Kamper czy van?

Wielkie pytania ludzkości: kupić czy wypożyczać? Kamper czy van? Alkowa czy integra?

Z obserwacji, doświadczenia, przejechanych kilometrów, przespanych nocy, przemieszkanych dni i obejrzanych po drodze cudzych samochodów. Już wiesz, że chcesz jeździć kamperem, więc odpowiadam na kluczowe pytanie.

Jaki kamper?

  • Jeśli masz bardzo dużo pieniędzy i planujesz jeździć w tereny cywilizowane – kup nowego kampera
  • Jeśli masz bardzo bardzo dużo pieniędzy i planujesz jeździć w tereny mniej cywilizowane – wypożycz nowego kampera
  • Jeśli nie masz pieniędzy i chcesz jeździć w tereny niecywilizowane – kup starego kampera
  • Jeśli masz 25 lat i zdrowy kręgosłup – kup starego vana
  • Jeśli chcesz jeździć zimą – kup kampera
  • Jeśli masz więcej niż 25 lat i jeździsz w max dwie osoby w ciepłe kraje – kup vana z podnoszonym dachem
  • Jeśli masz więcej niż 25 lat i jeździsz w więcej niż dwie osoby – kup kampera
  • Jeśli jeździsz na krótko i masz długie przeloty – kup vana
  • Jeśli jeździsz na długie tripy, bez ograniczeń czasowych – kup kampera
  • Jeśli planujesz mieszkać w kamperze dłużej niż tydzień lub/i w więcej niż dwie osoby – kup kampera
  • Jeśli więcej czasu spędzasz poza samochodem i jest ciepło – kup vana
  • Jeśli jeździsz w dwie osoby na dłużej – kup integrę
  • Jeśli chcesz jeździć zimą w więcej niż dwie osoby – kup vana i użyj booking.com
  • Jeśli lubisz udawać, że Cię nie ma – kup vana
  • Jeśli lubisz udawać, że cię nie ma przez dłuższy czas – kup integrę
  • Jeśli boisz się, że cię okradną – kup starego kampera i nie remontuj go
  • Jeśli masz dużo czasu i mało pieniędzy – zbuduj kampera na starej budzie
  • Jeśli masz dużo pieniędzy i wysokie wymagania – kamper na zamówienie
  • Jeśli nie masz pieniędzy i poniżej 25 lat – kup namiot
  • Jeśli chcesz mieć kłopoty – wypożycz starego kampera

Przykre skutki złego zamocowania drewna opałowego przez Słowaków

To nie była łatwa zima z wielu powodów. W październiku Bobek dostał słowackim klockiem drewna. Nowy zderzak kosztował w Bańskiej Bystrzycy 200€. Wtedy właśnie się okazało jak przydatne są ćwiczenia oddechowe, medytacja i spoglądanie z boku na zaistniałe trudności. Blacharz to słowacku to „klampiar”. Nie dopytałam, czy klampiara jest tak obraźliwa jak brzmi, ale postanowiłam używać.

Tak wygląda nowy zderzak

Potem z obitym ryjem i Czymś Źle Brzęczącym przejechałam ponad 6000 km. Brzęczące Coś okazało się skrzynią biegów. I słusznie umierałam na podjazdach z których nie zwiozłaby mnie laweta, czołg i dźwig. I na zjazdach na których bez hamowania silnikiem moje poczucie bezpieczeństwa gwałtownie malało, a strefa komfortu oddalała się za ostatnią serpentynę. Skrzynia biegów umierała.

Tak wygląda wyjazd z półwyspu Mani <3

Kiedy wjechałam do Polski śpiewałam, bo wiedziałam, że zza Przełęczy Dukielskiej już mnie Św. Pan Andrzej zwiezie lawetą do Wesołej.W listopadzie Bobeczek trafił na hospitalizację i zaczęły przychodzić niepokojące maile:

Witam P. Aniu, [1] lista części do skrzyni wg. mechanika: wałek główny, 2 koła zębate V bieg, piasta V bieg, 2 synchronizatory I, II bieg, 2 satelity, łożyska, uszczelki + zimmeringi, wybierak

Nie ukrywam, szczególnie ubawiły mnie dwie satelity i perspektywa sprzedaży nerek całej rodziny i powinowatych, bo taki satelita, to tani nie jest.Okazało się, że prościej szukać całej skrzyni biegów, a wszystkie tropy prowadziły w województwo zachodniopomorskie. Tajemniczy człowiek z zachodniopomorskiego miał skrzynię do Ducato I, taniej niż nowy samochód. Jeśli bylibyście ciekawi, to zregenerowana skrzynia biegów kosztuje 1500 zł z wysyłką. Po moich płaczliwych telefonach [2] Tajemniczy Don Pedro z zachodniopomorskiego podesłał jeszcze wybierak, którego nie było NIGDZIE, choć sporządziłam graf pokazujący czego konkretnie potrzebuję. Jest na obrazku, możecie podziwiać.

Widzicie twarz? To pareidolia – zjawisko dopatrywania się znanych kształtów w przypadkowych szczegółach

Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że kompletnie nie wiedziałam o czym tak w zasadzie rozmawiam, co tak w zasadzie kupuję i jaki to ma rozmiar. Nienormatywna paczka zamawiana przeze mnie zdalnie przez usługi kurierskie firmy była opisana tajemniczo „części”. Skrzynię biegów przełożył podwarszawski Don Pedro. Jak zobaczyłam co mam nowego, to się zaczęłam zastanawiać czy przypadkiem, niechcący, nie kupiłam sobie nowego samochodu.

Dwa dni temu, głęboką nocą, żeby ominąć okołoświąteczne korki podwarszawskie, ściągnęłam Bobeczka z Wesołej. Jest z nim teraz trochę tak, jak z moim kolanem po przeszczepie więzadeł krzyżowych – niby moje, a jakieś inne. Dodam, że do nowych więzadeł przyzwyczajałam się kilka lat i dopiero w zeszłym roku zapomniałam jak się skręcało na nartach i zaczął mi skręt w prawo wychodzić w miarę zgrabnie, z pominięciem zespołu stresu pourazowego.

Bobeczek i Hanuszka wiosenni przed domem

Co jest smutne: teraz mam PTSD związane ze słowackimi tirami, boję się o nową-starą skrzynię biegów. Straciłam radość z jechania przed siebie. Bobeczek jest już zwieziony pod dom. Akumulatory się ładują. Pewnie na majówkę uda się wyjechać, trzymajcie kciuki.Słowację omijam.

[1] dopuszczam tę formę, tylko w kontekście: Pani Aniu, jest chujowo, ale naprawimy pani samochód

[2] tak, w sprawach mojego samochodu dzwonię

Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  

Sądzę, że od 2014 wiele się tam nie zmieniło.

Sygnalizacja świetlna jest okazją do kontaktów towarzyskich. Kolory sygnalizacji delikatnie sugerują do kogo należy podjechać, żeby pogadać. Im więcej samochodów na skrzyżowaniu tym lepiej. Jeśli bardzo chcesz przejechać, to zatrąb, uśmiechnij się i intensywnie machaj rękami. Machanie rękami jako uniwersalna metoda konwersacji działa. Jak ktoś macha i krzyczy, krzycz głośniej, w dowolnym języku i machaj intensywniej. Przeprosi i Cię przepuści.

Generalnie całe miasto jest odpornym na przepisy ruchu drogowego korkiem. Parkuje się tam, gdzie w danym momencie się zatrzymało.

20140930.101450_IMG15894-001.JPG

Jak droga jest za wąska, żeby przejechać dostawczakiem — jedź i tak, najwyżej się przytrzesz. Jeśli stoją samochody — jedź, najwyżej je przytrzesz i pourywasz lusterka.
(nie miałam na to psychy, ale przede mną jechała ciężarówka robiąca przejazd).

I nie dajcie sobie wmówić, że się nie da.
— Jak tu się przejeżdża!?
— ODWAŻNIE.

I pojechała.

Czytaj dalej „Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  ”

Jeśli nie kamper, to co?

W poniedziałek koło południa zobaczyłam na ulicy interesujący, kanciasty samochód, wyglądający jak nieślubne dziecko Skody Yeti i Jeepa Renegata. W poniedziałek wieczorem miałam już obejrzane wszystkie strony w internecie i wiedziałam, że kocham Hondę Element, samochód produkowany na rynek amerykański, rzadko występujący w Europie i endemicznie w Polsce. We wtorek,  wiedziałam gdzie i jakie modele są wystawione na sprzedaż. Tydzień później, wyjechałam z komisu na Okęciu buraczkową Hanuszką.

Honda Element ma napęd na cztery koła, z którego w mieście nie korzysta, ale można ją do tego zmusić. Posiada również, tę samą co kamper, zdumiewającą dysproporcję pomiędzy moją kubaturą, a kubaturą pojazdu obliczonego na potężnego Amerykanina. „Pani taka chudziutka, a taki duży samochód prowadzi”, jak to zakrzyknął kiedyś pan na stacji benzynowej na widok mnie i kampera Bobka.

Poprzednio jeździłam świnką morską — Fordem Fusion — ani to SUV, ani to kombi, ani to sedan. Dobry samochód do wjeżdżania na krawężniki.  Hanuszka jest kompletnie nierozsądnym skrzyżowaniem kombi, SUVa i pickupa, jest kanciasta, trochę ładniejsza od Fiata Multipla i idealnie pasująca do imidżu osoby nieobliczalnej. Można w niej wozić rowery i skuter, można w niej spać.

Fotele rozkładają się na dwie wielkie kanapy. Nie za długi człowiek mieści się też na podłodze po złożeniu tylnych siedzeń. Zmieści się sześć plecaków, trzy osoby i szpej wspinaczkowy. Zmieści się zmywarka i lodówka, deski, szafa i kanapa z Ikei, chociaż może niekoniecznie razem z trzema ludźmi i plecakami. Może zmieści się nawet mój grejpfrut, jak już uznam, że czas na wywiezienie do do Domu Spokojnej Starości dla Drzew Cytrusowych.

Ma też wady. Jest czteroosobowa, ale nie pamiętam kiedy ostatnio wiozłam pięć osób.  Nie zmieściła się w całości w budżecie jaki miałam na nowy samochód, ale pomińmy milczeniem  wstydliwy wątek mojej permanentnej indolencji finansowej (patrz punkt dorosłość). Nie jest samochodem ekonomicznym, szczególnie na miasto — ma duży silnik (2,5 litra), na szczęście zaopatrzony w instalację gazową, powoli dociera do nas, że jednak nie zbankrutuję na paliwo. Parkuje się nią nieco łatwiej niż kamperem, bo ma wspomaganie kierownicy, ale dalej nie jest to „łatwo”. Jak pod domem zaparkowałam równolegle, bez poprawiania się, domagałam się od rodziny oklasków i wyrazów uznania. Ma też automatyczną skrzynię biegów, więc jadąc nią, nie bardzo mam pomysł, co zrobić z lewą nogą i prawą ręką. Ciekawe kiedy przestanę tupać w podłogę i patrzeć na kontrolki, żeby sprawdzić ja którym biegu jestem.

Mam wrażenie, że jej kompletnie nie znam, że zaraz mnie czymś zaskoczy, miłym albo niemiłym. Ale na razie prowadzenie samochodu sprawia mi taką frajdę, jak w 1986, kiedy odebrałam prawo jazdy i jak zmieniłam malucha z Forda Fiestę.

 

Więc trzymajcie kciuki, żebyśmy żyły długo i szczęśliwie.

Czy któregoś roku mogłoby być inaczej?

Najpierw wyjazdu na wakacje odmówiła moja matka. Bo stara, zużyta, jesteśmy niemili oraz ogólny foch. Opanowałam.

Potem wyjazdu na wakacje odmówił młody, ponieważ jesteśmy starzy i nudni. Trochę się obraziłam, bo starzy owszem, ale, żeby nudni, to nie. Uznałam wyższość dowolnego nastolatka nad własną rodziną, nawet obłąkaną. Opanowałam.

A na koniec wyjazdu na wakacje odmówił samochód, ponieważ w Fiat Polska nie mają rureczki nagwintowanej. I tutaj się tradycyjnie załamałam.

— Bo ja nie wiem jak pani, pani Aniu, na tych sparciałych rurach dojechała… — z uznaniem powiedział mój ulubiony Święty Pan Andrzej od kampera.

Na to pytanie akurat umiem odpowiedzieć, ponieważ jak zagotowałam silnik na przełęczy w Andorze i wynalazłam kałużę pod samochodem, na wysokości drobnych trzech tysięcy metrów, jedyny baniak z wodą jaki miałam pod ręką był pięciolitrowym baniakiem wody z Lourdes.

Część wody zużył wprawdzie AJS do mycia zębów, twierdząc, że uchroni go to przed dentystą, a może nawet utracone zęby mu odrosną, a z części w jakichś trudnych warunkach zrobiliśmy kawę, ale większość ocalała. I tę większość bez namysłu wlałam do chłodnicy. Mało skutecznie, bo dalej ciekło.

W mglistej Andorze, zamiast kupować tani alkohol, spędziliśmy uroczą godzinę z twarzami pod maską samochodu ustalając, co cieknie to ryże (woda!), skąd cieknie (chyba tu… nie, może tam? a co to jest?) zastanawiając się, czy tam na pewno wszystko, co było jest w takim samym układzie. Wyszło nam, że nie.

Tu przypomina się dramatyczna historia z czasów, kiedy z tą damą, która jest moją macią, podróżowałyśmy z namiotem i psem rasy terrier mazowiecki maluchem po Polsce. Dziecięciem natenczas byłam, nieco podrośniętym. O ile pamiętam, to były te wakacje, kiedy w Gdańsku postanowiłam zapuścić włosy, gdyż stwierdziłam, że wytrzymałam, jak mówili do mnie chłopczyku, wytrzymałam syneczku, wytrzymałam nawet „ty łobuzie” od pani na placu Wilsona, ale proszę pana, to ja sobie zdecydowanie nie życzę. I następne piętnaście lat miałam długie włosy.

Otóż maluch gdzieś między Redą a Puckiem się zatrzymał. Czknął i odmówił współpracy. Analogicznie otworzyłyśmy z matką maskę, która jak wiadomo w maluchach była z tyłu, i dumałyśmy. Kierując się rozwiniętym instynktem samozachowawczym postanowiłam nakłonić tzw. okazję do zatrzymania się i zajrzenia w fanaberyjną maszynę.

Jakiś umiarkowanie technicznie wyglądający, acz miły pan się w końcu zatrzymał i zanim otworzyłam usta, celem wygłoszenia zgrabnej inwokacji w stylu:

— Najmocniej pana przepraszam, ale może zna się pan na samochodach, bo my tu taki kłopocik mamy… — do bogu ducha winnej ofiary podbiegła moja matka, na wdechu, wyrzucając z siebie jak karabin maszynowy:

— Proszę pana, wyleciało nam i nie wiemy czy to ma być mocno czy słabo!!!

Facet zdębiał nic nie odpowiedział, wykonał gest maskujący, że się zna i dojechał. Bez słowa.

Owo coś okazało się świecą, która wyskoczyła i owszem, musiała być mocno.

Tak więc pod maską kampera znaleźliśmy Luźną Rurkę, którą komisyjnie AJS zamontował. Napisałabym „zamontowaliśmy”, ale byłoby to zdecydowanie pluralis maiestatis, bo ja się tylko upaprałam.

Chłodnicę naprawiliśmy i na wodzie z Lourdes pojechali dalej. Jak się okazało, śmiało można to zakwalifikować jako cud, bo całkiem przed chwilą okazało się, że rurki AKA węże od chłodnicy przegniły na amen, są w stanie dezintegracji i wymagają natychmiastowej wymiany. Okazało się też, że Fiat Polska ten model, to widuje w muzeum. Że rurki nie ma, że znowu nie wiadomo czy ja w ogóle na te wakacje wymarzone pojadę. I, że tradycyjnie jest jak co roku, znaczy wszystko się sypie tydzień przed wyjazdem. Oczywiście, jak co roku obiecuję sobie, że kiedyś zdążę, jak co roku do następnego czerwca o tym zapominam. Bo mi coś wypada. Przeszczep charakteru wydaje się być nieuchronny.

Przepytana na okoliczność bluźnierstwa moja głęboko wierząca OMCteściowa stwierdziła, że jeśli przez tę wodę Pan Bóg działa na ludzi, to czemu nie miałby na samochody? Ta ekspertyza uspokoiła moje sumienie.

Zwłaszcza, że w domu znajdował się jeszcze zapas smakowej wody z Lourdes, którą wynalazł młody nalewając wodę do niewypłukanej butelki po IceTea. O smaku brzoskwiniowym.

Rodzina wszędobylska

— Ale nad morzem zostaniemy na dłużej — powiedział młody na jednych z poprzednich wakacji, kiedy naszym kamperkiem turlaliśmy się do Lubiatowa. Lubiatowo ma to do siebie, że jest jedynym nadmorskim miejscem, jakie toleruję i tę patologię zaszczepiłam młodemu. Charakteryzuje się tym, że wieś znajduje się 2 km od linii brzegowej, a nad samym morzem jest jeden camping, jeden ośrodek wypoczynkowy, kilka bud z lodami i frytkami i to wszystko.

Naprawdę wszystko.

Zastygłam wtedy za kierownicą, gdyż z rzeczy nudnych i nudniejszych najnudniejsze jest leżenie na plaży, nawet jeśli założę, że to cudowny moment na nadrobienie zaległości w lekturach, prasie i przemyśleniach filozoficznych. I uściśliłam:

— Dłużej, znaczy na ile?

Odkąd skończyłam 14 lat unikałam wakacji stacjonarnych. Z wakacji wczesnodziecięcych najbardziej lubiłam dojazdy. Pierwszą trasę wakacyjną zaprojektowałam i zrobiłam z antenatką maluchem we wczesnych latach ’80. O ile pamiętam benzyna była wtedy na kartki, miałyśmy zachomikowaną na wakacje. Rzucało nas po kraju ojczystym od Bałtyku po Tatry. Od Świnoujścia po Ustrzyki Dożylne. Od Rutki Tartak, po Karpacz. Mieszkałyśmy w namiocie, w schroniskach PTSMu, wynajmowałyśmy domki kempingowe.

Na początku lat ’90, kiedy komuna zmarła, a dobra Ciocia Europa zniosła wizy pojechałyśmy w świat. To była epicka wyprawa, 6500 km trasą Warszawa—Praha—Norymberga—Liege—Paryż—lazurowe wybrzeże—Rzym—Wenecja—Wiedeń—Warszawa. Jeszcze gdzieś w tzw. międzyczasie Chamonix. W trzy osoby, maluchem. Skrzyń typu Thule wtedy jeszcze nie było, miałyśmy prototyp — gigantyczną, spiętą skórzanymi paskami walizę z lat ’60 na dachu, zwaną krową. Samochód zepsuł się w ciągu 4 tygodni 12 razy. Słownie dwanaście. Musiałyśmy robić wrażenie dość rozpaczliwe, bo stopień empatii i ludzkiej życzliwości z jakim się wtedy spotkałam chyba się nigdy nie powtórzył. Na sześciopasmowej autostradzie pod Franfurtem, z latającymi nad głową samolotami, jechałyśmy zepsutym, czkającym maluchem, jednym ze środkowych pasów (ten akurat skręcał gdzie potrzebowałyśmy) z szybkością prawie 60 km/h. Nie było to największe zagrożenie, jakie stanowiłyśmy. We Francji dwóch panów na podrzędnym skrzyżowaniu tak się na nas zapatrzyło, że jadąc z prędkością 10 km/h centralnie się zderzyli.

Opanowałam znajomość nazw części samochodowych w zaskakujących językach. Do dzisiaj pamiętam jak jest cewka po włosku (la bobina) i styki po francusku (platine — nie wiem jak się pisze). Umiem też pokazać w warsztacie dowolny objaw zaburzeń pracy silnika, w sytuacji kiedy jedynym językiem pozostaje migowy wspomagany onomatopejami i układem choreograficznym (brum, brum, pyr pyr pyr).

Młody pętanie się po kraju maluchem zaliczył. Samochody w rodzinie szczęśliwie ewoluowały i z czasem przesiedliśmy się do czegoś normalniejszego i pętanie znacznie się uprościło. Okazało się, że normalnym samochodem, do Rotterdamu czy w Alpy dojeżdża się jednym rzutem. Co z jednej strony życie uprościło, a z drugiej skomplikowało, bowiem miejsc do pętania nagle zrobiło się znacznie więcej.

Odkąd dostałam kamperka sprawa stała się całkiem prosta. Na pokład i w drogę. Kamperek swoje lata miał. W chwili, kiedy go po ojcu dostałam, równe ćwierćwiecze. Na początku trochę nieśmiało, potem całkiem energicznie w ciągu trzech lat zjeździliśmy całą Polskę. Zaowocowało to ponurą szkolną refleksją młodego, który przerabiając geografię Polski z pewnym obrzydzeniem stwierdził:

— Ty wiesz, że ja wszędzie byłem?

Nie wiem na ile to ma związek, ale z geografii na świadectwie piątkę ma.

Jak wspomniałam samochody ewoluują, kamperka zamieniliśmy na młodszego kampera, wakacje po dwa, trzy tysiące kilometrów, z przelotową maksymalnie 60 km/h, a maksymalną prędkością na autostradzie, z górki i z wiatrem w plecy — 85 km/h, to jest jednak wyzwanie dla prawdziwych twardzieli, a ja się starzeję.

Następna zaprojektowana przeze mnie trasa ma ponad 7500 km i wiedzie w dzień polarny, do krainy trolli. Jestem więc monotematyczna, nudna i mam rajzefiber. Mam też już sprzątnięty samochód i prawie umiem go obsługiwać. I tak sobie myślę, że z takim bagażem doświadczeń, nie powinnam się wcale przejmować.

Wtedy nad morzem młody nabrał powietrza jak przed skokiem do głębokiej wody, popatrzył na domowego tyrana z pewnym szacunkiem i wypalił:

— No, chociaż trzy dni. No, dwa. — zreflektował się, że przesadził.

Zostaliśmy trzy dni, a mnie wtedy przyszło do głowy, że tzw. imprinty to jednak potęga w wychowaniu. I nic tak w nas nie zostaje, jak to czego doświadczamy.