Grecja dla kamperów

Grecja ma wadę – jest daleko. Ale poza tym ma same zalety. Uwzględniając oczywiście nasze specyficzne, kamperowe potrzeby: unikanie tłumów i nocowanie co noc w innym miejscu.

Nie bardzo lubimy się z upałami. Europa północna nam się skończyła, pojechaliśmy więc na południe, późną jesienią. Tym razem nie Dolina Muminków, ale Grecja w listopadzie. I to był strzał w 10, bo dojechaliśmy do miejsca, skąd mieliśmy bliżej do Libii niż do Bułgarii. Że o Wiedniu czy Warszawie nie wspomnę. Półwysep Mani zasługuje na własną opowieść, którą napiszę i podlinkuję. Tam już było trochę gorąco.

Drogi w Grecji

Objechaliśmy Grecję dookoła unikając autostrad, miast i kempingów. Poza sezonem nie jest to specjalnie trudne.

Drogi są szerokie. Po Włoszech i bliższych Bałkanach spodziewałam się wąskiej i krętej masakry. A tu zaskoczenie. Nigdzie nie utknęłam, nigdzie nie musiałam zwijać lusterek, żeby przejechać. 

Nie lubimy autostrad, nie dlatego że są płatne, ale dlatego, że mało z nich widać, nie można przy autostradzie kupić pomarańczy, a kamper Bobek poza autostradą pali do 5 litrów ropy mniej.  

Bezpłatne, umiarkowanie boczne drogi w Grecji są szerokie i wygodne. I co dla nas najważniejsze – mają mnóstwo parkingów i zatoczek. W żadnym kraju nie widziałam infrastruktury tak nastawionej na pokazanie turyście pięknych widoków.

Parkingi, wszędzie parkingi

Miejsce widokowe? Ale proszę – oto duży, wygodny parking. Z altanką i śmietnikiem. Nie są to miejsca kempingowe, ale też nigdzie nie ma zakazu zatrzymania się na jedną noc. Nie ma miejsca na parking? To wystarczy zatoczka, żebyś mógł komfortowo zrobić sobie fotkę z ładnym tłem. 

W listopadzie ściemnia się dość wcześnie, a jechanie przez piękny kraj po ciemku nie ma za dużego sensu, byliśmy Grekom za te liczne parkingi naprawdę wdzięczni. Nikt nas też nigdzie nie ścigał  i nie wyganiał. Ale tradycyjnie – przyjeżdżaliśmy wieczorem, wyjeżdżali rano, śmiecie zabierali ze sobą. Kontakty z ludnością tubylczą mieliśmy sporadyczne i życzliwe. Można nawet powiedzieć, że serdeczne.

Parkingi przy miejscach turystycznych są duże i darmowe. Praktycznie wszędzie można podjechać, sensownie zaparkować i spokojnie konsumować kulturę helleńską. Żartowałam. Konsumowaliśmy arbuzy. 

Kamperowe miejscówki w Grecji z koordynatami GPS

Czy Grecja ma wady?

Poza piekielnymi temperaturami, dla nomadycznego kampera wadą jest totalny brak miejsc serwisowania kampera. Nie mówię o darmowych, ale nie ma też płatnych. Ścieki zlewaliśmy na nielicznych czynnych kempingach, odpłatnie. Jadąc przez turystyczne miejsca widzieliśmy zjazd na jedną zlewkę, której zresztą nie mogliśmy potem znaleźć. Istnieje więc szansa, że jej nie było.

Dwadzieścia stopni to jest w Grecji lekki przymrozek. Większość kempingów jest zatem nieczynna. Bo kto by w taki mróz siedział w namiocie. Trzeba więc serwisowanie kampera planować starannie, żeby nie wylądować w świątyni Ateny z pełnym kiblem.

Kemping. Sad cytrusowy i JEDEN kamper. Widok z miejsca serwisowania Bobka

Greków podejście do przepisów

Jak to południowcy, Grecy mają podejście do przepisów drogowych raczej swobodne. Oczywiście (jak cała reszta świata, poza Polakami) respektują pierwszeństwo pieszych i ograniczenia prędkości. Swobodne mają za to podejście do oznakowania poziomego, wyprzedzania i parkowania. I dużo tolerancji dla kamperów robiących Szalonego Iwana na polnej drodze.

Programowo i ideologicznie jeżdżę przepisowo, nie miałam więc okazji się przekonać o wysokości mandatów. I nie tęskniłam za rodakami na drogach.

Ptaszek Staszek 

Wakacje kamperem w Grecji

Polecam, ale poza sezonem. W sezonie trzeba mieć klimę w samochodzie i to stacjonarną, bo za bardzo spać się nie da.

Jeśli szukacie luksusówych kempingów z basenami i atrakcjami dla dzieci (tak wygląda piekło), to pewnie znajdziecie. My nie szukaliśmy i bez trudu udało się nam tego uniknąć.

Mieszkanie na dziko – na krótką metę, dwie noce, poza sezonem (jestem nudna, wiem) – polecam. W sezonie i miejscach oblężonych – jednak odradzam.

Internet raportuje, że za parkowanie na plaży można zarobić słony mandat. Całkiem się nie dziwię, sama bym łupała mandaty, jakbym zbudowała 100 metrów od plaży parking, a ktoś mi budą wjechał w morze.

Co zrobiłam źle?

Źle zaplanowałam trasę. Dwa tygodnie na Grecję to za mało. Zabałaganiam w Albanii (będzie kiedyś podlinkowana noteczka) i nie przewidziałam, że hellenistyczne gruzy są tak rozlegle, że nawet pobieżna przebieżka po nich zajmuje kilka godzin. Że, jeśli się korzysta z tych starannie zaplanowanych miejsc widokowych i co chwilę zatrzymuje, żeby zrobić zdjęcie, to 200 km dziennie robi się sporą odległością dzienną.

Że malownicze, boczne, greckie drogi są, jak wspomniałam przyzwoite, ale kręte i pod górę, jedzie się więc wolno. Patrz 200 km dziennie.

Wrócę tam na zimę i na dłużej.

Szczegółowa trasa tutaj

wakacje Hellada
GPSies - 2018.10 wakacje Hellada

Wielka Majówka

Digital nomading

26 kwietnia–23 maja 2018
Σ=5826 km

Ξ 26.04.2019 – za Dreznem; 712 km 50.961470°N 13.072550°E; 356m mnpm

Ξ 27.04.2019 – Lago di Caverdine; 780 km 45.992560°N 10.944070°E; 259m mnpm

Ξ 28.04.2019 – Anfo; 69 km 45.762690°N 10.492240°E; 362m mnpm

Ξ 29-30.04.2019 – Lago di Cavedine; 105 km 45.992300°N 10.944000°E; 188m mnpm

Ξ 01.05.2019 – Coltura; 43 km 46.059310°N 10.808950°E; 607m mnpm

Ξ 02.05.2019 – LdC; 59 km 45.992410°N 10.943830°E; 246m mnpm

Ξ 03.05.2019 – LdC; 57 km 45.992410°N 10.943960°E; 250m mnpm

Ξ 04.05.2019 – Loiano; 280 km 44.272100°N 11.315370°E; 707m mnpm

Ξ 05.05.2019 – Acquasparta; 287 km 42.693280°N 12.542720°E; 331m mnpm

Ξ 06.05.2019 – Vitrebo; 85 km 42.421040°N 12.064420°E; 285m mnpm

Ξ 07.05.2019 – Saturnia; 87 km 42.655900°N 11.504300°E; 165m mnpm

Ξ 08.05.2019 – Bagno Vignoni; 93 km 43.029480°N 11.625180°E; 284m mnpm

Ξ 09.05.2019 – Bagni di Petriolo; 57 km 43.082360°N 11.302100°E; 156m mnpm

Ξ 10.05.2019 – Castelina in Chianti; 56 km 43.473370°N 11.287510°E; 566m mnpm

Ξ 11.05.2019 – Peccioli; 83 km 43.561830°N 10.711190°E; 54m mnpm

Ξ 12.05.2019 – kamieniołom Carrara; 117 km 44.090030°N 10.132880°E; 347mnpm

Ξ 13.05.2019 – Albissola Marina; 291 km 44.323520°N 8.499090°E; 6mnpm

Ξ 14.05.2019 – Col du Lautaret; 272 km 45.034530°N 6.404580°E; 2052mnpm

Ξ 15.05.2019 – Mont Poupet; 333 km 46.958490°N 5.886420°E; 451mnpm

Ξ 16.05.2019 – Wasserbillig (L); 408 km 49.725130°N 6.512850°E; 136mnpm

Ξ 17-18.05.2019 – Heimbach; 152 km 50.628170°N 6.492400°E; 249mnpm

Ξ 19.05.2019 – Mariawald; 6 km 50.617890°N 6.475070°E; 468mnpm

Ξ 20.05.2019 – Hof Huhnstadt; 276 km 50.772940°N 9.445240°E; 350mnpm

Ξ 21.05.2019 – Neukirch/Lausitz; 429 km 51.098710°N 14.306210°E; 308mnpm

Ξ 22.05.2019 – Krasiejów; 382 km 50.661660°N 18.266590°E; 198mnpm

Przykre skutki złego zamocowania drewna opałowego przez Słowaków

To nie była łatwa zima z wielu powodów. W październiku Bobek dostał słowackim klockiem drewna. Nowy zderzak kosztował w Bańskiej Bystrzycy 200€. Wtedy właśnie się okazało jak przydatne są ćwiczenia oddechowe, medytacja i spoglądanie z boku na zaistniałe trudności. Blacharz to słowacku to „klampiar”. Nie dopytałam, czy klampiara jest tak obraźliwa jak brzmi, ale postanowiłam używać.

Tak wygląda nowy zderzak

Potem z obitym ryjem i Czymś Źle Brzęczącym przejechałam ponad 6000 km. Brzęczące Coś okazało się skrzynią biegów. I słusznie umierałam na podjazdach z których nie zwiozłaby mnie laweta, czołg i dźwig. I na zjazdach na których bez hamowania silnikiem moje poczucie bezpieczeństwa gwałtownie malało, a strefa komfortu oddalała się za ostatnią serpentynę. Skrzynia biegów umierała.

Tak wygląda wyjazd z półwyspu Mani <3

Kiedy wjechałam do Polski śpiewałam, bo wiedziałam, że zza Przełęczy Dukielskiej już mnie Św. Pan Andrzej zwiezie lawetą do Wesołej.W listopadzie Bobeczek trafił na hospitalizację i zaczęły przychodzić niepokojące maile:

Witam P. Aniu, [1] lista części do skrzyni wg. mechanika: wałek główny, 2 koła zębate V bieg, piasta V bieg, 2 synchronizatory I, II bieg, 2 satelity, łożyska, uszczelki + zimmeringi, wybierak

Nie ukrywam, szczególnie ubawiły mnie dwie satelity i perspektywa sprzedaży nerek całej rodziny i powinowatych, bo taki satelita, to tani nie jest.Okazało się, że prościej szukać całej skrzyni biegów, a wszystkie tropy prowadziły w województwo zachodniopomorskie. Tajemniczy człowiek z zachodniopomorskiego miał skrzynię do Ducato I, taniej niż nowy samochód. Jeśli bylibyście ciekawi, to zregenerowana skrzynia biegów kosztuje 1500 zł z wysyłką. Po moich płaczliwych telefonach [2] Tajemniczy Don Pedro z zachodniopomorskiego podesłał jeszcze wybierak, którego nie było NIGDZIE, choć sporządziłam graf pokazujący czego konkretnie potrzebuję. Jest na obrazku, możecie podziwiać.

Widzicie twarz? To pareidolia – zjawisko dopatrywania się znanych kształtów w przypadkowych szczegółach

Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że kompletnie nie wiedziałam o czym tak w zasadzie rozmawiam, co tak w zasadzie kupuję i jaki to ma rozmiar. Nienormatywna paczka zamawiana przeze mnie zdalnie przez usługi kurierskie firmy była opisana tajemniczo „części”. Skrzynię biegów przełożył podwarszawski Don Pedro. Jak zobaczyłam co mam nowego, to się zaczęłam zastanawiać czy przypadkiem, niechcący, nie kupiłam sobie nowego samochodu.

Dwa dni temu, głęboką nocą, żeby ominąć okołoświąteczne korki podwarszawskie, ściągnęłam Bobeczka z Wesołej. Jest z nim teraz trochę tak, jak z moim kolanem po przeszczepie więzadeł krzyżowych – niby moje, a jakieś inne. Dodam, że do nowych więzadeł przyzwyczajałam się kilka lat i dopiero w zeszłym roku zapomniałam jak się skręcało na nartach i zaczął mi skręt w prawo wychodzić w miarę zgrabnie, z pominięciem zespołu stresu pourazowego.

Bobeczek i Hanuszka wiosenni przed domem

Co jest smutne: teraz mam PTSD związane ze słowackimi tirami, boję się o nową-starą skrzynię biegów. Straciłam radość z jechania przed siebie. Bobeczek jest już zwieziony pod dom. Akumulatory się ładują. Pewnie na majówkę uda się wyjechać, trzymajcie kciuki.Słowację omijam.

[1] dopuszczam tę formę, tylko w kontekście: Pani Aniu, jest chujowo, ale naprawimy pani samochód

[2] tak, w sprawach mojego samochodu dzwonię

Climbfulness

Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, tak teraz się wspinam. Na własnych warunkach, powoli, uważnie. Uprawiam climbfulness. Łapię z życia tyle, ile się da.

Mam sześć lat i ADHD. Spadam z tarasu, przecinam sobie dwa kluczowe mięśnie w nodze. Mam dwanaście lat – żeby chodzić, przechodzę ciężką operację ortopedyczną, do końca życia utykam. Oprócz tego, że mam jedną nóżkę bardziej, to noszę okulary z grubymi szkłami, nie umiem biegać i boję się piłki. Całą szkołę i studia mam zwolnienie z WF-u i jestem klasową wyśmiewaną lebiegą.

Ale chodzić mogę, w połowie liceum zaczynam powoli chodzić po górach. Powoli jest tu kluczowe. Teraz powiedziałabym „uważnie”. Do matury przechodzę wszystkie legalne szlaki w Tatrach i kilka nielegalnych. Zaczynam myśleć o wspinaniu – tylko po to, żeby wchodzić na szczyty, na które nie prowadzą szlaki, unikać tłumów i robić zdjęcia. Nie interesuje mnie rywalizacja, nie mam sportowych ambicji. Fałszuję kartę zdrowia sportowca i w 1990 robię kurs taternicki. Zaczynam chodzić po górach szlakami nieoczywistymi. Lubię ścieżki pod ścianę, nagrzane słońcem granitowe płyty, herbatę na szczycie i wygodne stanowiska. Stanowisko na drodze wspinaczkowej, to miejsce, gdzie wspinacze się spotykają, zazwyczaj jeden idzie, a drugi go asekuruje. Dobrze jest się spotkać i posiedzieć na słońcu.

1990, taras w Pięciu Stawach
1990, taras w Pięciu Stawach

Jeżdżę w skałki, gdzie jest ciepło, słonecznie, można leżeć na trawie i czasami się powspinać. Siedzę przy ognisku z ludźmi, którzy z czasem staną się krajową czołówką. Wspinam się najsłabiej, ale nikt nie wymaga od pingwina, żeby latał. Wystarczy, że tam siedzę i jestem. Moje wspinanie to nieustająca walka z ciałem, które nie zawsze ze mną współpracuje. Czasem myślę, jak świetna byłabym w innym ciele. Potem wsiadam na rower, idzie mi znacznie lepiej, obie nogi nagle okazują się takie same. Podobnie jest z nartami.

UŚMIECHNIĘTA MAŁPA

Ale gdzieś w duszy cały czas jestem wspinaczem, i powtarzam sobie, że przecież zawsze mogę do tego wrócić. Nie wyrzucam starych butów i kompletnie bezużytecznej liny. Wspinać się nie ma kiedy, sprzęt jest drogi, nie mam głowy do inwestycji. Niepostrzeżenie mija 20 lat. W Warszawie wyrastają kolejne ścianki
wspinaczkowe, wspinać zaczyna się mój syn, ja podupadam na zdrowiu. Mam zerwane więzadła w kolanie, co mnie uziemia na dwa lata, a jak z tego wychodzę, okazuje się, że mam stwardnienie rozsiane i nie wiadomo ile czasu będę jeszcze chodzić. Stwardnienie to choroba neurologiczna, która stopniowo wyłącza nerwy obwodowe. Traci się władzę w nogach, rękach. Nie wiadomo kiedy, bo jest nieprzewidywalna. Postanawiam złapać z życia i sprawności ile się da. Siedzę na beczce prochu, ale leczę się, rehabilituję, choroba przechodzi w etap remisji.

Mój syn wspina się coraz lepiej i coraz intensywniej. Potrzebuje samobieżnego przyrządu asekuracyjnego, zaczynamy razem chodzić na ściankę. Okazuje się, że ciało pamięta wszystko, zmieniły się niektóre zasady, sprzęt jest tańszy i łatwiej dostępny, ale przede wszystkim po 25 latach moi kumple są tu nadal. Posiwieli, mają zmarszczki, ale dalej jestem częścią tego środowiska i nadal nikt mi nie patrzy w nogi.

Lekarze każą się ruszać. W stwardnieniu rozsianym tak samo jak odpowiednie leczenie ważny jest ruch. Jak usiądę, to mogę już nie wstać. Nie cierpię biegać, brzydzę się basenu, śmiertelnie nudzi mnie siłowania. Wracam do regularnego wspinania, kilka razy w tygodniu i sprawia mi to naprawdę ogromną przyjemność. Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, płotach i murkach, tak teraz się wspinam. W każdym z nas, gdzieś na samym dnie rozwoju ewolucyjnego jest ta małpa, której się udało wejść na czubek drzewa. I to ona się do mnie uśmiecha. Wspinanie mamy w genach. Wiedzą o tym wszystkie matki, które zabezpieczały schody i regały przed raczkującymi dziećmi.

TAI CHI NA ŚCIANCE

Buduję swoją filozofię wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie. Najłatwiejsze drogi na ściankach są budowane dla dzieci i jeśli nie sprawia ci trudności chodzenie czy wchodzenie po schodach, dasz radę się wspinać. Potrzebujesz tylko ubrania zapewniającego swobodę ruchów, bo jeśli planujesz iść na sztuczną ściankę, resztę tam wypożyczysz. Wspinając się rekreacyjnie nie rywalizujesz z nikim, nagrodą jest to, że uda ci się przejść całą drogę, może być łatwa. Zalewam koktajlem z endorfin i adrenaliny ośrodek nagrody w mózgu, który mruczy, jak udaje mi się skończyć drogę i zjeżdżam na linie na dół.

2018, sztuczna ściana wspinaczkowa
2018, sztuczna ściana wspinaczkowa

Nie trzeba się wspinać dobrze, żeby to sprawiało przyjemność. Można być silnym, można być elastycznym, można być cierpliwym. Każdy ma swoje ulubione formacje i style. Dla mnie są to drogi typu tai chi, nie wymagające siły, a raczej umiejętności gimnastycznych – wysokiego wstawiania nogi, szerokiego rozstawienia się i balansu ciałem. Dla wspinającej się ultramaratonki dobre jest wszystko, gdzie może użyć mięśni. Najpowszechniejsze jest przekonanie, że żeby się wspinać trzeba mieć bardzo silne ręce. To po wielokroć nieprawda. Wspinanie rekreacyjne w ogóle nie wymaga silnych rąk, podobnie jak wchodzenie po schodach czy po drabinie. Rąk używa się do przytrzymania i złapania równowagi, a nogi każdy z nas ma znacznie silniejsze. Mimo trzydziestu lat wspinania nie podciągam się na drążku i gdyby zależało mi na wynikach sportowych, właśnie nad tym powinnam pracować.

Moja filozofia wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie.

Wspinanie to idealna ogólnorozwojówka, ćwiczy absolutnie wszystkie partie mięśni. Po kilku wizytach na ściance orientujesz się, że poprawiła ci się nie tylko ogólna sprawność, jesteś silniejszy i bardziej rozciągnięty, ale też coś się dzieje z czuciem głębokim, poczuciem równowagi i ogólną koordynacją. Zaczynasz być bardziej świadomy swojego ciała i ruchów, jakie ono wykonuje. W pewnym momencie robisz  ruch, którego się nie spodziewasz! To nigdy nie działało, nie umiałam postawić tak wysoko nogi, przy schodzeniu po schodach bolały mnie zawsze kolana. A teraz nie bolą, a rano budzę się bez bólu w krzyżu.

Ale nie tylko o to chodzi. Czasami jadę na ściankę w Warszawie albo pakuję kampera i na weekend jadę w skałki, tylko po to, żeby wypić kawę z przyjaciółką, pogadać o wspólnych biznesach z drugą, spotkać się ze znajomymi. Wspinanie dalej traktuję jak zajęcia integracyjne. Z elementami rehabilitacji

Na ściance godzinami stoję i gadam. Czasami zapominam, że miałam się wspinać. Gadamy o pracy, dzieciach, trochę o polityce, o świecie i oczywiście trochę o wspinaniu, ale raczej która droga jest ładna i ciekawa, a nie licytujemy się na sportowe osiągnięcia. Mój sportowo nastawiony syn zupełnie tego nie rozumie. Ale on ma wyniki sportowe, a ja społeczne. Namawiam ludzi na ściankę, bo wiem, że tam ich poznam lepiej. Bo są ludzie, którzy na pewno będą się dobrze tam bawili. Wreszcie, bo tam mam czas, żeby spokojnie porozmawiać. No i jeśli ja – niekoniecznie ideał zdrowia – daję radę, to na pewno każdy da. I nie wierzę, że komuś to się może nie podobać. Bo wspinanie jest po prostu fantastyczne. I dla każdego.

LĘK GRUNTU

We wspinaniu strach jest naturalny. Znowu – dziedziczymy go po naszych dalekich praprzodkach. W końcu nie zostali naszymi przodkami ci, którzy nie bali się spaść z wysoka i ewolucja nie dała im szansy przedłużyć gatunku. Nasz mózg mówi: jest wysoko, ziemia jest coraz dalej, jest niebezpiecznie. Uruchamiamy bardzo pierwotną część naszego mózgu, zaczynają się nam pocić ręce, oddech się skraca. Co ważne – masz prawo się bać – strach jest naturalny. Oswajaj swoje lęki stopniowo, buduj zaufanie do partnera, ucz się przyrządów, wszystko kilka razy sprawdzaj. Najwięcej wypadków zdarza się z rutyny i zbytniej pewności siebie.

Kiedy się boisz – pohuśtaj się na linie, posiedź w uprzęży, nie wchodź na wysokość niekomfortową. Ten lęk w końcu minie, ale nie daj sobie mówić, że to wstyd się bać, bo to strach ratuje życie. Znam osoby wspinające się z lękiem wysokości. Jeśli lęk nie jest paraliżujący, ścianka jest dobrym miejscem na oswojenie go. Tylko nie należy robić nic na siłę. Często jest OK, dopóki są przodem do ściany i mają kontrolę nad tym, co się dzieje. To trudniejsi i bardziej wymagający partnerzy, ale lęk wysokości nie przekreśla wspinaczki. Trzeba się też nauczyć, że z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa, im jesteś wyżej tym jest bezpieczniej, bo wszystkie zabezpieczenia, których używasz, nie mają szans zadziałać, jak źle zeskoczysz z pół metra. Lubię cytować Pratchetta – nie mam lęku wysokości, mam lęk gruntu, to grunt zabija i im jestem wyżej, tym czuję się bezpieczniej.

Zaczynając trzeba pamiętać, że jak już pisałam – wspinanie jest naturalne i przychodzi samo, natomiast zjeżdżanie nie. Często ze szczytu ścianki zdejmujemy przerażone dzieci, które bez wysiłku wspięły się na kilkanaście metrów i paraliżuje je strach, że obciążyć linę i zjechać na dół. W przezwyciężeniu strachu pomagają też ćwiczenia grawitacyjne nad materacem, na małej wysokości albo z pewnym partnerem asekurującym, do którego ma się zaufanie. Grawitacja jest bezlitosna – zawsze działa w dół, uczymy się ja wykorzystywać, żeby działała też na naszą korzyść.

RZECZY, KTÓRYCH NIE WIESZ O WSPINANIU

  1. Nie potrzebujesz mieć silnych rąk, wspinanie to przede wszystkim nogi.
  2. Nie wspinamy się po linach. Liny służą wyłącznie do asekuracji.
  3. Wspinają się nie tylko młodzi i sprawni, ale też dzieci, w tym te z niepełnosprawnościami, oraz seniorzy.
  4. Rekreacyjne wspinanie nie jest niebezpieczne i nie powinno być uważane za sport ekstremalny.
  5. Wspinaczka bywa stosowana w rehabilitacji osób z chorobami neurologicznymi i atypowych dzieci, np. tych z autyzmem czy ADHD.

GDY WSPINA SIĘ GŁOWA

Wspinaczka może być treningiem czysto fizycznym, ale najważniejsze jest jak się wspina głowa. W głowie jest chęć, strach i motywacja. Wspinaczka może też być rodzajem medytacji. Cenię umiejętności mindfulnessowe we wspinaczce – powolne ruchy, uważne stawianie nóg. Jeśli mam czas, zatrzymuję się na dwa oddechy w wygodnej pozycji. Zrobienie drogi wspinaczkowej trwa wtedy dłużej, ale jestem wtedy znacznie mniej zmęczona.

2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu
2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu

Wymyślam sobie ćwiczenia związane z uważnym wspinaniem – wspinam się bez szarpania i nerwowości, liczę do trzech zanim znajdę kolejne stopnie, myślę nad każdym przechwytem. Wszystkie operacje wykonuję bardzo spokojnie, cały czas bardzo głęboko oddychając. Do takich ćwiczeń używam bardzo łatwych dróg, które pozwalają mi wspinać się zupełnie bez stresu. Czasami używam też oddechów relaksacyjnych. Nazywam to climbfulness i serdecznie polecam wszystkim zestresowanym.

Po takim treningu mogę spróbować się trochę powspinać siłowo, na drogach trochę za trudnych. Jednak ten progres trochę kusi… Każdy ma swój „limes”, drogę, która go pokona. Ja z nimi nie walczę. Przyjdzie taki moment, że będę chciała spróbować czegoś trudniejszego, ale nie siłuję się ze sobą.

Uważnie stawiam nogi, świadomie oddycham. Wspinaczka to moja medytacja, mój climbfulness

Pilnuję tylko żeby nie wychodzić ze ścianki z porażką. Ostatnia droga musi być taka, że kończę ją z cudownym uczuciem: „ależ ja się wspaniale wspinam”. To truizm, ale szukaj motywacji w sobie, nie w „cyfrze” . Nie porównuj się z młodszymi, zdrowszymi, silniejszymi, dłużej się wspinającymi.

Najlepiej się z nikim nie porównuj. Nie ma znaczenia, na którym jesteś miejscu w swojej jednoosobowej drużynie wspinaczkowej. Ja walczę o kolejne tygodnie, może miesiące, a może lata, sprawności fizycznej. Ale wspinaczka to nie tylko rehabilitacja, to pretekst do spędzania czasu z przyjaciółmi, wstania od komputera i sprawdzenia, czy twoje ciało ma ochotę na coś naprawdę ekscytującego.

JAK ZACZĄĆ
Pierwsze kroki można postawić na ściance pod okiem dowolnego instruktora. Odradzam robienie tego na własną ręką, mimo że widziałeś kilka filmów o wspinaniu. Na początek instruktor nie będzie uczył wspinania, ale przekaże podstawowe zasady bezpieczeństwa. Jeśli chcesz robić postępy i niekoniecznie uczyć się na własnych błędach – przyda się trener albo instruktor. Ważne jest, żeby osoba szkoląca wiedziała jaki masz cel – czy jest to rekreacyjne, niespieszne wchodzenie po łatwych drogach, czy masz sportowy cel. Jeśli szkoleniowiec nie rozumie twoich potrzeb – zmień go.

Tekst autorstwa Anny-Marii Siwińskiej pierwotnie ukazał się w magazynie Coaching 6/2018

Arco – ekonomiczny przewodnik dla wspinaczy i turystów

O mitycznym Arco słyszał chyba każdy wspinacz skałkowy – słoneczna dolina łącząca zalety włoskiej riwiery i wspinaczkowego refugium.

Dolina Sarca
Dolina Sarca

Pierwszy raz pojechaliśmy tam w 2016, dosłownie na kilka dni, w czasie tripu Austria-Włochy 2016. I się zakochaliśmy.

Arco ma cechy rejonu idealnego – pogoda jest stabilna, wspinania jest MASA, zaplecze logistyczne jest bardzo łatwe i jest – relatywnie – blisko.

Po pierwsze – dojazd

Do Arco najłatwiej dostać się samochodem. Odległość drogowa to około 1500 km, praktycznie tylko autostradami. Pakujemy się pod domem, witamy słońce, gaz w podłogę i na wieczorną pizzę meldujemy się w Arco, po 16 h nieśpiesznej jazdy. Nasza Hanuszka ma obrys tostera, więc na autostradzie jeździmy raczej zgodnie z przepisami, a jej upodobania dietetyczne (LPG) niezbyt przystają do kuchni austriackiej – prawie godzinę zmarnowaliśmy pod Innsbruckiem szukając stacji!

Droga z widokiem na Lago Garda
Droga z widokiem na Lago Garda

Pamiętajcie, że czekają was dodatkowe opłaty drogowe:

  • za autostrady w Austrii – winietka na 10 dni kosztuje 9 €, ale oszczędzamy bezcenny czas,
  • za przejazd przez Przełęcz Brenner – kolejne 9 €, tutaj w zasadzie nie mamy sensownej alternatywy
  • na końcu za autostradę we Włoszech – przejazd Brennero – Trento Nord (Trydent) to ok 10 €, natomiast jeśli chcielibyśmy pojechać autostradą aż do Rovereto (umiarkowanie korzystna czasowo-widokowo opcja) to zapłacimy około 2 € więcej.
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin

Po drugie – mieszkanie

Włochy to kraj cudownie przyjazny spaniu „na dziko” – praktycznie wszędzie wolno, carabinieri się niczego nie czepiają, a miejscówek w turystycznych rejonach jest wyjątkowo dużo. Mimo tego, w Arco i okolicach jest kilka przystępnych kempingów, na wypadek potrzeby ablucji w wodzie cieplejszej niż górska rzeka.

Najmilsze wspomnienia mamy z Agricampeggio Paolino w Pietramuracie, gdzie zapłaciliśmy 22€ za nocleg dla 2 osób z prądem, ale spaliśmy w Hanuszce, za to w cieniu Parete Zebrata. Podczas pierwszej wizyty w Arco zajechaliśmy na Camping Zoo w samym Arco, tuż pod zerwami Monte Colodri (5 minut od Ferraty Colodri), ale trzeba doliczyć dodatkową opłatę za miejsce kempingowe, około 10 €, czyli już 30 € za dwie osoby. Połowę drożej.

Campeggio Paolino pod Parete Zebrata
Campeggio Paolino pod Parete Zebrata

Jeśli przyjechaliście kamperem, można zaparkować w samiutkim Arco, nad rzeką, na wielkim parkingu przy mostku i lodziarni (cennik jak za normalny parking) lub kawałek w głąb miasta, na parkingu przy szpitalu (8€ za noc), ale co warto odnotować – jest tu darmowe ujęcie wody (w tym pitnej) oraz możliwość wylania ścieków (w tym toalety!)

Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip
Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip

A na dziko?

Najwięcej osób śpi przy jeziorze Cavedine – praktycznie cały południowo-wschodni brzeg usiany jest zatoczkami i parkingami, zachęcam przyjechać najpóźniej o 19, bo miejsca są rozchwytywane! Pewną wadą popularności i „legalności” tego miejsca są liczne ślady bytności ludzkiej w lasku nieopodal.

Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine
Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine

Jedzenie najtaniej kupować w dużych sklepach, w Sarche jest bardzo dobrze zaopatrzony sklep-moloch, a w Arco jest Lidl. W Dro można kupić lokalne frukty przy drodze, na przeciwko kolejnego supermarcato.

Dojechaliśmy, przespaliśmy się, to najwyższy czas iść w skały!

Zależnie od naszych celów i lokalizacji mamy kilka możliwości. Jeśli chcemy wspinać się „sportowo”, ale w kategoriach wagowych „bez-napinki”, bądź rodzinnie – zdecydowanie warto odwiedzić Muro Del’Asino na północno-zachodnim zboczu Monte Colodri – polecamy przejście ferratą z kempingu.

Jeśli jesteście doświadczonymi turystami górskimi, powiem obrazowo że ta ferrata jest znacznie łatwiejsza od Orlej Perci, można na nią iść z dziećmi, jedno miejsce wymaga umiejętności wchodzenia po drabinie ;)

Po drugiej stronie doliny jest sektor L’Orto – tam wspinanie jest bardziej zróżnicowane i „sekcja sportowa” też będzie miała się na czym namęczyć – drogi sięgają 8a, z bogatym wyborem skradankowych 6-tek, i fajnymi, technicznymi 5-tkami. Można też odwiedzić Placche di Baone, wielki połóg z tarciowymi drogami od 3a do 6a, na pewno będzie to dobre ćwiczenie przed wspinaniem na Parete Zebrata!

Jak przyjechaliście do Arco robić cyfrę życia – to zachęcam nastawić się na drogi od 7a w górę – łatwiejsze często są wyślizgane ZNACZNIE bardziej niż nasza Jura! W takim wypadku trzeba wspomnieć o słynnym Massone, murze skalnym po drugiej stronie rzeki. Dojazd jest opisany znakami „Falesia Policromuro” ale uwaga! duże samochody nie przejadą przez uliczki w San Martino i należy przygotować się na około kilometrowy spacer pod górę. Hanuszką przejechaliśmy z niedużym zapasem, na parkingu pod sektorem nie stało nic większego od VW Transportera. Tam też można nabrać wody pitnej.

Massone przedstawiać nie trzeba, to najsłynniejszy sektor w Arco, drogi idą w pionach i lekkich przewieszeniach a wyceny wahają się od 5, do 9a, niestety do 6c drogi są bardzo śliskie, ale przynajmniej gęsto obite.

W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia
W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia

Wielowyciągi <3

Tym, z czego słynie dolina Sarca, są długie – wielowyciągowe – drogi sportowe, ze wspomnianą kilkukrotnie – i najsłynniejszą chyba – Parete Zebrata, oferującą drogi od 3 do 15 wyciągów, (90-400+ metrów) i wycenach „od góry do dołu”, w większości obitych dość luźno, więc dobrze wybierać drogi poniżej swojego limesa.

Drugim miejscem wartym odwiedzenia jest Piccolo Dain w Sarche, drogi takie jak Orrizonti Dolomitici czy Moonbears to nowości które już doczekały się miana „klasyków”. Mimo (nie)ciekawego startu trójkowym trawersem nad elektrownią wodną, wspinanie jest wybitne!

Spragnionym górskich wrażeń nie umkną zerwy Monte Brento i Monte Casale. Sięgające 1300 m deniwelacji urwisko to idealny poligon dla wspinaczy wielkościanowych. Drogi rzadko mają mniej niż 20 wyciągów i często wymagają umiejętności zakładania własnej asekuracji.

Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle
Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle

Ten, kto ma dość męczenia się w pionie, może przejść się na spacer na Marocche di Dro. Ten księżycowy krajobraz w cieniu Monte Brento to wielkie osuwisko, które ruszyło około 2000 lat temu. Co ciekawe, na niektórych głazach zostały znalezione odciski stóp dinozaurów, także miejsce jest wybitnie interesujące dla dzieci i… geologów!

To są podobno ślady dinozaurów. No, może...
To są podobno ślady dinozaurów… No, może.

Gdyby upał stał się nieznośny to w miejscowości Ceniga, pamiętającej czasy Imperium Romanum, o czym świadczy most o rzymskich założeniach, nacieszymy się kąpieliskiem, o przyjemnym, kamienistym charakterze. Fani adrenaliny mogą spróbować skoków z poręczy tego mostu. Nie mierzyliśmy ile ma on wysokości ale leci się całkiem długo ;)  Tu możecie zobaczyć ten skok na naszym Instagramie! Uwaga na podwodne skały przy zachodnim brzegu!

W wypadku załamania pogody (coś takiego istnieje we Włoszech?)  albo zmęczenia wspinaniem (coś takiego istnieje w ogóle?) południowy brzeg Gardy usiany jest rzymskimi zabytkami. Zwłaszcza warto odwiedzić muzeum i ruiny świątyni kapitolińskiej w Brescii. Cena jest umiarkowana, ale warta każdego grosza!

IMG_20180819_162843_HDR
Bysiek patrzy na rzymskie gruzy w Brescii, gruzy patrzą na Byśka

Powspinane, pora odpocząć

Jedno (?!) popołudnie warto poświęcić na buszowanie w sklepach, ceny w Arco są rewelacyjne, a o lepszym asortymencie nie można nawet marzyć. Półki uginające się pod ciężarem lin i koszyki z których wysypują się karabinki to lokalny standard. Ciężko nie popaść w szopingowy szał!

Główny deptak Arco oferuje kilka przepysznych pizzerii, łącznie ze słynną wśród wspinaczy Le 3 P, skromną, ale przepyszną. No i tanią!

Pizza fi 50cm
Małgorzata i pizza fi 50cm

Podsumowując – jedźcie do Arco!

Poza wspinaniem jest tam masa szlaków, ferrat, tras rowerowych (od spacerowych po downhill), można poleżeć na plaży czy nawet pływać na „kajcie” – robić czego tylko dusza zapragnie! To chyba jeden z najbardziej urozmaiconych outdoorowych placów zabaw w Europie.

Bibliografia:
Arco Walls, Versante Sud
Arco Rock, Versante Sud
Noclegi: aplikacja Park4Night

Synagoga w Inowłodzu

Przyznam, że zbieram się do tej notki drugi miesiąc. I ciągle nie wiem, co napisać. Że mi smutno? Że nie tak powinno to wyglądać? Że kupiłam chleb i lody?

Przed Państwem sklep spożywczo-monopolowy.

 

Roztocze w weekend+

Schowek01

Weekend plus, to znaczy, że w piątek dało się wyjechać albo w poniedziałek wrócić. Weekend 2+ znaczy, że wyjechaliśmy w czwartek a wrócili w poniedziałek. To jest zwykły weekend+.

Nocowaliśmy przy promie Janowiec-Kazimierz. Przeprawy promowe są doskonałym miejscem noclegowym, bo widok ładny, parking duży, dojazd dobry, a nocą pusto. Zazwyczaj jest napisz, że parking jest przeznaczony wyłącznie dla oczekujących na przeprawę promową, ale przecież oczekujemy na poranny prom. Z Janowca drogami niespecjalnie głównymi pojechaliśmy do Zamościa.

W Zamościu zaśpiewaliśmy. AJS powolił nawet utwór puścić na subwoofer w kamperze.

W Zamościu w centrum miasta jest ogromny, bardzo przyjazny parking, który polecam, jak ktoś potrzebuje noclegu w mieście. My nie potrzebowaliśmy, bo chcieliśmy pojechać jeszcze do Zwierzyńca i Roztoczańskiego Parku Narodowego. I pojechaliśmy.

Roztoczański Park wymaga zwiedzenia dogłębnego, z rowerem. Liznęliśmy go z kampera, zwiedziliśmy siedzibę i połaszczyli na meteoryty w Zagrodzie Guciów. Zagroda okazała się być w mianowniku (ten Guciów) a nie w dopełniaczu (zagroda kogo? czego? tych Guciów), ale była warta. Meteoryt można pomiziać.

Jadąc ze Zwierzyńca do Dąbrowy Górniczek, gdzie dekompletowaliśmy załogę postanowiliśmy jechać wyłącznie Bardzo Bocznymi Drogami i właśnie wtedy odkryliśmy uroki jeżdżenia z nawigacją Maps.me ustawioną na drogi rowerowe. Drogi rowerowe to w większości unijny asfalt. Polecam kliknąć w mapkę i w powiększeniu obejrzeć podstawę trójkąta.

Wracając znaleźliśmy kilka imponujących kościołów (Koprzywnica i Sulisławice), monumentalnego Jana Pawła i tablice ku czci Lecha Kaczyńskiego wyparłam , a na koniec dnia znaleźliśmy miasto, które gdyby nie miało straszliwego pecha, byłoby polskim Carcassonne. Ale miało (Wikipedia wystarczy), więc obecnie nie ma nawet praw miejskich, nadanych przez Jagiełłę na prawie magdeburskim,  i jest gminną wsią otoczoną potężnymi murami. Za murami resztki zamku i ruiny szpitala. I smutek.

Gdzieś mi majaczyły „Filary Ziemi” i było mi przykro. Udało się nam za to nocować z widokiem na wspomniane mury i renesansową synagogę. I skończył się weekend.

Mazowsze rzekami płynące

Nie trzeba mieć tygodnia urlopu, wystarczy bak ropy.
Dwa dni 388 km, kilka rzek.

Klik, żeby zobaczyć mapkę
Klik, żeby zobaczyć mapkę z bliska

20180616_074238
Liwiec w Liwiu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Narew w Rogóźnie

20180617_202138_HDR
Wkra w Pomiechówku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bugonarew przy ujściu do Wisły w Modlinie

I jeszcze chwila refleksji, bo można całe życie mieszkać w Warszawie i nie widzieć jak blisko jest do Treblinki.

Bo są takie miejsca, koło których nie umiem przejechać, w których zostało 800 tysięcy moich sąsiadów, których nie miałam okazji poznać… Nie wypada tych miejsc mijać obojętnie, zwłaszcza, że w weekend byliśmy tylko my i starsze małżeństwo.

To tylko 100 km od Warszawy, koło Małkinii. Bilet do muzeum kosztuje 6 zł, a skromną wystawę otwierają jak ktoś przyjeżdża na parking.
Jedźcie położyć kamyk.

 

Między Rządzą a Wólką Pieczącą

Gdzieś na karku siedzi mi chłodne i nieprzyjemne wrażenie, że śmianie się z nazw miejscowości na Mazowszu jest tak samo eleganckie, jak śmianie się z nazwisk.

Na mapie zobaczyłam, że Rządza nad rzeką Rządzą graniczy z Wólką Pieczącą. Nie mogłam tego tak zostawić. Nie blefowałam, że tam pojadę.

Veni, vidi, risi.

Przybyłem, zobaczyłem, zarżałem powiedziałby Juliusz C. gdyby był mną. Otóż do Rządzy droga jest kręta. W Rządzy znajduje się punkt kopulacyjny. Zawracałam, bo myślałam, że mnie oko zawodzi. A tam gdzie kończy się Rządza zaczyna się Wólka Piecząca.

Serio, nie zmyśliłam tej historii, chociaż zawracałam parę kilometrów, żeby zrobić zdjęcie, bo przecież zabawne historie, się same nie napiszą.

Zapraszamy na Mazowsze.