Nie będę miała nowej lustrzanki…

Zapora w Vajont na jeszcze jedną zaletę. Otóż można się przy niej wspinać.

Przy samej zaporze są liczne zatoczki, a w nich miejsca parkingowe w odległości idealnej od ściany, czyli 10 metrów.

20160917_151058_DSC_0330

Nieco oszołomieni miejscem, jego historią i całkiem niezabliźnioną raną na społeczności, postanowiliśmy jednak się powspinać, skoro społeczność tak miła, że przygotowała nam nieźle obite ściany z dobrym dojazdem. Nawet niektóre zacienione, co we Włoszech ma sens głęboki.

Wspinanie było całkiem sympatyczne, miejsce noclegowe na dnie zapadliska po zbiorniku tez całkiem ładne, mimo koszmarnej historii. Przyznam, nie chciałam nocować w żadnej z tych wiosek, miałam wrażenie, że dno zbiornika jest jedynym miejscem, gdzie nikt w czasie tej katastrofy nie zginął.

Miejsce całkiem sympatyczne, otoczone drzewkami, które od 1963 zdążyły urosnąć.
Spędziliśmy miły wieczór, zjedli kolację, omówili kwestie geologiczne i poszli spać.

14280515_1799375390300048_2138370524_n

Rano kiedy mgły zaczęły opadać efektownie chciałam im zrobić zdjęcie przyzwoitym aparatem czyli lustrzanką, a nie ziemniakiem, telefonem czy automatem jak te zdjęcia z dnia poprzedniego.

I wtedy okazało się, że lustrzanki nie ma. Nie ma w torbie, nie ma pod siedzeniem, nie ma na półce ani na antresolce. Zwyczajnie nie ma. NIE MA.

Metoda kolejnych przybliżeń ustaliłam, że położyłam aparat na kamieniu pod skałą. I nikt go potem nie widział. Spanikowana, odpaliłam auteczko i pognałam w miejsce gdzie aparat widziałam raz ostatni, po drodze odtwarzając wydarzenie, np. że w nocy padało, więc nawet jeśli tam jest to niezdatny do użytku.

Nie było.
Nie płaczę. Znaczy czasem płaczę, ale raczej ze złości, a tutaj nawet mi się płakać nie chciało, tylko zabić własną pięścią, bo głupia jak stołowa noga, nie dość, że zostawiłam aparat, to jeszcze nie zgrałam z niego nic od początku wyjazdu. Więc jestem w czarnej otchłani, bez zdjęć z ponad tygodnia trasy, a jeszcze do tego dziecko kazało robić zdjęcia lustrzanką, bo telefonem i tzw. maupą jakość mu nie odpowiada.

Wysłałam umyślnych do okolicznych barów, kazałam przeszukać otoczenie. AJS jako człowiek niebywale spokojny zamiast panikować zabrał się za robienie śniadanka. Jak wszystko inne zawiedzie, zrób śniadanko. Czy jakoś tak. I tak nie byłam głodna.

Zdesperowana wysłałam opierającego się Byśka do kasy zapory, żeby się dowiedział, czy może ktoś coś oddał i zatopiłam się w owej czarnej rozpaczy nie tyle nad aparatem, bo swoje lata już miał, co nad obiektywem, moim ulubionym i przede wszystkim zawartością karty.

W międzyczasie znalazłam na Facebooku stronę rejonu i okolicznego miasteczka, napisałam., poprosiłam o ogłoszenie. Chociaż kartę, kurcze, odeślijcie! Dali ogłoszenie, powspółczuli. Czarna rozpacz nie zmniejszyła się ani o jotę.

I wtedy podjechał włoski samochód z którego wypadł uradowany Bysiek (udałam, że nie widzę, że dziecko wsiada z obcym do samochodu), wlokący do mnie jakiegoś Włocha, jak to Włoch, mówiącego wyłącznie po włosku.
Włoch coś mówił o aparacie, kazał pokazać miejsce gdzie aparat zostawiłam. No, niby się cieszył ale jakoś niemrawo, jak na Włocha. Rozglądał się dookoła bacznie i sprzętu okazać ani przekazać nie chciał. Co mnie zaniepokoiło, bo historia., którą na migi mi opowiedział brzmiała całkiem jak moja historia.

Nie mogąc się z inostrańcem porozumieć sięgnęłam po moja tajną broń ostateczną, czyli po AJSa, który doskonale udaje, że mówi po włosku. Nikt go wprawdzie nie rozumie, on też nic nie rozumie, ale wszyscy są bardzo zadowoleni.
Oderwałam go od śniadanka i wywlekłam przed kampera.

I wtedy Włoch się rozpromienił. Pomachał rękami intensywniej. Wręcz eksplodował radością. Bez mała rzucił AJSowi na szyję. Dopadł samochodu i z bagażnika wyciągnął mój aparat w stanie nienaruszonym i uroczyście przekazał. Nawet się nie zdziwił jak ucałowałam aparat w obiektyw.

Po kilku kolejnych machnięciach rękami już wiedzieliśmy, że jedyną osobą, którą dało się na ostatnich zdjęciach rozpoznać był AJS. Reszta występowała jako kolorowe sylwetki na ścianach.

Odpoznawalny AJS wyglądał tak i tej twarzy żądał pan Włoch przed ostatecznym przekazaniem sprzętu:

20160917_165612_IMG_1747

Po kilku kurtuazyjnych wymachach kończyn , w tym naszych dziękczynnych, uradowany Włoch odjechał, a ja odwołałam alarm na okolicznych Facebookach, które również niezwykle uradowały się uczciwością ziomków.

Plusy dodatnie: mam wszystkie zdjęcia z wyjazdu
Plusy ujemne: nie mam pretekstu, żeby kupić nową lustrzankę.

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

4 myśli na temat “Nie będę miała nowej lustrzanki…”

  1. Oj, plusy ujemne są wbrew pozorom dodatnie:
    – stary przyjaciel wrócił
    – zaoszczędziłaś worek kasy na nowy szpej
    – nie będzie dylematu czy wybrać Pentaxa czy może coś z firmy robiącej faxy albo może z tej od telewizorów

    1. Ostrzęt mam do faksów, więc pewnie bym się tego trzymała. A teraz robią takie z wbudowanym GPSem…
      Jeszcze jedno jest plusem dodatnim — to jest diablo ciężkie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s