Przykre skutki złego zamocowania drewna opałowego przez Słowaków

To nie była łatwa zima z wielu powodów. W październiku Bobek dostał słowackim klockiem drewna. Nowy zderzak kosztował w Bańskiej Bystrzycy 200€. Wtedy właśnie się okazało jak przydatne są ćwiczenia oddechowe, medytacja i spoglądanie z boku na zaistniałe trudności. Blacharz to słowacku to „klampiar”. Nie dopytałam, czy klampiara jest tak obraźliwa jak brzmi, ale postanowiłam używać.

Tak wygląda nowy zderzak

Potem z obitym ryjem i Czymś Źle Brzęczącym przejechałam ponad 6000 km. Brzęczące Coś okazało się skrzynią biegów. I słusznie umierałam na podjazdach z których nie zwiozłaby mnie laweta, czołg i dźwig. I na zjazdach na których bez hamowania silnikiem moje poczucie bezpieczeństwa gwałtownie malało, a strefa komfortu oddalała się za ostatnią serpentynę. Skrzynia biegów umierała.

Tak wygląda wyjazd z półwyspu Mani <3

Kiedy wjechałam do Polski śpiewałam, bo wiedziałam, że zza Przełęczy Dukielskiej już mnie Św. Pan Andrzej zwiezie lawetą do Wesołej.W listopadzie Bobeczek trafił na hospitalizację i zaczęły przychodzić niepokojące maile:

Witam P. Aniu, [1] lista części do skrzyni wg. mechanika: wałek główny, 2 koła zębate V bieg, piasta V bieg, 2 synchronizatory I, II bieg, 2 satelity, łożyska, uszczelki + zimmeringi, wybierak

Nie ukrywam, szczególnie ubawiły mnie dwie satelity i perspektywa sprzedaży nerek całej rodziny i powinowatych, bo taki satelita, to tani nie jest.Okazało się, że prościej szukać całej skrzyni biegów, a wszystkie tropy prowadziły w województwo zachodniopomorskie. Tajemniczy człowiek z zachodniopomorskiego miał skrzynię do Ducato I, taniej niż nowy samochód. Jeśli bylibyście ciekawi, to zregenerowana skrzynia biegów kosztuje 1500 zł z wysyłką. Po moich płaczliwych telefonach [2] Tajemniczy Don Pedro z zachodniopomorskiego podesłał jeszcze wybierak, którego nie było NIGDZIE, choć sporządziłam graf pokazujący czego konkretnie potrzebuję. Jest na obrazku, możecie podziwiać.

Widzicie twarz? To pareidolia – zjawisko dopatrywania się znanych kształtów w przypadkowych szczegółach

Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że kompletnie nie wiedziałam o czym tak w zasadzie rozmawiam, co tak w zasadzie kupuję i jaki to ma rozmiar. Nienormatywna paczka zamawiana przeze mnie zdalnie przez usługi kurierskie firmy była opisana tajemniczo „części”. Skrzynię biegów przełożył podwarszawski Don Pedro. Jak zobaczyłam co mam nowego, to się zaczęłam zastanawiać czy przypadkiem, niechcący, nie kupiłam sobie nowego samochodu.

Dwa dni temu, głęboką nocą, żeby ominąć okołoświąteczne korki podwarszawskie, ściągnęłam Bobeczka z Wesołej. Jest z nim teraz trochę tak, jak z moim kolanem po przeszczepie więzadeł krzyżowych – niby moje, a jakieś inne. Dodam, że do nowych więzadeł przyzwyczajałam się kilka lat i dopiero w zeszłym roku zapomniałam jak się skręcało na nartach i zaczął mi skręt w prawo wychodzić w miarę zgrabnie, z pominięciem zespołu stresu pourazowego.

Bobeczek i Hanuszka wiosenni przed domem

Co jest smutne: teraz mam PTSD związane ze słowackimi tirami, boję się o nową-starą skrzynię biegów. Straciłam radość z jechania przed siebie. Bobeczek jest już zwieziony pod dom. Akumulatory się ładują. Pewnie na majówkę uda się wyjechać, trzymajcie kciuki.Słowację omijam.

[1] dopuszczam tę formę, tylko w kontekście: Pani Aniu, jest chujowo, ale naprawimy pani samochód

[2] tak, w sprawach mojego samochodu dzwonię

Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  

Sądzę, że od 2014 wiele się tam nie zmieniło.

Sygnalizacja świetlna jest okazją do kontaktów towarzyskich. Kolory sygnalizacji delikatnie sugerują do kogo należy podjechać, żeby pogadać. Im więcej samochodów na skrzyżowaniu tym lepiej. Jeśli bardzo chcesz przejechać, to zatrąb, uśmiechnij się i intensywnie machaj rękami. Machanie rękami jako uniwersalna metoda konwersacji działa. Jak ktoś macha i krzyczy, krzycz głośniej, w dowolnym języku i machaj intensywniej. Przeprosi i Cię przepuści.

Generalnie całe miasto jest odpornym na przepisy ruchu drogowego korkiem. Parkuje się tam, gdzie w danym momencie się zatrzymało.

20140930.101450_IMG15894-001.JPG

Jak droga jest za wąska, żeby przejechać dostawczakiem — jedź i tak, najwyżej się przytrzesz. Jeśli stoją samochody — jedź, najwyżej je przytrzesz i pourywasz lusterka.
(nie miałam na to psychy, ale przede mną jechała ciężarówka robiąca przejazd).

I nie dajcie sobie wmówić, że się nie da.
— Jak tu się przejeżdża!?
— ODWAŻNIE.

I pojechała.

Czytaj dalej „Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  ”

Jeśli nie kamper, to co?

W poniedziałek koło południa zobaczyłam na ulicy interesujący, kanciasty samochód, wyglądający jak nieślubne dziecko Skody Yeti i Jeepa Renegata. W poniedziałek wieczorem miałam już obejrzane wszystkie strony w internecie i wiedziałam, że kocham Hondę Element, samochód produkowany na rynek amerykański, rzadko występujący w Europie i endemicznie w Polsce. We wtorek,  wiedziałam gdzie i jakie modele są wystawione na sprzedaż. Tydzień później, wyjechałam z komisu na Okęciu buraczkową Hanuszką.

Honda Element ma napęd na cztery koła, z którego w mieście nie korzysta, ale można ją do tego zmusić. Posiada również, tę samą co kamper, zdumiewającą dysproporcję pomiędzy moją kubaturą, a kubaturą pojazdu obliczonego na potężnego Amerykanina. „Pani taka chudziutka, a taki duży samochód prowadzi”, jak to zakrzyknął kiedyś pan na stacji benzynowej na widok mnie i kampera Bobka.

Poprzednio jeździłam świnką morską — Fordem Fusion — ani to SUV, ani to kombi, ani to sedan. Dobry samochód do wjeżdżania na krawężniki.  Hanuszka jest kompletnie nierozsądnym skrzyżowaniem kombi, SUVa i pickupa, jest kanciasta, trochę ładniejsza od Fiata Multipla i idealnie pasująca do imidżu osoby nieobliczalnej. Można w niej wozić rowery i skuter, można w niej spać.

Fotele rozkładają się na dwie wielkie kanapy. Nie za długi człowiek mieści się też na podłodze po złożeniu tylnych siedzeń. Zmieści się sześć plecaków, trzy osoby i szpej wspinaczkowy. Zmieści się zmywarka i lodówka, deski, szafa i kanapa z Ikei, chociaż może niekoniecznie razem z trzema ludźmi i plecakami. Może zmieści się nawet mój grejpfrut, jak już uznam, że czas na wywiezienie do do Domu Spokojnej Starości dla Drzew Cytrusowych.

Ma też wady. Jest czteroosobowa, ale nie pamiętam kiedy ostatnio wiozłam pięć osób.  Nie zmieściła się w całości w budżecie jaki miałam na nowy samochód, ale pomińmy milczeniem  wstydliwy wątek mojej permanentnej indolencji finansowej (patrz punkt dorosłość). Nie jest samochodem ekonomicznym, szczególnie na miasto — ma duży silnik (2,5 litra), na szczęście zaopatrzony w instalację gazową, powoli dociera do nas, że jednak nie zbankrutuję na paliwo. Parkuje się nią nieco łatwiej niż kamperem, bo ma wspomaganie kierownicy, ale dalej nie jest to „łatwo”. Jak pod domem zaparkowałam równolegle, bez poprawiania się, domagałam się od rodziny oklasków i wyrazów uznania. Ma też automatyczną skrzynię biegów, więc jadąc nią, nie bardzo mam pomysł, co zrobić z lewą nogą i prawą ręką. Ciekawe kiedy przestanę tupać w podłogę i patrzeć na kontrolki, żeby sprawdzić ja którym biegu jestem.

Mam wrażenie, że jej kompletnie nie znam, że zaraz mnie czymś zaskoczy, miłym albo niemiłym. Ale na razie prowadzenie samochodu sprawia mi taką frajdę, jak w 1986, kiedy odebrałam prawo jazdy i jak zmieniłam malucha z Forda Fiestę.

 

Więc trzymajcie kciuki, żebyśmy żyły długo i szczęśliwie.