Jak trenować żeby było i fajnie, i miło?

Złotą zasadą, którą wyznaję, jest to, że mimo wszystko wspinaczka ma być przyjemna. Również trening. Robimy to, co robimy, bo to kochamy, a nie bo jesteśmy mięśniakiem z nastawieniem na wynik. Owszem, wynik określa nasz postęp. Ale postęp nie określa naszego wyniku.

Po pierwsze, wspinaczka jest jak gra na gitarze. Nieważne ile książek o tonacji molowej przeczytasz, nieważne ilu gitarzystów na youtubie obejrzysz, dopóki nie spędzisz z „wiosłem” wielu, wielu godzin, nie nauczysz się grać. Więc po pierwsze:
Trzeba robić metry.
Nie ma to tamto, zwłaszcza na początku po prostu trzeba mieć kontakt ze ścianą. Bez pracy nie ma kołaczy, ale chyba o te metry nam chodzi?

20150208_150022_IMG17617.JPG
2015 — nieprecyzyjne wstawienie

Po drugie, po co się męczyć?  Najtrudniejsze, czego uczą w tej zabawie, to jak oszczędzać siły albo jak odpoczywać. Kilkoro znajomych pytało mnie ile razy się podciągam. Odpowiem oględnie — niewiele. A znam takich, lepszych od siebie, co prawie wcale.

Ideologicznie , wspinaczka to nie sztuka podciągania się, tylko wchodzenia po ścianie. Wchodzenia. Na nogach. Dopóki wspinamy się po dobrych chwytach (tzw. „klamach”), wciąganie na rękach coraz wyżej jest kuszące, ale wystarczy, że droga choć minimalnie nie przypomina „drabiny” i ta pseudotechnika przestaje się sprawdzać. Więc po drugie — oszczędność sił.

20161211_173859_DSC_0049.JPG
2016 — prawdziwa siła techniki się nie boi

Po trzecie, oczywiście pomijając kwestie bezpieczeństwa, najważniejszym organem wspinaczkowym nie jest biceps, tylko mózg. Nieprzypadkowo o wspinaczkowych trudnościach mówimy „problemy”. Sekwencja przechwytów to wykute w skale zagadki, które trzeba rozwiązać. Wiedząc że nie powinniśmy się — niepotrzebnie, czasem inaczej się nie da — męczyć, wychodzi opracowanie patentów, czyli wymyślenie jak trudne miejsce przejść — i nie spaść! Nie bójmy się myśleć.

To chyba całkiem proste, że żeby było lepiej, musimy się po prostu wspinać, to jeszcze mamy starać się nie męczyć, a po drodze największą trudnością są puzzle jak się ustawić? W teorii — tak jest, w praktyce — żaden z elementów wcale nie jest dla początkującego ani trochę łatwy!

20171127_174936_IMG_2448.JPG
2017 — kombinacja przypaku i postęp techniczny

Nie ma co się zniechęcać początkowymi niepowodzeniami, ale też zbytnio napalać szybkim przejściem przez łatwiejsze stopnie trudności. Rozwój jest jak czarodziej Gandalf — nie przychodzi zbyt szybko, bądź zbyt wolno, tylko wtedy kiedy powinien.

Jedyną słuszną metodą jest… wspinać się!

Ale będzie tam wspinanie?

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia. Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych — Bysiek o wspinaniu.

„Ale będzie tam wspinanie?” to od paru lat najważniejsze pytanie które zadaję jak matka-kapitan składa propozycję trasy bądź wariantu.

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia, mniej lub bardziej fanatycznie, mniej lub bardziej z przyległościami. Od dawna.

Seniorska część załogi swoją złotą erę wspinania miała na przełomie lat ’80 i ’90, w takich warunkach, które tak mnie, jak moich równolatków, przyprawiają o mdłości. Potem nastąpiła dwudziestoletnia przerwa — z miejsca pozdrawiam jako jej główny sprawca — zakończona chwalebnym renesansem lat temu kilka.

Rodzinny etos zawsze miał gdzieś w tle górskie życie, czy to jako prześmiewcze powiedzonko jestem dupa, nie taternik, czy używane przeze mnie, już bodaj ośmioletniego — „Jestem synem dwójki taterników i speleologa”, co nawet poniekąd było prawdą. Szczególną radość znajdowałem w odpowiadaniu w ten sposób wszelkiej maści przedszkolankom i nauczycielkom, które były PEWNE że zaraz spadnę z tego drzewa/drabinek/słupa średniego napięcia. Nie spadałem.

1990.07-22_17
Sekcja senioralna w wieku juniorskim 1990 na Świstówce

Mimo to, nikt nie był zawodnikiem. Nikt nie miał na koncie ekstremalnych przejść skałkowych. Etos wspinacza w domu był etosem taternika-alpinisty. Ale rekreacyjnego, łojanta-hobbysty-wagabundy, jedzącego Konserwę Turystyczną™, waletującego w Pięciu Stawach i śpiącego pod głazem w tatrzańskiej Pustej Dolinie.

Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych (zapis kopalny wskazuje na przełom mileniów), a dopiero pod koniec gimnazjum uznałem, że chce się w to bawić.
W roku pańskim 2010, jesienią, robię kurs wspinaczki na sztucznej ścianie.

W zasadzie aż do matury wspinałem się mocno rekreacyjnie, rzadko częściej niż raz na dwa czy trzy tygodnie, na niewygórowanym poziomie trudności. A potem poszedłem na studia. Trafiłem na obowiązkowy wuef, na który po raz pierwszy od początku edukacji chodziłem z radością. A chodziłem nie tylko na swoje zajęcia, ale tak często, jak tylko było wolne miejsce w grupie. Czasem po trzy razy w tygodniu. Bo z całej bogatej oferty UW, wybrałem oczywiście wspinaczkę. Tu warto odnotować, że przez dwanaście (!) lat szkoły, WF był moim znienawidzonym przedmiotem, i migałem się z niego jak tylko mogłem. Prosto z WF-u trafiłem do uniwersyteckiej sekcji AZS, i to właśnie tam zaczęło się moje wspinanie „na poważnie”, dwa razy w tygodniu pod okiem trenera.

Kilka semestrów regularnego treningu i regularne weekendowe wypady na ścianę z rodziną czy znajomymi przyniosły rezultat — wspinałem się coraz lepiej, i gdy mniej więcej już wiedziałem którym końcem liny się związać, który but jest lewy i jak odróżnić karabinek od karabinu — zrealizowałem marzenie, które miałem w głowie od momentu wkręcenia się we wspinanie.

Zrobiłem kurs taternicki. Było lato 2016.

Kurs to prawie dwa tygodnie „łojenia” w górach, dróg nietrudnych, co prawda rzadko wycenionych wyżej niż V, ale nieprzygotowanych tak, jak drogi na sztucznych ściankach czy nawet w skałkach. A czasem nieprzygotowanych wcale. To znaczy, że nie ma założonych punktów do asekuracji, nie mówiąc o ekspresach. Nie tylko trzeba mieć ze sobą własne ekspresy, jak przy wspinaniu sportowym, ale czasem też wbijać haki czy wkładać specjalne kostki w skalne szczeliny, by mieć gdzie te ekspresy wpiąć. Pewne, metalowe kotwy, wwiercone głęboko w skałę, to w górach rzadkość, a każdy punkt asekuracyjny, który zakładamy samodzielnie ma szansę wypaść, nieprzyjemnie wydłużając nasz lot.
Dodajmy do tego specyficzną budowę Tatr, z mnóstwem półek i półeczek, na które można boleśnie spaść, to zrozumiemy dlaczego walor moralny takiego wspinania jest znacznie większy. Założenie jest proste — w górach, „na własnej”, się nie odpada od ściany. Po prostu nie.

14224918_1093865827316768_2705728140086920340_n.jpg
Kosmołata na Mnichu fot. Maciej Tertelis

A po kursie, jak miałem formę roku, pojawił się Maciej.
Maciej się zna z rodziną od wspomnianych lat 80, tylko że — w przeciwieństwie do nich — nie wypadł z obiegu na 20 lat. Pojawił, i zapytał Siwą, czy może mi zaproponować wyjazd– w końcu syn znajomej, do tego jedynak, kurtuazji musiało stać się zadość. Po czym, zupełnie jak w szancie, zadzwonił do mnie pytając „Stary, czy masz czas?”
Miałem. Pojechaliśmy. W jeden weekend na Mnichu wytyczyliśmy Kosmołatę, a na Kazalnicy powtórzyliśmy Schody do Nieba.
Na kultowej Kazalnicy. Zerwuni, Polskiej ścianie ścian. Jako że był to mój pierwszy wyjazd jako — całkiem świeżo upieczonego — taternika, a prowadzenie nowych dróg jest najbardziej prestiżowym wyczynem, często cenionym wyżej niż przechodzenie dróg trudnych sportowych, zacząłem z wysokiego C. A nawet C+.

We wrześniu pojechaliśmy rodzinnie w Dolomity. Och, niech żałuje kto tego nie widział, komizm kłótni o wyższość „starego nawyku” nad „gorliwością neofity” jest nie do powtórzenia na sucho. Rodzina przekonała się że stare kości warto rozruszać, bo tak jak było to fajne w 92, tak fajne jest teraz, a postęp techniczny i gonienie Zachodu spowodowało że można wspinać się w czymś innym, niż uprząż szyta z pasów samochodowych, czy asekurować sprzętem wyższej jakości niż czekan zrobiony przez kumpla w garażu. Tak, to były heroiczne czasy.

Zimą liznąłem wspinania w lodzie, a tego lata zrobiliśmy z Maciejem jeszcze dwie nowe drogi. Ale to już późniejsza historia.

W ciągu ostatnich lat, zaczynając jako kompletny żółtodziób, skończyłem jako taternik z nowymi drogami na koncie. Gdzie poniesie przyszłość? Zobaczymy.

Prezent pod choinkę (planowany od września) i prezent urodzinowy

Oraz color of the year 2017 by Pantone.

#dolatrendsettera

PS. Przeżyliśmy zimę, nie było łatwo.
WRACAMY.