tu popełniłam kardynalny błąd i pomna błotnego zejścia w Bicazie poszłam w tzw. ciężkich butach. I już wiem po co ludzkość wynalazła buty wspinaczkowe. Następnym stopniem trudności zapewne byłoby zrobienie ferraty latem w rakach. Wiem już na pewno, że na następną ferratę idę w najlżejszych butach, a w plecaku będę miała na wszelki wypadek moje najwygodniejsze buty wspinaczkowe.

Całość — do obejrzenia na Flikrze:

Rumunia -- via ferrata
Ferraty Rumunia

Wspinaj się, żeby mieć z tego frajdę

Wspinaczka to przede wszystkim droga w głąb siebie, a większość przejścia drogi, to nie tylko siła mięśni, ale przede wszystkim siła woli. Brzmię jak smętny filozof? Każdy dobry wspinacz jest trochę mistykiem, a ja mam ambicje być dobrym wspinaczem!

Zaczynając swoją podróż do „mitycznego 8a”, fajnie poznać każdy rodzaj wspinaczki, bo zupełnie czym innym jest buldering, a czym innym wspinanie z liną. Raczej nie ma jednej uniwersalnej metody która spowoduje że będziesz mistrzem wszystkiego. Chyba, że olimpijskim, ale o tym kiedy indziej.

Ja na przykład nie cierpię bulderów i niejeden kryzys miałem przez to że mój trening bardzo długo opierał się głownie na nich, a ktoś mi wmówił że robienie baldów przełoży się na wspinanie z liną i tak trzeba. A nie trzeba.

Haczenie piętą
Haczenie piętą

Jedyne, we wspinaniu co musisz — to się dobrze bawić. To wystarczy, a „cyfra” będzie rosła niejako przy okazji. Wyćwiczysz różne rodzaje ruchów, zaczniesz rozumieć o co chodzi z optymalnym ustawieniem, i w ten sposób, doskonaląc się samemu, dożeglujesz do, mniej więcej, 6b, a może nawet trochę dalej. Nasze wspinanie to zawsze, mniej lub bardziej, trening. Jeśli chcesz wyjść poza to 6b, potrzebujesz trenera. Doświadczony trener ułatwia trening, bo wie co powinniśmy robić żeby nam szybciej „rosło”. Idealnie jest mieć plan treningowy dopasowany pod nasze własne cele i potrzeby, uwzględniający nasze mocne strony i słabości.

Warto poszukać trenera który wspina się tak jak my lubimy. Jeśli celujesz w buldery, nie idź na zajęcia do ludzi, których najlepsze przejścia to przejścia górskie! I co równie ważne nie ma sensu szkolić się u osoby z którą się źle dogadujemy. Dotyczy to zarówno kursów, jak i regularnych zajęć. Środowisko wspinaczkowe jest o tyle specyficzne, że szkoli kursantów, nie tylko jako klientów, ale też jako potencjalnych partnerów. Przynajmniej tak głosi motto w jednej z taternickich baz, bardzo bym chciał w to wierzyć. Bo dobry partner we wspinaniu to podstawa.

Jurak Krakowsko-Częstochowska, Mirów
Jurak Krakowsko-Częstochowska, Mirów

Warto założyć sobie jakiś plan rozwoju, nawet bardzo ogólnikowy, typu „chcę się dużo wspinać w skałkach na Jurze”, „chce się wspinać w Alpach” albo
„będę się tylko wspinać na sztucznej ściance”, bo każdy z tych celów będzie wymagał innego przygotowania, przykładowo w granitowych Tatrach nie spotkamy typowych dla Jury dziurek.

Wielu ludzi, w tym i ja, powie, że esencją wspinania jest wspinanie w naturze, nie na „paździerzu”, a co gorliwsi (w tym i ja ;) że liczą się tylko góry, a sztuczna ścianka to tylko sposób na ćwiczenie „buły”, bo nawet najbardziej finezyjne ruchy na panelu rzadko mają coś wspólnego z tymi w naturze.

Ale kim oni wszyscy są żeby Ci mówić jak masz żyć? Wspinaj się tak, żeby mieć z tego frajdę.

Szukając instruktora zawsze warto popytać znajomych, kogo polecają i dlaczego, no i oczywiście szczerze pogadać z ludźmi do których się chce zapisać. Wspinaczka to przede wszystkim droga w głąb siebie, a większość przejścia drogi, to nie tylko siła mięśni, ale przede wszystkim siła woli. Brzmię jak smętny filozof? Każdy dobry wspinacz jest trochę mistykiem, a ja mam ambicje być dobrym wspinaczem!

Jakie są korzyści ze wspinania?

Oczywiście kształtowanie ciała i ducha, oczywiście bycie częścią super środowiska. Ale przecież góry wysokie to jedne z ostatnich ostoi prawdziwej dzikiej przyrody. Miejsc, gdzie jesteśmy sam na sam z naturą, przestrzenią i… samym sobą. Dlatego wspinaczka, to jedna z tych aktywności, które nie tylko są przyjemne, ale dają nam możliwość poznawania, nawet odkrywania zupełnie nowych miejsc. Również w sobie.

Wielowyciągówka Tatry
Wielowyciągówka Tatry fot. Anka Gula

Jak tylko mogę, to wspinam się w górach albo skałach, ale w codziennej rzeczywistości głównie trenuję na warszawskim Makaku, czasem sam, czasem na zajęciach zorganizowanych, zawsze z zamysłem żeby ćwiczyć do letniego sezonu w „naturze”. Mam to z tyłu głowy gdy planuję sobie zadania na treningu. Zwykle przedkładam wytrzymałość nad czystą siłę, dlatego nie mam parcia na takie wyczyny jak podciąganie się na jednej ręce. Co mi po tym że się to zrobię raz, na tysiąc metrowej drodze? Uważam że praktyczniejsze jest zbudowanie „zapasu” żeby mieć czas się zastanowić w krytycznym, trudnym momencie i zaplanować dalszą część drogi.

Jak wspomniałem, nie lubię bulderów, robię je raz na ruski rok, głównie żeby się pobawić albo na rozgrzewkę. Lubię drogi mocno przewieszone, po bardzo dobrych chwytach, wymagające specyficznych technik, np. podhaczania palców czy pięt, jednak najbardziej „moją” formacją są pionowe (lub bardzo lekko przewieszone) płyty, zwłaszcza drogi po małych krawądkach lub dziurkach, wymagające balansu i delikatności w ruchach.

Ambitnie wspinam się od czterech lat, aktualnie na poziomie około 7b.

Rejon Vajont
Żabi Koń, Dolina Kobylańska

 

Jak trenować żeby było i fajnie, i miło?

Złotą zasadą, którą wyznaję, jest to, że mimo wszystko wspinaczka ma być przyjemna. Również trening. Robimy to, co robimy, bo to kochamy, a nie bo jesteśmy mięśniakiem z nastawieniem na wynik. Owszem, wynik określa nasz postęp. Ale postęp nie określa naszego wyniku.

Po pierwsze, wspinaczka jest jak gra na gitarze. Nieważne ile książek o tonacji molowej przeczytasz, nieważne ilu gitarzystów na youtubie obejrzysz, dopóki nie spędzisz z „wiosłem” wielu, wielu godzin, nie nauczysz się grać. Więc po pierwsze:
Trzeba robić metry.
Nie ma to tamto, zwłaszcza na początku po prostu trzeba mieć kontakt ze ścianą. Bez pracy nie ma kołaczy, ale chyba o te metry nam chodzi?

20150208_150022_IMG17617.JPG
2015 — nieprecyzyjne wstawienie

Po drugie, po co się męczyć?  Najtrudniejsze, czego uczą w tej zabawie, to jak oszczędzać siły albo jak odpoczywać. Kilkoro znajomych pytało mnie ile razy się podciągam. Odpowiem oględnie — niewiele. A znam takich, lepszych od siebie, co prawie wcale.

Ideologicznie , wspinaczka to nie sztuka podciągania się, tylko wchodzenia po ścianie. Wchodzenia. Na nogach. Dopóki wspinamy się po dobrych chwytach (tzw. „klamach”), wciąganie na rękach coraz wyżej jest kuszące, ale wystarczy, że droga choć minimalnie nie przypomina „drabiny” i ta pseudotechnika przestaje się sprawdzać. Więc po drugie — oszczędność sił.

20161211_173859_DSC_0049.JPG
2016 — prawdziwa siła techniki się nie boi

Po trzecie, oczywiście pomijając kwestie bezpieczeństwa, najważniejszym organem wspinaczkowym nie jest biceps, tylko mózg. Nieprzypadkowo o wspinaczkowych trudnościach mówimy „problemy”. Sekwencja przechwytów to wykute w skale zagadki, które trzeba rozwiązać. Wiedząc że nie powinniśmy się — niepotrzebnie, czasem inaczej się nie da — męczyć, wychodzi opracowanie patentów, czyli wymyślenie jak trudne miejsce przejść — i nie spaść! Nie bójmy się myśleć.

To chyba całkiem proste, że żeby było lepiej, musimy się po prostu wspinać, to jeszcze mamy starać się nie męczyć, a po drodze największą trudnością są puzzle jak się ustawić? W teorii — tak jest, w praktyce — żaden z elementów wcale nie jest dla początkującego ani trochę łatwy!

20171127_174936_IMG_2448.JPG
2017 — kombinacja przypaku i postęp techniczny

Nie ma co się zniechęcać początkowymi niepowodzeniami, ale też zbytnio napalać szybkim przejściem przez łatwiejsze stopnie trudności. Rozwój jest jak czarodziej Gandalf — nie przychodzi zbyt szybko, bądź zbyt wolno, tylko wtedy kiedy powinien.

Jedyną słuszną metodą jest… wspinać się!

Ale będzie tam wspinanie?

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia. Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych — Bysiek o wspinaniu.

„Ale będzie tam wspinanie?” to od paru lat najważniejsze pytanie które zadaję jak matka-kapitan składa propozycję trasy bądź wariantu.

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia, mniej lub bardziej fanatycznie, mniej lub bardziej z przyległościami. Od dawna.

Seniorska część załogi swoją złotą erę wspinania miała na przełomie lat ’80 i ’90, w takich warunkach, które tak mnie, jak moich równolatków, przyprawiają o mdłości. Potem nastąpiła dwudziestoletnia przerwa — z miejsca pozdrawiam jako jej główny sprawca — zakończona chwalebnym renesansem lat temu kilka.

Rodzinny etos zawsze miał gdzieś w tle górskie życie, czy to jako prześmiewcze powiedzonko jestem dupa, nie taternik, czy używane przeze mnie, już bodaj ośmioletniego — „Jestem synem dwójki taterników i speleologa”, co nawet poniekąd było prawdą. Szczególną radość znajdowałem w odpowiadaniu w ten sposób wszelkiej maści przedszkolankom i nauczycielkom, które były PEWNE że zaraz spadnę z tego drzewa/drabinek/słupa średniego napięcia. Nie spadałem.

1990.07-22_17
Sekcja senioralna w wieku juniorskim 1990 na Świstówce

Mimo to, nikt nie był zawodnikiem. Nikt nie miał na koncie ekstremalnych przejść skałkowych. Etos wspinacza w domu był etosem taternika-alpinisty. Ale rekreacyjnego, łojanta-hobbysty-wagabundy, jedzącego Konserwę Turystyczną™, waletującego w Pięciu Stawach i śpiącego pod głazem w tatrzańskiej Pustej Dolinie.

Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych (zapis kopalny wskazuje na przełom mileniów), a dopiero pod koniec gimnazjum uznałem, że chce się w to bawić.
W roku pańskim 2010, jesienią, robię kurs wspinaczki na sztucznej ścianie.

W zasadzie aż do matury wspinałem się mocno rekreacyjnie, rzadko częściej niż raz na dwa czy trzy tygodnie, na niewygórowanym poziomie trudności. A potem poszedłem na studia. Trafiłem na obowiązkowy wuef, na który po raz pierwszy od początku edukacji chodziłem z radością. A chodziłem nie tylko na swoje zajęcia, ale tak często, jak tylko było wolne miejsce w grupie. Czasem po trzy razy w tygodniu. Bo z całej bogatej oferty UW, wybrałem oczywiście wspinaczkę. Tu warto odnotować, że przez dwanaście (!) lat szkoły, WF był moim znienawidzonym przedmiotem, i migałem się z niego jak tylko mogłem. Prosto z WF-u trafiłem do uniwersyteckiej sekcji AZS, i to właśnie tam zaczęło się moje wspinanie „na poważnie”, dwa razy w tygodniu pod okiem trenera.

Kilka semestrów regularnego treningu i regularne weekendowe wypady na ścianę z rodziną czy znajomymi przyniosły rezultat — wspinałem się coraz lepiej, i gdy mniej więcej już wiedziałem którym końcem liny się związać, który but jest lewy i jak odróżnić karabinek od karabinu — zrealizowałem marzenie, które miałem w głowie od momentu wkręcenia się we wspinanie.

Zrobiłem kurs taternicki. Było lato 2016.

Kurs to prawie dwa tygodnie „łojenia” w górach, dróg nietrudnych, co prawda rzadko wycenionych wyżej niż V, ale nieprzygotowanych tak, jak drogi na sztucznych ściankach czy nawet w skałkach. A czasem nieprzygotowanych wcale. To znaczy, że nie ma założonych punktów do asekuracji, nie mówiąc o ekspresach. Nie tylko trzeba mieć ze sobą własne ekspresy, jak przy wspinaniu sportowym, ale czasem też wbijać haki czy wkładać specjalne kostki w skalne szczeliny, by mieć gdzie te ekspresy wpiąć. Pewne, metalowe kotwy, wwiercone głęboko w skałę, to w górach rzadkość, a każdy punkt asekuracyjny, który zakładamy samodzielnie ma szansę wypaść, nieprzyjemnie wydłużając nasz lot.
Dodajmy do tego specyficzną budowę Tatr, z mnóstwem półek i półeczek, na które można boleśnie spaść, to zrozumiemy dlaczego walor moralny takiego wspinania jest znacznie większy. Założenie jest proste — w górach, „na własnej”, się nie odpada od ściany. Po prostu nie.

14224918_1093865827316768_2705728140086920340_n.jpg
Kosmołata na Mnichu fot. Maciej Tertelis

A po kursie, jak miałem formę roku, pojawił się Maciej.
Maciej się zna z rodziną od wspomnianych lat 80, tylko że — w przeciwieństwie do nich — nie wypadł z obiegu na 20 lat. Pojawił, i zapytał Siwą, czy może mi zaproponować wyjazd– w końcu syn znajomej, do tego jedynak, kurtuazji musiało stać się zadość. Po czym, zupełnie jak w szancie, zadzwonił do mnie pytając „Stary, czy masz czas?”
Miałem. Pojechaliśmy. W jeden weekend na Mnichu wytyczyliśmy Kosmołatę, a na Kazalnicy powtórzyliśmy Schody do Nieba.
Na kultowej Kazalnicy. Zerwuni, Polskiej ścianie ścian. Jako że był to mój pierwszy wyjazd jako — całkiem świeżo upieczonego — taternika, a prowadzenie nowych dróg jest najbardziej prestiżowym wyczynem, często cenionym wyżej niż przechodzenie dróg trudnych sportowych, zacząłem z wysokiego C. A nawet C+.

We wrześniu pojechaliśmy rodzinnie w Dolomity. Och, niech żałuje kto tego nie widział, komizm kłótni o wyższość „starego nawyku” nad „gorliwością neofity” jest nie do powtórzenia na sucho. Rodzina przekonała się że stare kości warto rozruszać, bo tak jak było to fajne w 92, tak fajne jest teraz, a postęp techniczny i gonienie Zachodu spowodowało że można wspinać się w czymś innym, niż uprząż szyta z pasów samochodowych, czy asekurować sprzętem wyższej jakości niż czekan zrobiony przez kumpla w garażu. Tak, to były heroiczne czasy.

Zimą liznąłem wspinania w lodzie, a tego lata zrobiliśmy z Maciejem jeszcze dwie nowe drogi. Ale to już późniejsza historia.

W ciągu ostatnich lat, zaczynając jako kompletny żółtodziób, skończyłem jako taternik z nowymi drogami na koncie. Gdzie poniesie przyszłość? Zobaczymy.

Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  

Sądzę, że od 2014 wiele się tam nie zmieniło.

Sygnalizacja świetlna jest okazją do kontaktów towarzyskich. Kolory sygnalizacji delikatnie sugerują do kogo należy podjechać, żeby pogadać. Im więcej samochodów na skrzyżowaniu tym lepiej. Jeśli bardzo chcesz przejechać, to zatrąb, uśmiechnij się i intensywnie machaj rękami. Machanie rękami jako uniwersalna metoda konwersacji działa. Jak ktoś macha i krzyczy, krzycz głośniej, w dowolnym języku i machaj intensywniej. Przeprosi i Cię przepuści.

Generalnie całe miasto jest odpornym na przepisy ruchu drogowego korkiem. Parkuje się tam, gdzie w danym momencie się zatrzymało.

20140930.101450_IMG15894-001.JPG

Jak droga jest za wąska, żeby przejechać dostawczakiem — jedź i tak, najwyżej się przytrzesz. Jeśli stoją samochody — jedź, najwyżej je przytrzesz i pourywasz lusterka.
(nie miałam na to psychy, ale przede mną jechała ciężarówka robiąca przejazd).

I nie dajcie sobie wmówić, że się nie da.
— Jak tu się przejeżdża!?
— ODWAŻNIE.

I pojechała.

Czytaj dalej „Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  ”

Jeśli nie kamper, to co?

W poniedziałek koło południa zobaczyłam na ulicy interesujący, kanciasty samochód, wyglądający jak nieślubne dziecko Skody Yeti i Jeepa Renegata. W poniedziałek wieczorem miałam już obejrzane wszystkie strony w internecie i wiedziałam, że kocham Hondę Element, samochód produkowany na rynek amerykański, rzadko występujący w Europie i endemicznie w Polsce. We wtorek,  wiedziałam gdzie i jakie modele są wystawione na sprzedaż. Tydzień później, wyjechałam z komisu na Okęciu buraczkową Hanuszką.

Honda Element ma napęd na cztery koła, z którego w mieście nie korzysta, ale można ją do tego zmusić. Posiada również, tę samą co kamper, zdumiewającą dysproporcję pomiędzy moją kubaturą, a kubaturą pojazdu obliczonego na potężnego Amerykanina. „Pani taka chudziutka, a taki duży samochód prowadzi”, jak to zakrzyknął kiedyś pan na stacji benzynowej na widok mnie i kampera Bobka.

Poprzednio jeździłam świnką morską — Fordem Fusion — ani to SUV, ani to kombi, ani to sedan. Dobry samochód do wjeżdżania na krawężniki.  Hanuszka jest kompletnie nierozsądnym skrzyżowaniem kombi, SUVa i pickupa, jest kanciasta, trochę ładniejsza od Fiata Multipla i idealnie pasująca do imidżu osoby nieobliczalnej. Można w niej wozić rowery i skuter, można w niej spać.

Fotele rozkładają się na dwie wielkie kanapy. Nie za długi człowiek mieści się też na podłodze po złożeniu tylnych siedzeń. Zmieści się sześć plecaków, trzy osoby i szpej wspinaczkowy. Zmieści się zmywarka i lodówka, deski, szafa i kanapa z Ikei, chociaż może niekoniecznie razem z trzema ludźmi i plecakami. Może zmieści się nawet mój grejpfrut, jak już uznam, że czas na wywiezienie do do Domu Spokojnej Starości dla Drzew Cytrusowych.

Ma też wady. Jest czteroosobowa, ale nie pamiętam kiedy ostatnio wiozłam pięć osób.  Nie zmieściła się w całości w budżecie jaki miałam na nowy samochód, ale pomińmy milczeniem  wstydliwy wątek mojej permanentnej indolencji finansowej (patrz punkt dorosłość). Nie jest samochodem ekonomicznym, szczególnie na miasto — ma duży silnik (2,5 litra), na szczęście zaopatrzony w instalację gazową, powoli dociera do nas, że jednak nie zbankrutuję na paliwo. Parkuje się nią nieco łatwiej niż kamperem, bo ma wspomaganie kierownicy, ale dalej nie jest to „łatwo”. Jak pod domem zaparkowałam równolegle, bez poprawiania się, domagałam się od rodziny oklasków i wyrazów uznania. Ma też automatyczną skrzynię biegów, więc jadąc nią, nie bardzo mam pomysł, co zrobić z lewą nogą i prawą ręką. Ciekawe kiedy przestanę tupać w podłogę i patrzeć na kontrolki, żeby sprawdzić ja którym biegu jestem.

Mam wrażenie, że jej kompletnie nie znam, że zaraz mnie czymś zaskoczy, miłym albo niemiłym. Ale na razie prowadzenie samochodu sprawia mi taką frajdę, jak w 1986, kiedy odebrałam prawo jazdy i jak zmieniłam malucha z Forda Fiestę.

 

Więc trzymajcie kciuki, żebyśmy żyły długo i szczęśliwie.