2011 — Francja

O Francji napisałam mało.
To była wyrypa wyjątkowa pod względem składu załogi, ponieważ jechała z nami koleżanka Byśka. Było nas więc piątka, a nie czwórka jak zawsze.
Kamper jest zarejestrowany na sześć osób, ale na Ozyrysa, naprawdę nie wiem gdzie tę szóstą położyć spać. To znaczy teoretycznie wiem, ale praktycznie sobie tego nie wyobrażam. Chyba, że szósta osoba jest dzieckiem, hobbitem albo homo floresiensis. Ale w piątkę było w miarę komfortowo i dość zabawnie. Przynajmniej dla nas, jak dla gościa — nie wiem.

Trasa prowadziła po wielkich fortyfikacjach pierwszej i drugiej wojny światowej. Oraz gotyckich katedrach, zamkach, górach i klifach. No klify musiały być. A ocean nocą mruczy jak duży kotek. Bardzo duży kotek.

Francja pod względem kamperów przyjazna. Sporo bardzo tanich miejsc biwakowych, niekoniecznie będących wypasionymi kempingami. Gdzie bardzo tanie to 3-5 €. Parking pod Mt Saint Michelle, który jest na zdjęciu kosztował nas całe 12 € za pięć osób i był drogi. Wodę jest gdzie nabrać, toaletę opróżnić i bez wysiłku zaparkować. Pralnie publiczne są w większych miejscowościach. Jedzenie jest dobre i tanie, melony i oliwę sprzedają przy drogach, rue nationale są darmowe.

W Bretanii i Normandii wieje jak lubię, a temperatura odczuwalna oscyluje w okolicach 20 stopni, w sam raz na moje wampirze upodobania. Wracając zahaczyliśmy o Lazurowe Wybrzeże, gdzie już było więcej niż 20 stopni, co mnie dobitnie przekonało, że nie nadaję się do zwiedzania południa Europy w miesiącach letnich. W październiku w Rzymie było wspaniale.

Z Francji przywieźliśmy mojej matce boreliozę. Przynajmniej porządna, francuska była.

Całość 3,5 tygodnia, 7874 km.
Noclegi tutaj.
Dokumentacja fotograficzna tutaj.