Climbfulness

Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, tak teraz się wspinam. Na własnych warunkach, powoli, uważnie. Uprawiam climbfulness. Łapię z życia tyle, ile się da.

Mam sześć lat i ADHD. Spadam z tarasu, przecinam sobie dwa kluczowe mięśnie w nodze. Mam dwanaście lat – żeby chodzić, przechodzę ciężką operację ortopedyczną, do końca życia utykam. Oprócz tego, że mam jedną nóżkę bardziej, to noszę okulary z grubymi szkłami, nie umiem biegać i boję się piłki. Całą szkołę i studia mam zwolnienie z WF-u i jestem klasową wyśmiewaną lebiegą.

Ale chodzić mogę, w połowie liceum zaczynam powoli chodzić po górach. Powoli jest tu kluczowe. Teraz powiedziałabym „uważnie”. Do matury przechodzę wszystkie legalne szlaki w Tatrach i kilka nielegalnych. Zaczynam myśleć o wspinaniu – tylko po to, żeby wchodzić na szczyty, na które nie prowadzą szlaki, unikać tłumów i robić zdjęcia. Nie interesuje mnie rywalizacja, nie mam sportowych ambicji. Fałszuję kartę zdrowia sportowca i w 1990 robię kurs taternicki. Zaczynam chodzić po górach szlakami nieoczywistymi. Lubię ścieżki pod ścianę, nagrzane słońcem granitowe płyty, herbatę na szczycie i wygodne stanowiska. Stanowisko na drodze wspinaczkowej, to miejsce, gdzie wspinacze się spotykają, zazwyczaj jeden idzie, a drugi go asekuruje. Dobrze jest się spotkać i posiedzieć na słońcu.

1990, taras w Pięciu Stawach
1990, taras w Pięciu Stawach

Jeżdżę w skałki, gdzie jest ciepło, słonecznie, można leżeć na trawie i czasami się powspinać. Siedzę przy ognisku z ludźmi, którzy z czasem staną się krajową czołówką. Wspinam się najsłabiej, ale nikt nie wymaga od pingwina, żeby latał. Wystarczy, że tam siedzę i jestem. Moje wspinanie to nieustająca walka z ciałem, które nie zawsze ze mną współpracuje. Czasem myślę, jak świetna byłabym w innym ciele. Potem wsiadam na rower, idzie mi znacznie lepiej, obie nogi nagle okazują się takie same. Podobnie jest z nartami.

UŚMIECHNIĘTA MAŁPA

Ale gdzieś w duszy cały czas jestem wspinaczem, i powtarzam sobie, że przecież zawsze mogę do tego wrócić. Nie wyrzucam starych butów i kompletnie bezużytecznej liny. Wspinać się nie ma kiedy, sprzęt jest drogi, nie mam głowy do inwestycji. Niepostrzeżenie mija 20 lat. W Warszawie wyrastają kolejne ścianki
wspinaczkowe, wspinać zaczyna się mój syn, ja podupadam na zdrowiu. Mam zerwane więzadła w kolanie, co mnie uziemia na dwa lata, a jak z tego wychodzę, okazuje się, że mam stwardnienie rozsiane i nie wiadomo ile czasu będę jeszcze chodzić. Stwardnienie to choroba neurologiczna, która stopniowo wyłącza nerwy obwodowe. Traci się władzę w nogach, rękach. Nie wiadomo kiedy, bo jest nieprzewidywalna. Postanawiam złapać z życia i sprawności ile się da. Siedzę na beczce prochu, ale leczę się, rehabilituję, choroba przechodzi w etap remisji.

Mój syn wspina się coraz lepiej i coraz intensywniej. Potrzebuje samobieżnego przyrządu asekuracyjnego, zaczynamy razem chodzić na ściankę. Okazuje się, że ciało pamięta wszystko, zmieniły się niektóre zasady, sprzęt jest tańszy i łatwiej dostępny, ale przede wszystkim po 25 latach moi kumple są tu nadal. Posiwieli, mają zmarszczki, ale dalej jestem częścią tego środowiska i nadal nikt mi nie patrzy w nogi.

Lekarze każą się ruszać. W stwardnieniu rozsianym tak samo jak odpowiednie leczenie ważny jest ruch. Jak usiądę, to mogę już nie wstać. Nie cierpię biegać, brzydzę się basenu, śmiertelnie nudzi mnie siłowania. Wracam do regularnego wspinania, kilka razy w tygodniu i sprawia mi to naprawdę ogromną przyjemność. Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, płotach i murkach, tak teraz się wspinam. W każdym z nas, gdzieś na samym dnie rozwoju ewolucyjnego jest ta małpa, której się udało wejść na czubek drzewa. I to ona się do mnie uśmiecha. Wspinanie mamy w genach. Wiedzą o tym wszystkie matki, które zabezpieczały schody i regały przed raczkującymi dziećmi.

TAI CHI NA ŚCIANCE

Buduję swoją filozofię wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie. Najłatwiejsze drogi na ściankach są budowane dla dzieci i jeśli nie sprawia ci trudności chodzenie czy wchodzenie po schodach, dasz radę się wspinać. Potrzebujesz tylko ubrania zapewniającego swobodę ruchów, bo jeśli planujesz iść na sztuczną ściankę, resztę tam wypożyczysz. Wspinając się rekreacyjnie nie rywalizujesz z nikim, nagrodą jest to, że uda ci się przejść całą drogę, może być łatwa. Zalewam koktajlem z endorfin i adrenaliny ośrodek nagrody w mózgu, który mruczy, jak udaje mi się skończyć drogę i zjeżdżam na linie na dół.

2018, sztuczna ściana wspinaczkowa
2018, sztuczna ściana wspinaczkowa

Nie trzeba się wspinać dobrze, żeby to sprawiało przyjemność. Można być silnym, można być elastycznym, można być cierpliwym. Każdy ma swoje ulubione formacje i style. Dla mnie są to drogi typu tai chi, nie wymagające siły, a raczej umiejętności gimnastycznych – wysokiego wstawiania nogi, szerokiego rozstawienia się i balansu ciałem. Dla wspinającej się ultramaratonki dobre jest wszystko, gdzie może użyć mięśni. Najpowszechniejsze jest przekonanie, że żeby się wspinać trzeba mieć bardzo silne ręce. To po wielokroć nieprawda. Wspinanie rekreacyjne w ogóle nie wymaga silnych rąk, podobnie jak wchodzenie po schodach czy po drabinie. Rąk używa się do przytrzymania i złapania równowagi, a nogi każdy z nas ma znacznie silniejsze. Mimo trzydziestu lat wspinania nie podciągam się na drążku i gdyby zależało mi na wynikach sportowych, właśnie nad tym powinnam pracować.

Moja filozofia wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie.

Wspinanie to idealna ogólnorozwojówka, ćwiczy absolutnie wszystkie partie mięśni. Po kilku wizytach na ściance orientujesz się, że poprawiła ci się nie tylko ogólna sprawność, jesteś silniejszy i bardziej rozciągnięty, ale też coś się dzieje z czuciem głębokim, poczuciem równowagi i ogólną koordynacją. Zaczynasz być bardziej świadomy swojego ciała i ruchów, jakie ono wykonuje. W pewnym momencie robisz  ruch, którego się nie spodziewasz! To nigdy nie działało, nie umiałam postawić tak wysoko nogi, przy schodzeniu po schodach bolały mnie zawsze kolana. A teraz nie bolą, a rano budzę się bez bólu w krzyżu.

Ale nie tylko o to chodzi. Czasami jadę na ściankę w Warszawie albo pakuję kampera i na weekend jadę w skałki, tylko po to, żeby wypić kawę z przyjaciółką, pogadać o wspólnych biznesach z drugą, spotkać się ze znajomymi. Wspinanie dalej traktuję jak zajęcia integracyjne. Z elementami rehabilitacji

Na ściance godzinami stoję i gadam. Czasami zapominam, że miałam się wspinać. Gadamy o pracy, dzieciach, trochę o polityce, o świecie i oczywiście trochę o wspinaniu, ale raczej która droga jest ładna i ciekawa, a nie licytujemy się na sportowe osiągnięcia. Mój sportowo nastawiony syn zupełnie tego nie rozumie. Ale on ma wyniki sportowe, a ja społeczne. Namawiam ludzi na ściankę, bo wiem, że tam ich poznam lepiej. Bo są ludzie, którzy na pewno będą się dobrze tam bawili. Wreszcie, bo tam mam czas, żeby spokojnie porozmawiać. No i jeśli ja – niekoniecznie ideał zdrowia – daję radę, to na pewno każdy da. I nie wierzę, że komuś to się może nie podobać. Bo wspinanie jest po prostu fantastyczne. I dla każdego.

LĘK GRUNTU

We wspinaniu strach jest naturalny. Znowu – dziedziczymy go po naszych dalekich praprzodkach. W końcu nie zostali naszymi przodkami ci, którzy nie bali się spaść z wysoka i ewolucja nie dała im szansy przedłużyć gatunku. Nasz mózg mówi: jest wysoko, ziemia jest coraz dalej, jest niebezpiecznie. Uruchamiamy bardzo pierwotną część naszego mózgu, zaczynają się nam pocić ręce, oddech się skraca. Co ważne – masz prawo się bać – strach jest naturalny. Oswajaj swoje lęki stopniowo, buduj zaufanie do partnera, ucz się przyrządów, wszystko kilka razy sprawdzaj. Najwięcej wypadków zdarza się z rutyny i zbytniej pewności siebie.

Kiedy się boisz – pohuśtaj się na linie, posiedź w uprzęży, nie wchodź na wysokość niekomfortową. Ten lęk w końcu minie, ale nie daj sobie mówić, że to wstyd się bać, bo to strach ratuje życie. Znam osoby wspinające się z lękiem wysokości. Jeśli lęk nie jest paraliżujący, ścianka jest dobrym miejscem na oswojenie go. Tylko nie należy robić nic na siłę. Często jest OK, dopóki są przodem do ściany i mają kontrolę nad tym, co się dzieje. To trudniejsi i bardziej wymagający partnerzy, ale lęk wysokości nie przekreśla wspinaczki. Trzeba się też nauczyć, że z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa, im jesteś wyżej tym jest bezpieczniej, bo wszystkie zabezpieczenia, których używasz, nie mają szans zadziałać, jak źle zeskoczysz z pół metra. Lubię cytować Pratchetta – nie mam lęku wysokości, mam lęk gruntu, to grunt zabija i im jestem wyżej, tym czuję się bezpieczniej.

Zaczynając trzeba pamiętać, że jak już pisałam – wspinanie jest naturalne i przychodzi samo, natomiast zjeżdżanie nie. Często ze szczytu ścianki zdejmujemy przerażone dzieci, które bez wysiłku wspięły się na kilkanaście metrów i paraliżuje je strach, że obciążyć linę i zjechać na dół. W przezwyciężeniu strachu pomagają też ćwiczenia grawitacyjne nad materacem, na małej wysokości albo z pewnym partnerem asekurującym, do którego ma się zaufanie. Grawitacja jest bezlitosna – zawsze działa w dół, uczymy się ja wykorzystywać, żeby działała też na naszą korzyść.

RZECZY, KTÓRYCH NIE WIESZ O WSPINANIU

  1. Nie potrzebujesz mieć silnych rąk, wspinanie to przede wszystkim nogi.
  2. Nie wspinamy się po linach. Liny służą wyłącznie do asekuracji.
  3. Wspinają się nie tylko młodzi i sprawni, ale też dzieci, w tym te z niepełnosprawnościami, oraz seniorzy.
  4. Rekreacyjne wspinanie nie jest niebezpieczne i nie powinno być uważane za sport ekstremalny.
  5. Wspinaczka bywa stosowana w rehabilitacji osób z chorobami neurologicznymi i atypowych dzieci, np. tych z autyzmem czy ADHD.

GDY WSPINA SIĘ GŁOWA

Wspinaczka może być treningiem czysto fizycznym, ale najważniejsze jest jak się wspina głowa. W głowie jest chęć, strach i motywacja. Wspinaczka może też być rodzajem medytacji. Cenię umiejętności mindfulnessowe we wspinaczce – powolne ruchy, uważne stawianie nóg. Jeśli mam czas, zatrzymuję się na dwa oddechy w wygodnej pozycji. Zrobienie drogi wspinaczkowej trwa wtedy dłużej, ale jestem wtedy znacznie mniej zmęczona.

2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu
2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu

Wymyślam sobie ćwiczenia związane z uważnym wspinaniem – wspinam się bez szarpania i nerwowości, liczę do trzech zanim znajdę kolejne stopnie, myślę nad każdym przechwytem. Wszystkie operacje wykonuję bardzo spokojnie, cały czas bardzo głęboko oddychając. Do takich ćwiczeń używam bardzo łatwych dróg, które pozwalają mi wspinać się zupełnie bez stresu. Czasami używam też oddechów relaksacyjnych. Nazywam to climbfulness i serdecznie polecam wszystkim zestresowanym.

Po takim treningu mogę spróbować się trochę powspinać siłowo, na drogach trochę za trudnych. Jednak ten progres trochę kusi… Każdy ma swój „limes”, drogę, która go pokona. Ja z nimi nie walczę. Przyjdzie taki moment, że będę chciała spróbować czegoś trudniejszego, ale nie siłuję się ze sobą.

Uważnie stawiam nogi, świadomie oddycham. Wspinaczka to moja medytacja, mój climbfulness

Pilnuję tylko żeby nie wychodzić ze ścianki z porażką. Ostatnia droga musi być taka, że kończę ją z cudownym uczuciem: „ależ ja się wspaniale wspinam”. To truizm, ale szukaj motywacji w sobie, nie w „cyfrze” . Nie porównuj się z młodszymi, zdrowszymi, silniejszymi, dłużej się wspinającymi.

Najlepiej się z nikim nie porównuj. Nie ma znaczenia, na którym jesteś miejscu w swojej jednoosobowej drużynie wspinaczkowej. Ja walczę o kolejne tygodnie, może miesiące, a może lata, sprawności fizycznej. Ale wspinaczka to nie tylko rehabilitacja, to pretekst do spędzania czasu z przyjaciółmi, wstania od komputera i sprawdzenia, czy twoje ciało ma ochotę na coś naprawdę ekscytującego.

JAK ZACZĄĆ
Pierwsze kroki można postawić na ściance pod okiem dowolnego instruktora. Odradzam robienie tego na własną ręką, mimo że widziałeś kilka filmów o wspinaniu. Na początek instruktor nie będzie uczył wspinania, ale przekaże podstawowe zasady bezpieczeństwa. Jeśli chcesz robić postępy i niekoniecznie uczyć się na własnych błędach – przyda się trener albo instruktor. Ważne jest, żeby osoba szkoląca wiedziała jaki masz cel – czy jest to rekreacyjne, niespieszne wchodzenie po łatwych drogach, czy masz sportowy cel. Jeśli szkoleniowiec nie rozumie twoich potrzeb – zmień go.

Tekst autorstwa Anny-Marii Siwińskiej pierwotnie ukazał się w magazynie Coaching 6/2018

Synagoga w Inowłodzu

Przyznam, że zbieram się do tej notki drugi miesiąc. I ciągle nie wiem, co napisać. Że mi smutno? Że nie tak powinno to wyglądać? Że kupiłam chleb i lody?

Przed Państwem sklep spożywczo-monopolowy.

 

Roztocze w weekend+

Schowek01

Weekend plus, to znaczy, że w piątek dało się wyjechać albo w poniedziałek wrócić. Weekend 2+ znaczy, że wyjechaliśmy w czwartek a wrócili w poniedziałek. To jest zwykły weekend+.

Nocowaliśmy przy promie Janowiec-Kazimierz. Przeprawy promowe są doskonałym miejscem noclegowym, bo widok ładny, parking duży, dojazd dobry, a nocą pusto. Zazwyczaj jest napisz, że parking jest przeznaczony wyłącznie dla oczekujących na przeprawę promową, ale przecież oczekujemy na poranny prom. Z Janowca drogami niespecjalnie głównymi pojechaliśmy do Zamościa.

W Zamościu zaśpiewaliśmy. AJS powolił nawet utwór puścić na subwoofer w kamperze.

W Zamościu w centrum miasta jest ogromny, bardzo przyjazny parking, który polecam, jak ktoś potrzebuje noclegu w mieście. My nie potrzebowaliśmy, bo chcieliśmy pojechać jeszcze do Zwierzyńca i Roztoczańskiego Parku Narodowego. I pojechaliśmy.

Roztoczański Park wymaga zwiedzenia dogłębnego, z rowerem. Liznęliśmy go z kampera, zwiedziliśmy siedzibę i połaszczyli na meteoryty w Zagrodzie Guciów. Zagroda okazała się być w mianowniku (ten Guciów) a nie w dopełniaczu (zagroda kogo? czego? tych Guciów), ale była warta. Meteoryt można pomiziać.

Jadąc ze Zwierzyńca do Dąbrowy Górniczek, gdzie dekompletowaliśmy załogę postanowiliśmy jechać wyłącznie Bardzo Bocznymi Drogami i właśnie wtedy odkryliśmy uroki jeżdżenia z nawigacją Maps.me ustawioną na drogi rowerowe. Drogi rowerowe to w większości unijny asfalt. Polecam kliknąć w mapkę i w powiększeniu obejrzeć podstawę trójkąta.

Wracając znaleźliśmy kilka imponujących kościołów (Koprzywnica i Sulisławice), monumentalnego Jana Pawła i tablice ku czci Lecha Kaczyńskiego wyparłam , a na koniec dnia znaleźliśmy miasto, które gdyby nie miało straszliwego pecha, byłoby polskim Carcassonne. Ale miało (Wikipedia wystarczy), więc obecnie nie ma nawet praw miejskich, nadanych przez Jagiełłę na prawie magdeburskim,  i jest gminną wsią otoczoną potężnymi murami. Za murami resztki zamku i ruiny szpitala. I smutek.

Gdzieś mi majaczyły „Filary Ziemi” i było mi przykro. Udało się nam za to nocować z widokiem na wspomniane mury i renesansową synagogę. I skończył się weekend.

Mazowsze rzekami płynące

Nie trzeba mieć tygodnia urlopu, wystarczy bak ropy.
Dwa dni 388 km, kilka rzek.

Klik, żeby zobaczyć mapkę
Klik, żeby zobaczyć mapkę z bliska
20180616_074238
Liwiec w Liwiu
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Narew w Rogóźnie
20180617_202138_HDR
Wkra w Pomiechówku
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bugonarew przy ujściu do Wisły w Modlinie

I jeszcze chwila refleksji, bo można całe życie mieszkać w Warszawie i nie widzieć jak blisko jest do Treblinki.

Bo są takie miejsca, koło których nie umiem przejechać, w których zostało 800 tysięcy moich sąsiadów, których nie miałam okazji poznać… Nie wypada tych miejsc mijać obojętnie, zwłaszcza, że w weekend byliśmy tylko my i starsze małżeństwo.

To tylko 100 km od Warszawy, koło Małkinii. Bilet do muzeum kosztuje 6 zł, a skromną wystawę otwierają jak ktoś przyjeżdża na parking.
Jedźcie położyć kamyk.

 

Między Rządzą a Wólką Pieczącą

Gdzieś na karku siedzi mi chłodne i nieprzyjemne wrażenie, że śmianie się z nazw miejscowości na Mazowszu jest tak samo eleganckie, jak śmianie się z nazwisk.

Na mapie zobaczyłam, że Rządza nad rzeką Rządzą graniczy z Wólką Pieczącą. Nie mogłam tego tak zostawić. Nie blefowałam, że tam pojadę.

Veni, vidi, risi.

Przybyłem, zobaczyłem, zarżałem powiedziałby Juliusz C. gdyby był mną. Otóż do Rządzy droga jest kręta. W Rządzy znajduje się punkt kopulacyjny. Zawracałam, bo myślałam, że mnie oko zawodzi. A tam gdzie kończy się Rządza zaczyna się Wólka Piecząca.

Serio, nie zmyśliłam tej historii, chociaż zawracałam parę kilometrów, żeby zrobić zdjęcie, bo przecież zabawne historie, się same nie napiszą.

Zapraszamy na Mazowsze.

Nazywam się Anna-Maria i jestem anonimowym wspinaczem

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata.

Część 1 — kombatancka

Wspinanie było zawsze. Mam taki kłopot, że nie umiem pisać o rzeczach ważnych. One są, o nich się myśli codziennie, ale opisanie ich jest skrajnie trudne. W oceanie moich zapisków, notesów, plików, task list, notatek prawie skończonych i kompletnie nieaktualnych, pourywanych jętek jednozdaniówek, jest kilka takich rzeczy. I osób, ale o tym, kiedy indziej.

— Uprawiasz jakiś sport?
— Nie.
A jednak.

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata. W wyniku skomplikowanego związku mojego gwałtownego charakteru i zespołu ortopedów chodzę, ale mam jedną nóżkę zdecydowanie mniej niż drugą. Długa historia w wyniku której mam 12 solidnych blizn i całe życie byłam zwolniona z WFu. Przy okazji pływałam, wiosłowałam, jeździłam rowerem, wchodziłam na drzewa, spadałam z nich, chodziłam po lesie, byłam dość aktywna i kreatywna w zapewnianiu sobie rozrywek. Ale WF? Nie, dziękuję. Doskonały przykład, jak bieganiem (jak wspomniałam jestem kulawa), skakaniem (nie mogę, mam krótkowzroczność) i graniem w koszykówkę w podstawówce i siatkówkę w liceum (piłka mi leci w okulary) udało się systemowi edukacji trwale zniechęcić mnie do zinstytucjonalizowanego systemu krzewienia kultury fizycznej i sportów zespołowych. I tak sobie rosłam z jednej strony szkolna lebiega, a z drugiej dzikie dziecko Puszczy Kampinoskiej.

1979_aip1.jpg
Dzikie dziecko i pies Punio (fot. Lech Charewicz)

Jakoś w okolicy matury pojawiło się wspinanie. Nieco wcześniej w wersji „chodzenie po górach”. Potem delikatne pomysły, że może jednak kurs wspinaczkowy. I doprawdy, nie zna życia, kto nie służył w marynarce i nie wie o czym mówię nikt kto nie wspinał się w latach ’80. Oczywiście nie miałam pieniędzy. Na nic. Nie tak ja teraz. Naprawdę na nic. Ósemka do asekuracji  obecnie, jak widać 30-40 zł, kosztowała w przeliczeniu kilkaset i w wersji budżetowej trzeba ją było szmuglować z Czechosłowacji. Poważnie. Natenczas Czesi mieli jakiegoś szmyrgla na punkcie kupowania u nich i wywożenia sprzętu sportowego i potrafili rekwirować na granicy. Swoją ósemkę przemyciłam przy okazji pielgrzymki do Włoch w sposób nieco egzotyczny, bo byłam tak zachwycona, tym że ją mam, że po zakupie powiesiłam ją w autokarze na sznurku nad głową. Plecak mi przetrzepali, na sufit nikt nie spojrzał. Sklep wspinaczkowy w Wiedniu, który odwiedziłam przy okazji tej samej pielgrzymki doprowadził mnie autentycznie do łez, bo mnożyć umiałam i wyszło mi, że plecak to pięcioletnie dochody mojej matki. Własnych wtedy nie miałam.

Zanim doszło do przemytu i mojej histerii w sklepie w Wiedniu zrobiłam jednak kurs skałkowy. A nie, nie było ścianek wspinaczkowych. Nie, że wielu czy dobrych. Żadnej nie było. Sucha zaprawa odbywała się na bunkrach w Janówku, które masakrowały paluszki, niszczyły liny i co jakiś czas nadziewały kogoś na elementy  zbrojenia budynków, albo przywalały betonowym bambołem. Tam się dowiedziałam, że nie lubię kominów, szanuję swoje paluszki i lubię zjeżdżać. Po nauczeniu nas kilku podstawowych rzeczy zabrano nas w skałki. Te same, gdzie jeździmy teraz. A jednak inne.

Odpadnięcie na linie z Bezalina. Plus korekry i skarpety frotte

Otóż skałki były nieobite. Teraz wspinacz jadący w skałki asekuruje się na wbitych na stałe w wapień stalowych ringach. Szybko i bezpiecznie. W miarę. Szansa, że ring wyleci jest relatywnie przyzerowa. Na górze zaś jest stanowisko, czyli takie nieco mocniejsze kółko na dwóch łańcuchach. No, wtedy nie było. Wędkę, czyli górną asekurację zakładało się o drzewa, wystające kawałki skał, ucha skalne i ogólnie, jak to się teraz mawia z natury. Nic nienaturalnego nie było.

Jeśli komuś przyszło do głowy powspinać się ambitniej niż na wędkę z drzewa, musiał zabrać ze sobą kości, karabinki i taśmy. Wspominałam, że plecak kosztował kilkuletnie pobory mojej matki? No to komplet sprzętu pewnie szedł w dziesięciolecia. A, zapomniałam o linie. Otóż linę trzeba mieć i miałam. Dynamiczną. Bardzo dynamiczną. Lina dynamiczna, jak sama nazwa wskazuje powinna się dynamicznie rozciągać pod obciążeniem. Spadasz, lina się nieco wydłuża, asekurujący wyłapuje odpadnięcie, które dzięki temu jest mięciutkie jak kaczuszka. Otóż bardzo dynamiczny Bezalin rozciągał się jak guma do majtek. I czasami pękał, ale to detal. Przynajmniej w sklepie żeglarskim na Waryńskiego kosztował tyle, że go miałam.

Miałam też buty. Buty wspinaczkowe to cała filozofia, muszą być za małe (to sport dla męczenników) i dobrze trzymać się ściany. W tej chwili można grymasić. Kolor, fason, wygięcie stopy. Wtedy można było mieć korkery. No, znaczy w sklepie, który odwiedziłam w Wiedniu, za siedem pensji mojej matki można było kupić całkiem przyzwoite buty wspinaczkowe, ale my mieliśmy korkery. Kupowało się ogumione korkotrampki piłkarskie, oczywiście rozmiar lub dwa za małe, obcinało korki z podeszwy, szukało wtajemniczonego szewca, który podklejał całość mikrogumą, im miększą tym lepiej i w tym się wspinało. W skałkach, w Tatrach, a obstawiam, że i Alpy korkotrampki Stomilu widziały.

Oprócz butów, liny i kilku drobiazgów miałam jeszcze uprząż, na widok której kilka lat temu obsługa ścianki na Nowowiejskiej wyrzuciła mnie za drzwi. Uprząż była uszyta z samochodowych pasów bezpieczeństwa na maszynie Singer przez kumpla w  garażu. Serio, wspinałam się w tym w Tatrach. Żyję.

gora48.jpg
Klasyczna na Mnichu, w korkerach (fot. Aleksander Suchanowski)

Wymęczyłam ten kurs skałkowy z pożałowania godnym sprzętem, nauczyłam się podstawowych rzeczy, uznałam, że całość bardzo mi się podoba i odważnie ruszyłam na kurs tatrzański. I wtedy przypomniał sobie o mnie związek gwałtownego charakteru i ortopedów. Okazało się, że jestem kulawa. A kulawych nie biorą.

Część 2 — tatrzańska

Kiedy już bardzo dobrze wiedziałam, że chcę się wspinać i bardzo dobrze wiedziałam, że to fajne, okazało się, że nie ma łatwo. Pierwszą zastawioną na mnie rafę pt. kurs tatrzański jest drogi jak cholera przepłynęłam brawurowo. Trudności zaczęły się przy kompletowaniu dokumentów. Dostałam się w zinstytucjonalizowane szpony Centralnego Ośrodka Szkolenia, który zażądał ode mnie karty zdrowia sportowca. Czytaliście część 1? No, właśnie. Kulawych, ślepych i garbatych nie biorą.

Przewidziałam trudności. Do przychodni zdrowia sportowca poszłam z zastępstwem, do ortopedy weszła za mnie koleżanka zbliżonej budowy ciała. O tyle zbliżonej, że, w przeciwieństwie do mnie miała obie nogi takie same. Miśka, dzięki. I kiedy wydawało się, że prawie się udało, zebrałam wszystkie pieczątki, bo wątpia mam raczej zdrowe i zanosiłam do przychodni wzorowy rentgen płuc, wtedy pani w rentgenie zaskoczyła mnie pytaniem: ILE DIOPTRII!?? No, nie byłam na to przygotowana, a, niestety, z natury jestem dość prawdomówna. Powiedziałam prawdę i na tym zakończyła się moja przygoda z warszawską przychodnią zdrowia sportowca. Próbowałam negocjować, ale nic to nie dało. Padł również argument, że zajdę w ciążę i wzrok mi poleci. Niestety nie zapamiętałam personaliów tej pani i nie mogę iść z reklamacją, że kłamała jak bura sucz.

Ze złamanym sercem i karierą pojechałam na Warmię do znajomych, gdzie opowiedziałam moją rozpaczliwą historię i dowiedziałam się, że w Olsztynie analogiczna przychodnia jest nieco mniej dokładna, a dokument tożsamości sprawdza  przy zakładaniu karty, a potem już nie. Sprawa okazała się łatwiejsza niż myślałam, chociaż gdzieś w dokumentach olsztyńskiej przychodni mam kilka centymetrów mniej niż w rzeczywistości. Dzięki, Dorotka.

Ze sfałszowaną kartą zdrowia sportowca kurs tatrzański stanął przede mną otworem.
Dwa tygodnie później, w połowie szkolenia, w upalny dzień przed Betlejemką Bobas, słynny, wieloletni szef COSu popatrzył na mnie i moją nogę i powiedział z pełnym zrozumieniem:
— Oj, dziewczyno, ale karty zdrowia sportowca to ty legalnej nie masz.
No, nie miałam, co nie przeszkodziło mi tego kursu zrobić. Po Tatrach trochę pochodziłam w czasach już nie pionierskich, ale zdecydowanie trudniejszych niż współczesne. Pomieszkałam na taborze i ogólnie to było kilka dobrych lat.

Ostatni wyciąg Zamarłej Turni (fot. Aleksander Suchanowski)

Mniej lub bardziej intensywne Tatry przeplatałam całkiem nowym wynalazkiem, jakim był rower górski, pętaniem się po suwalskiej morenie, wyjazdami w góry niższe, nazywane przeze mnie pogardliwie bałuchami i dalszym, konsekwentnym unikaniem sportu.

I tak nie uprawiałam tego sportu aż do momentu, kiedy pojawił się Bysiek, który moje postrzeganie zasad bezpieczeństwa nieco zmienił i zmusił do zweryfikowania standardów.

Część 3 — matka Polka wspinająca

Wspinanie z małym dzieckiem niesie ze sobą pewien kłopot, otóż dziecko się nie wspina, zazwyczaj nudzi się posągowo i jeszcze wypada, żeby rodzic dożył przynajmniej jego do matury. Bo ja tu sobie śmichy-chichy, ale to jest jednak sport niebezpieczny i ludzie się zabijają. Ok, statystyki mówią, że najniebezpieczniejszym etapem wyjazdu w skałki jest droga ekspresowa S8, ale dwóch moich przyjaciół w Tatrach zginęło, przez własne, bardzo głupie błędy. Po jednym z nich imię ma moje dziecko. Obaj byli jedynakami. Często myślę o ich rodzicach.

Okres byśkowego dziecięctwa nie był specjalnie standardowy. Robiliśmy razem dużo rzeczy głupich, fajnych i czasami niebezpiecznych. Na zdjęciu pięcioletni Bysiek zjeżdżający tyrolką z wieży w Ogrodzieńcu. Ona jest raczej wysoka, ta wieża.

Dziecko, które zawisło nad dziedzińcem

Jeździliśmy rowerami na bardzo długie wyprawy, chodziliśmy po górach, pływali po Wigrach, jeździli na nartach, ale akurat wspinanie dziecku się nie spodobało. Zabrane w skałki tyrolką owszem, jeździło chętnie, huśtało się w uprzęży z przyjemnością, ale wspinać się za bardzo nie chciało. A już szczególnie nie chciało patrzeć jak rodzice się wspinają i czytać w tym czasie książeczki. Najatrakcyjniejsze wydawały mu się wyprawy z młotkiem na amonity. Całkiem stabilne zainteresowania, jak na studenta geologii obecnie.

Na kilkanaście lat wspinać się przestałam, bo najpierw dziecko było za małe, potem dość trudne i nie bardzo dało się z kimś zostawić, urlopu miałam za mało, a jednak mimo wszystko postanowiłam nie zmuszać go do wspinania, zwłaszcza, że żeby zmusić trzeba było wywieźć dzieciaka na Jurę i tamże znosić fochy. Postanowiłam, jak się potem okazało słusznie, przeczekać. Instrukcję jak trwale zniechęcić lub zachęcić dziecko do ulubionego sportu rodziców jeszcze napiszę. Obiecuję.

Jak mówiłam wspinanie było. Było gdzieś w tle, w opowieściach, w micie założycielskim naszej rodziny, w zabawnych dykteryjkach i epickich anegdotach. W ludziach, którzy się pojawiali i przede wszystkim we mnie. Byłam wspinaczem w stanie spoczynku.  Dziecko o wspinaniu przypomniało sobie gdzieś koło 15. roku życia, na tyle wcześnie, że na kurs ściankowy nie chcieli go przyjąć nawet za zgodą rodziców i musiał odczekać aż skończy lat 16. W końcu skończył i wreszcie przyżarło. Ale dla odmiany właśnie wtedy rozsypałam się ja…

Część 4 — a trzeciego dnia zmartwychwstał

Akurat wtedy kiedy moje dziecko zaczęło przepraszać się ze wspinaniem zaliczyłam zapaść zdrowotną. Najpierw zerwałam sobie więzadła kolanowe. Skutecznie mnie rehabilitowano, ale i tak przez rok przy większym obciążeniu, rozumianym jako podniesienie więcej niż pięć kilogramów, ewentualnie próbę podbiegnięcia, kolano zginało mi się w bok. Nie polecam. Na przeszczep czekałam rok, bo kolano musiało się wygoić, nowe więzadła dostałam swoje własne, wydłubane z tej nogi, której jak myślałam bardziej się zepsuć nie da. Nie doceniałam się. Poza bliznami z dzieciństwa mam teraz dziury po przeszczepianiu więzadeł.

Zaczęłam po raz drugi uczyć się jeździć na nartach. Elegancko się wyrehabilitowałam po raz drugi i po dwóch latach ratowania kolana okazało się (tadaaaaam), że mam stwardnienie rozsiane. Nie wiem, czy to nie złudzenie, ale mam wrażenie, że jakoś mam więcej farta w życiu niż statystyczny obywatel…

To jest moment, którego nie lubię, bo miny rozmówców tężeją, patrzą na mnie ze współczuciem, zażenowani bąkają bardzo mi przykro albo ojej, podczas, gdy historia dalej jest zabawna i jeśliby ojej i przykro, to raczej może nie opowiadałabym tego w nastroju ironicznie-rozrywkowym. Zechciejcie więc, proszę, nie bąkać i nie tężeć, bo wielkimi krokami zbliżamy się do wspinania.

SM rozwaliło mnie na kilka lat. Jeśli ktoś widział mnie teraz, to zapewne puka się w głowę, bo wyglądam na całkiem sprawnego człowieka, ale kilka lat chodziłam z laską, na przemian głuchłam i ślepłam. Miałam tak porażone dłonie, że nie mogłam się podpisać, co spowodowało cyrk w banku przy odtworzeniu wzoru podpisu. Łyżką przestałam trafiać do gęby, co wywołało lekką konfuzję w korporacyjnej stołówce, jak się zalałam zupą. Okazjonalnie się zataczałam, przez co w podróży na wschód miękko wtopiłam się w krajobraz, bo nie mogłam utrzymać równowagi, więc prawdopodobnie byłam permanentnie uważana za nawaloną. Obawiam się, że tę opinię w okolicy mam do dzisiaj.

Kulawy w Czarnobylu (fot. Widzia)

Generalnie nie wyglądało to specjalnie różowo. Szczęśliwie zaczęli mnie skutecznie leczyć i pomalutku zaczęłam z tej zapaści wychodzić. Naprawdę pomalutku, bo nie jestem w stanie złapać momentu w którym zrobiło mi się lepiej. Po prostu, jak teraz sięgam pamięcią wstecz — kiedyś było gorzej.

Pewnego dnia uświadomiłam sobie , że całe wakacje przechodziłam bez laski, że znowu mogę jeździć rowerem, że mogę tym rowerem jeździć po górach i, że owszem kulejąc, ale przejdę Orlą Perć. I wtedy zrobiło mi się jakoś raźniej, jakbym wróciła sama do siebie. Całkiem nie wierzę, że cierpienie ma jakąkolwiek wartość, ani nigdy nie zadawałam sobie pytania „dlaczego akurat ja”, natomiast jeśli chodzi o zdrowotne zapaści, to mogę polecić chorobę remisyjno-rzutową. Warto choć raz w życiu przeżyć zmartwychwstanie.

Kulawy na Orlej Perci

Którąś jesienią młody uznał, że jednak będzie się wspinał regularnie i zaczął mnie ciągać po warszawskich ściankach, jako samobieżny przyrząd asekuracyjny. Asekurować zawsze lubiłam, robię to w miarę dobrze i nie straszne mi asekurowanie cięższych od siebie. W sumie nie bardzo mam wyjście, większość ludzi jest cięższa ode mnie. Zaczęłam chodzić na ścianki. Młody, dziecko trudne, wobec którego należało stosować liczne wybiegi wychowawcze opanował je do perfekcji.
— A może weźmiesz swoje korkery na ściankę? — zagajał.
— Nie nudzisz się może, bo zobacz tutaj taka bardzo łatwa droga, to może byś na wędkę weszła?
— O RANY, JAKĄ TY MASZ WSPANIAŁĄ TECHNIKĘ!!!
Absolutne wszystkie chwyty zdesperowanego rodzica zostały wykorzystane przeciwko mnie. Usłyszałam każde, absolutnie każde motywujące zdanie, jakie wypowiedziałam przez kilkanaście lat. Byłam chwalona, zachęcana i oblewana wiadrami pozytywnych wzmocnień.
Zadziałało. Polubiłam ścianki.

Moja pani neurolog przepytana na okoliczność wspinania, lekko się zdziwiła, dopytała czy umiem i czy na pewno robiłam to przed diagnozą i machnęła ręką. Jak potem gdzieś przeczytałam: każda aktywność fizyczna jest przy SM wskazana. Może niekoniecznie polecamy sporty ekstremalne, ale jeśli pacjent czuje się na siłach, to nie ma przeciwwskazań.
Uznałam to za błogosławieństwo, kupiłam sobie buty i uprząż i zaczęłam się rehabilitować na poważnie.

Okazało się, że regularne wizyty na ściankach i wyjazdy w skałki sprawiły, że zaczęłam robić postępy! Strasznie mnie to zaskoczyło, bo zawsze wydawało mi się, że o tej regularności treningów to takie rzewne bujdy są, żeby brutalniej nie powiedzieć i ok, jak się poruszam to będę wyglądała nieco mniej rozpaczliwie. A tu niespodzianka, po dwudziestu latach przerwy wspinam się lepiej niż kiedykolwiek. Szok i niedowierzanie.

20171125_200440_IMG_2139.JPG

Po dwudziestu latach przerwy okazało się, że wspinanie jest rewelacyjną rehabilitacją. Ćwiczy wszystkie partie mięśni. Rozciąga. Wzmacnia. Relaksuje. Ćwiczy psyche. Naprawdę, lepiej się nie dało. A poza tym integruje rodzinnie i jest fajne.

Jakby cotygodniowej rodzinnej wizyty w kościele na ściance było mało, zapisałam się na sekcję wspinaczkową (dla początkujących!), bo potrzebuję regularnej motywacji i rehabilituje się dalej. I mam nadzieję, że jeszcze chwilę się powspinam. I o wspinaniu popiszę.

Teraz chciałam Wam tylko powiedzieć, że wspinanie jest takie super :)

chcielismy-tylko-powiedziec-ze-pis-jest-taki-super-wiadomosci-tvp.jpg

Dlaczego wspinanie jest zajebiste

Jeśli uważasz, że wspinanie nie jest dla Ciebie przeczytaj: pięć zalet wspinania, pięć najpopularniejszych wymówek i pięć kłamstw o wspinaniu.

Pięć zalet wspinania

  1. To znakomita gimnastyka ogólnorozwojowa. Pojawiają Ci się mięśnie w okolicach których się tego nie spodziewasz, np. na plecach. I stopach. Schudniesz i będziesz sprawniejszy niż przewiduje to norma dla wieku i stanu zdrowia.
  2. Ćwiczy wszystkie grupy mięśni, poprawia koordynację ruchową. To doskonałe ćwiczenia rozciągające. Możesz je traktować jak rehabilitację.
  3. Możesz je uprawiać jak sport zespołowy, tylko zespół jest dwuosobowy. To sport niekontaktowy i nikt cię nie będzie dotykał. Możesz też na ściankach wspinać się sam. Acz życie społeczne dookoła wspinania też jest godne uwagi.
  4. Czasami widoki są niesamowite. Zaczynasz coraz więcej weekendów spędzać poza miastem i przebywasz na świeżym powietrzu.
  5. Wspinacze płci obojga są zajebiści.

Pięć kłamstw o wspinaniu

  1. Wspinanie jest trudne!
    Jeśli umiesz wchodzić po drabinie, to najtrudniejsze za tobą. Mniej więcej na tym polega wspinanie.
  2. Wspinanie jest niebezpieczne.
    Podczas wyjazdów w skałki najwięcej wspinaczy zginęło na krajowej drodze S8, czyli tzw. gierkówce, jadąc z Warszawy na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Niebezpieczne bywa wspinanie wyczynowe, ekstremalne i zwyczajnie głupie. Nie mówimy tu o himalaizmie zimowym, czy wchodzeniu „na żywca”, bez asekuracji, tylko o tym, żeby się poruszać. Jak opanujesz zasady bezpieczeństwa i będziesz je stosować, nic ci nie grozi. Dla dzieci wspinanie jest prawdopodobnie bezpieczniejsze niż basen, o ile wiem, na ściance wspinaczkowej nie zginęło jeszcze żadne dziecko, czego o basenie powiedzieć nie można.
  3. Trzeba trenować regularnie
    Jak w każdym sporcie, jak się chce mieć wyniki, trzeba trenować, ale nie każdy kto  dostał rower na komunię zostaje Lancem Armstrongiem. Ze wspinaniem jest tak samo.
  4. Sprzęt jest bardzo drogi
    No, jest, ale żeby zacząć można go pożyczyć, co nie jest drogie. Sprzęt, który potrzebujesz na ściankę kosztuje mniej niż rower.
  5. Wspina się po linach.
    Liny używa się do asekuracji, nie wchodzisz po niej. Wspina się po ścianie – naturalnej (skała) lub sztucznej (ścianka wspinaczkowa).

Pięć najpopularniejszych wymówek

  1. Mam za słabe ręce
    Wspinasz się głównie na nogach, jeśli możesz chodzić, możesz się też wspinać. Ręce służą do przytrzymania się. Jak na drabinie.
  2. Nie mam kondycji
    Wchodzenie pod górę, np po schodach, jest znacznie bardziej męczące niż wspinanie. Wspinając się rekreacyjnie nigdy nie masz zadyszki. To najmniej obciążający kondycyjnie sport jaki znam. No, może z wyjątkiem szachów.
  3. Nie mam z kim zostawić dziecka.
    Idź z dzieckiem – dzieci mają naturalną umiejętność wspinania się, wystarczy nie przeszkadzać. Uważaj tylko, bo mogą się bać przy zjeździe. Poćwiczcie bujanie na linie na małej wysokości.
  4. Mam daleko w góry.
    To idź na jedną ze ścianek wspinaczkowych w swoim mieście.
  5. Mam lęk wysokości!
    To jedyny argument przeciw. Niemniej znam ludzi, którzy wspinają się z lękiem wysokości i wszystko jest ok, dopóki są przodem do ściany.

Wspinanie dla opornych — szybki przegląd podstawowych pojęć

Do wspinania używa się rąk i nóg. I głowy. Cała reszta służy do asekuracji. To nie bungie ani park linowy. Techniki hakowe chwilowo pomijamy. Do wspinania należy mieć odpowiednie przełożenie korby do torby oraz psychę.

Wspinanie ogólnie rzecz biorąc polega na przemieszczaniu się w pionie. Najpierw mozolnym do góry, a potem szybko w dół. W opcji optymistycznej w sposób kontrolowany. Wspinać się można po wszystkim, ale regał przestaje być atrakcyjny już dla trzylatka. To o czym piszemy dotyczy wspinania na sztucznych ściankach (tamże fotki) i w skałkach. We fragmentach mogę pojawić się Tatry lub inne góry umiarkowanie wysokie.

Na ścianach są wyznaczone drogi wspinaczkowe. Nie nie trasy, nie szlaki, tylko drogi. Ściany mogą być: pionowe — tworzą z matką ziemią kąt prosty (nie ma obrazka, to w miarę jasne), połogie — tworzą kąt rozwarty i przewieszone — te bardziej niż pionowe, tworzą z poziomem kąt ostry.

Formacja może być ścianą, ale drogi mogą też być prowadzone w zacięciu, czyli tam gdzie spotykają się dwie ściany, w kominie czyli miejscu z trzech stron otoczonym skałą, filarem — przeciwieństwo komina.

Do wspinania używa się przede wszystkim nóg i czasami rąk. I głowy. Cała reszta służy do asekuracji. Nie wspinamy się „na linie”  ani nie podciągamy na karabinkach. To nie bungie ani park linowy. Techniki hakowe chwilowo pomijamy.

Do wspinania należy mieć odpowiednie przełożenie korby do torby oraz psychę. W dużym skrócie należy mieć tyle mięśni, żeby dać radę iść do góry i na tyle odporności psychicznej, żeby się nie bać. Wspinacze płci obojga są zazwyczaj umięśnieni, ale cherlawi. W ubraniu wyglądają jak niepozorne pokurcze. Mniejszą masę łatwiej wnieść. Psycha przydaje się niezależnie od kubatury.

Żeby było w miarę bezpiecznie używa się liny. Lina może być dynamiczna (rozciągająca się pod obciążeniem) i statyczna (sztywna). Linę wiąże się do uprzęży na wysokości pępka. Uprząż to takie solidne majty z taśmy. W drugi koniec liny wpina się asekurant, czyli ten człowiek, który się aktualnie nie wspina tylko asekuruje. Linę asekurant ma wpiętą w przyrząd asekuracyjny — urządzenie, które pozwala ją zablokować, jak wspinający się odpadnie albo linę obciąży. Przyrząd asekuracyjny służy też do opuszczenia delikwenta na dół, jak już drogę skończy, a linę wepnie do wzmocnionego karabinka na samej górze. Lub też jak się zniechęci w połowie.

Asekurowanie bywa zabawne, szczególnie jeśli asekurant jest lżejszy od prowadzącego.
Wspinać można się z asekuracją dolną — lina od wspinającego się człowieka idzie do dołu, lub górną — do góry. O free solo nie będę pisała, to wariaci.

Jak lina idzie do góry, to jest w miarę jasne, w przypadku odpadnięcia wisi się na sznurku, mniej więcej zgodnie z grawitacją planety. Asekuruje zazwyczaj białko, acz na ściankach wspinaczkowych zdarzają się już systemy autoasekuracji. Wspinacz wpina się wtedy do taśmy na sprężynie, która się zwija w miarę podchodzenia i powoli opuszcza go na dół, jak odpadnie. Działa to na zasadzie bezwładnościowych pasów bezpieczeństwa w samochodzie.

Jeśli z górną asekuracją asekuruje człowiek, to lina przewleczona jest przez bloczek na szczycie lub pod sufitem. W jeden jej koniec wpięty jest wspinacz, a w drugi asekurant. Ta metoda nazywa się „na wędkę” co powinno nieco rozjaśnić opis. Jeden wchodzi do góry, drugi wyciąga mu sprzed nosa linę przewleczoną przez bloczek. Krzywdę sobie zrobić jest bardzo trudno. Nie, żeby się nie dało, ale łatwo nie jest.

Sprawa się komplikuje, jak obaj, wspinacz i asekurant, stoją na ziemi, a lina leży obok. Wtedy ten który się wspina musi tę linę ze sobą zabrać, po drodze zamocować, żeby mieć na czym zawisnąć jak odpadnie. Na sztucznych ściankach co dwa, trzy metry są specjalne plakietki z taśmą i karabinkiem do wpięcia się — to przeloty. Od ziemi do sufitu jest kilka/kilkanaście przelotów, w które się człowiek wpina. Jak łatwo policzyć, jeśli się odpadnie, to maksymalnie leci się cztery metry. Wpinamy się w przelot, następny dwa metry nad nami. Idziemy do góry. Mamy szczęście — odpadamy tuż nad przelotem. Albo na nim zawisamy dobrowolnie, prewencyjnie, w sposób kontrolowany, żeby odpocząć. Wtedy zawisamy i już. Wisimy. Gorzej jak przejdziemy te dwa metry i odpadniemy tuż pod kolejnym przelotem. Wtedy lecimy dwa metry do przelotu, dwa metry poniżej, bo mamy dwa metry luźnej, niezamocowanej liny. Można przydzwonić.

Wspinanie z górną, na wędkę, zdaniem wyczynowców (patrz Bysiek) się nie liczy. Wspinanie z dołem jest sportowe, trudne i przede wszystkim zajmuje głowę. Psycha jest tu ważniejsza niż buła.

Na ściankach wspinaczkowych przeloty dostarcza ścianka. Wiszą sobie ekspresy, czyli dwa karabinki połączone kawałkiem taśmy. W skałkach i na niektórych drogach tzw. obitych są ringi — kółka do wpięcia asekuracji. Wpina się w nie własne ekspresy.

W skałkach i na ściankach jak się skończy drogę (dojdzie do góry, na górę albo zrezygnuje w połowie) asekurant opuszcza wspinacza na dół — mniej lub bardziej delikatnie. Najfajniejsze są zjazdy w pełnym lufcie, kiedy nie można przywalić w ścianę. Osobiście polecam zjazdy speleologów. Szybko i precyzyjnie.

Jeśli doczytałeś/doczytałaś do tego miejsca, a nigdy w życiu nie miałeś/aś nic wspólnego ze wspinaniem, daj znać czy coś rozumiesz.

Wszystkie zdjęcia zrobione na Makaku.

Ferraty w Rumunii

Lonże do ferrat wzięliśmy na wszelki wypadek, jeśli chcielibyśmy pojechać do Włoch. Część z nas chciała, ale była w mniejszości, więc skończyło się na dwóch rumuńskich ferratach.

Ferraty pokochałam. To takie łatwe, dobrze ubezpieczone wspinanie, piękne widoki. Idzie się szybko, bo nie ma zespołu wspinacz/asekurant, tylko wszyscy idą razem.

Ferrata to taka Orla Perć. Skała, kamienie, klamry, technika sztucznych ułatwień. Zamiast łańcuchów jest stalowa lina do której się wpina asekurację (właśnie wspomnianą lonżę z dwoma karabinkami). Poza nią obowiązkowym wyposażeniem jest kask i uprząż. Twardziele (patrz Bysiek) stalowej liny używają tylko do asekuracji. Emeryci (patrz siwa i AJS) również do wspomagania się, jak poręczą, w trudniejszych miejscach.

Posted by Wyrypy on Thursday, November 2, 2017

Obowiązuje kilka zasad

  • musisz mieć specjalną, dynamiczną lonżę do asekuracji (nie obciążasz jej), kask (czasami coś naprawdę spada na głowę) i uprząż
  • przynajmniej jeden karabinek z lonży musi być zawsze wpięty w stalową linę asekuracyjną
  • na jednym odcinku liny, między kotwami mocującymi może się asekurować tylko jedna osoba

Dobre rady

  • warto mieć ze sobą zakręcany karabinek i taśmę. Wpięcie się w kotwę, czy klamrę, posiedzenie w uprzęży i podziwianie widoków to cenna możliwość
  • warto mieć specjalne rękawiczki, takie jak rowerowe, ale dodatkowo wzmocnione
  • idąc bardzo uważaj na kamienie, które zrzucasz

Skala trudności ferrat jest dość tajemną wiedzą, w Rumunii jest pięciostopniowa

A: nieco trudno
B: dosyć trudno
C: trudno
D: bardzo trudno
E: wyjątkowo trudno

Ale internet donosi o sześciostopniowej 1-6. Tak czy inaczej to nazywając ferrata nie jest drogą wspinaczkową i teoretycznie jest szlakiem turystycznym. Umówmy się, że niekiedy wymagającym sporej sprawności.

Nie przepadam za przepisywaniem internetu, więc tutaj jest więcej informacji.  Między innymi inne skale.

Ponieważ stronę o rumuńskich ośmiu ferratach, wraz z mapką, znaleźliśmy już (tu wstawić dowonie obraźliwe słowo) po powrocie, przypadkiem wjechaliśmy w dwie ferraty.  A szkoda, bo jest ich osiem i mogliśmy zdobyć złota odznakę Pogromcy Rumuńskich Ferrat.

Astragalus w wąwozie Bicaz

Astragalus ma stronę na Fejsie i pięć wariatów do wyboru. Jest płatna.

  • Droga 1, główna, C/D (średnia/trudna), z małym, dobrze zabezpieczonym klamrami fragmentem D — tę wybraliśmy, ale dalibogini, nie wiem gdzie tam był ten fragment D. Wybraliśmy ją, bo była najdłuższa.
  • Droga 4 i 5: A/B (łatwa)
  • Droga 2: C.
  • Droga 3:  C/D, z małym fragmentem D
  • Droga 4 (bardzo łatwa) nie wyprowadza na szczyt, a warto
  • Droga 5 jest dość błotnistym, acz zabezpieczonym stalową liną zejściem ze szczytu.
    Tędy zeszliśmy

Vadu Crisului

Ferrata jest reklamowana jako lokalna atrakcja, a mówiący po angielsku pan w schronisku wyposażył nas w informacje gdzie najlepiej zaparkować, jak dość i dlaczego torami, a na pożegnanie wręczył mapkę.

Ferraty są dwie do wyboru: łatwa i trudna. Oczywiście wzięliśmy tę trudną i faktyczne emocje okazały się nieco większe niż przy zbieraniu porzeczek. Nieoczekiwanie Bysiek łaskawie pochwalił: nawet się trochę powpinałem.

Tu popełniłam kardynalny błąd i pomna błotnego zejścia w Bicazie poszłam w tzw. ciężkich butach. I już wiem po co ludzkość wynalazła buty wspinaczkowe. Następnym stopniem trudności zapewne byłoby zrobienie ferraty latem w rakach. Wiem już na pewno, że na następną ferratę idę w najlżejszych butach, a w plecaku będę miała na wszelki wypadek moje najwygodniejsze buty wspinaczkowe.

Całość — do obejrzenia na Flikrze:

Rumunia -- via ferrata
Ferraty Rumunia

Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  

Sądzę, że od 2014 wiele się tam nie zmieniło.

Sygnalizacja świetlna jest okazją do kontaktów towarzyskich. Kolory sygnalizacji delikatnie sugerują do kogo należy podjechać, żeby pogadać. Im więcej samochodów na skrzyżowaniu tym lepiej. Jeśli bardzo chcesz przejechać, to zatrąb, uśmiechnij się i intensywnie machaj rękami. Machanie rękami jako uniwersalna metoda konwersacji działa. Jak ktoś macha i krzyczy, krzycz głośniej, w dowolnym języku i machaj intensywniej. Przeprosi i Cię przepuści.

Generalnie całe miasto jest odpornym na przepisy ruchu drogowego korkiem. Parkuje się tam, gdzie w danym momencie się zatrzymało.

20140930.101450_IMG15894-001.JPG

Jak droga jest za wąska, żeby przejechać dostawczakiem — jedź i tak, najwyżej się przytrzesz. Jeśli stoją samochody — jedź, najwyżej je przytrzesz i pourywasz lusterka.
(nie miałam na to psychy, ale przede mną jechała ciężarówka robiąca przejazd).

I nie dajcie sobie wmówić, że się nie da.
— Jak tu się przejeżdża!?
— ODWAŻNIE.

I pojechała.

Czytaj dalej „Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  ”