Arco – ekonomiczny przewodnik dla wspinaczy i turystów

O mitycznym Arco słyszał chyba każdy wspinacz skałkowy – słoneczna dolina łącząca zalety włoskiej riwiery i wspinaczkowego refugium.

Dolina Sarca
Dolina Sarca

Pierwszy raz pojechaliśmy tam w 2016, dosłownie na kilka dni, w czasie tripu Austria-Włochy 2016. I się zakochaliśmy.

Arco ma cechy rejonu idealnego – pogoda jest stabilna, wspinania jest MASA, zaplecze logistyczne jest bardzo łatwe i jest – relatywnie – blisko.

Po pierwsze – dojazd

Do Arco najłatwiej dostać się samochodem. Odległość drogowa to około 1500 km, praktycznie tylko autostradami. Pakujemy się pod domem, witamy słońce, gaz w podłogę i na wieczorną pizzę meldujemy się w Arco, po 16 h nieśpiesznej jazdy. Nasza Hanuszka ma obrys tostera, więc na autostradzie jeździmy raczej zgodnie z przepisami, a jej upodobania dietetyczne (LPG) niezbyt przystają do kuchni austriackiej – prawie godzinę zmarnowaliśmy pod Innsbruckiem szukając stacji!

Droga z widokiem na Lago Garda
Droga z widokiem na Lago Garda

Pamiętajcie, że czekają was dodatkowe opłaty drogowe:

  • za autostrady w Austrii – winietka na 10 dni kosztuje 9 €, ale oszczędzamy bezcenny czas,
  • za przejazd przez Przełęcz Brenner – kolejne 9 €, tutaj w zasadzie nie mamy sensownej alternatywy
  • na końcu za autostradę we Włoszech – przejazd Brennero – Trento Nord (Trydent) to ok 10 €, natomiast jeśli chcielibyśmy pojechać autostradą aż do Rovereto (umiarkowanie korzystna czasowo-widokowo opcja) to zapłacimy około 2 € więcej.
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin

Po drugie – mieszkanie

Włochy to kraj cudownie przyjazny spaniu „na dziko” – praktycznie wszędzie wolno, carabinieri się niczego nie czepiają, a miejscówek w turystycznych rejonach jest wyjątkowo dużo. Mimo tego, w Arco i okolicach jest kilka przystępnych kempingów, na wypadek potrzeby ablucji w wodzie cieplejszej niż górska rzeka.

Najmilsze wspomnienia mamy z Agricampeggio Paolino w Pietramuracie, gdzie zapłaciliśmy 22€ za nocleg dla 2 osób z prądem, ale spaliśmy w Hanuszce, za to w cieniu Parete Zebrata. Podczas pierwszej wizyty w Arco zajechaliśmy na Camping Zoo w samym Arco, tuż pod zerwami Monte Colodri (5 minut od Ferraty Colodri), ale trzeba doliczyć dodatkową opłatę za miejsce kempingowe, około 10 €, czyli już 30 € za dwie osoby. Połowę drożej.

Campeggio Paolino pod Parete Zebrata
Campeggio Paolino pod Parete Zebrata

Jeśli przyjechaliście kamperem, można zaparkować w samiutkim Arco, nad rzeką, na wielkim parkingu przy mostku i lodziarni (cennik jak za normalny parking) lub kawałek w głąb miasta, na parkingu przy szpitalu (8€ za noc), ale co warto odnotować – jest tu darmowe ujęcie wody (w tym pitnej) oraz możliwość wylania ścieków (w tym toalety!)

Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip
Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip

A na dziko?

Najwięcej osób śpi przy jeziorze Cavedine – praktycznie cały południowo-wschodni brzeg usiany jest zatoczkami i parkingami, zachęcam przyjechać najpóźniej o 19, bo miejsca są rozchwytywane! Pewną wadą popularności i „legalności” tego miejsca są liczne ślady bytności ludzkiej w lasku nieopodal.

Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine
Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine

Jedzenie najtaniej kupować w dużych sklepach, w Sarche jest bardzo dobrze zaopatrzony sklep-moloch, a w Arco jest Lidl. W Dro można kupić lokalne frukty przy drodze, na przeciwko kolejnego supermarcato.

Dojechaliśmy, przespaliśmy się, to najwyższy czas iść w skały!

Zależnie od naszych celów i lokalizacji mamy kilka możliwości. Jeśli chcemy wspinać się „sportowo”, ale w kategoriach wagowych „bez-napinki”, bądź rodzinnie – zdecydowanie warto odwiedzić Muro Del’Asino na północno-zachodnim zboczu Monte Colodri – polecamy przejście ferratą z kempingu.

Jeśli jesteście doświadczonymi turystami górskimi, powiem obrazowo że ta ferrata jest znacznie łatwiejsza od Orlej Perci, można na nią iść z dziećmi, jedno miejsce wymaga umiejętności wchodzenia po drabinie ;)

Po drugiej stronie doliny jest sektor L’Orto – tam wspinanie jest bardziej zróżnicowane i „sekcja sportowa” też będzie miała się na czym namęczyć – drogi sięgają 8a, z bogatym wyborem skradankowych 6-tek, i fajnymi, technicznymi 5-tkami. Można też odwiedzić Placche di Baone, wielki połóg z tarciowymi drogami od 3a do 6a, na pewno będzie to dobre ćwiczenie przed wspinaniem na Parete Zebrata!

Jak przyjechaliście do Arco robić cyfrę życia – to zachęcam nastawić się na drogi od 7a w górę – łatwiejsze często są wyślizgane ZNACZNIE bardziej niż nasza Jura! W takim wypadku trzeba wspomnieć o słynnym Massone, murze skalnym po drugiej stronie rzeki. Dojazd jest opisany znakami „Falesia Policromuro” ale uwaga! duże samochody nie przejadą przez uliczki w San Martino i należy przygotować się na około kilometrowy spacer pod górę. Hanuszką przejechaliśmy z niedużym zapasem, na parkingu pod sektorem nie stało nic większego od VW Transportera. Tam też można nabrać wody pitnej.

Massone przedstawiać nie trzeba, to najsłynniejszy sektor w Arco, drogi idą w pionach i lekkich przewieszeniach a wyceny wahają się od 5, do 9a, niestety do 6c drogi są bardzo śliskie, ale przynajmniej gęsto obite.

W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia
W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia

Wielowyciągi <3

Tym, z czego słynie dolina Sarca, są długie – wielowyciągowe – drogi sportowe, ze wspomnianą kilkukrotnie – i najsłynniejszą chyba – Parete Zebrata, oferującą drogi od 3 do 15 wyciągów, (90-400+ metrów) i wycenach „od góry do dołu”, w większości obitych dość luźno, więc dobrze wybierać drogi poniżej swojego limesa.

Drugim miejscem wartym odwiedzenia jest Piccolo Dain w Sarche, drogi takie jak Orrizonti Dolomitici czy Moonbears to nowości które już doczekały się miana „klasyków”. Mimo (nie)ciekawego startu trójkowym trawersem nad elektrownią wodną, wspinanie jest wybitne!

Spragnionym górskich wrażeń nie umkną zerwy Monte Brento i Monte Casale. Sięgające 1300 m deniwelacji urwisko to idealny poligon dla wspinaczy wielkościanowych. Drogi rzadko mają mniej niż 20 wyciągów i często wymagają umiejętności zakładania własnej asekuracji.

Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle
Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle

Ten, kto ma dość męczenia się w pionie, może przejść się na spacer na Marocche di Dro. Ten księżycowy krajobraz w cieniu Monte Brento to wielkie osuwisko, które ruszyło około 2000 lat temu. Co ciekawe, na niektórych głazach zostały znalezione odciski stóp dinozaurów, także miejsce jest wybitnie interesujące dla dzieci i… geologów!

To są podobno ślady dinozaurów. No, może...
To są podobno ślady dinozaurów… No, może.

Gdyby upał stał się nieznośny to w miejscowości Ceniga, pamiętającej czasy Imperium Romanum, o czym świadczy most o rzymskich założeniach, nacieszymy się kąpieliskiem, o przyjemnym, kamienistym charakterze. Fani adrenaliny mogą spróbować skoków z poręczy tego mostu. Nie mierzyliśmy ile ma on wysokości ale leci się całkiem długo ;)  Tu możecie zobaczyć ten skok na naszym Instagramie! Uwaga na podwodne skały przy zachodnim brzegu!

W wypadku załamania pogody (coś takiego istnieje we Włoszech?)  albo zmęczenia wspinaniem (coś takiego istnieje w ogóle?) południowy brzeg Gardy usiany jest rzymskimi zabytkami. Zwłaszcza warto odwiedzić muzeum i ruiny świątyni kapitolińskiej w Brescii. Cena jest umiarkowana, ale warta każdego grosza!

IMG_20180819_162843_HDR
Bysiek patrzy na rzymskie gruzy w Brescii, gruzy patrzą na Byśka

Powspinane, pora odpocząć

Jedno (?!) popołudnie warto poświęcić na buszowanie w sklepach, ceny w Arco są rewelacyjne, a o lepszym asortymencie nie można nawet marzyć. Półki uginające się pod ciężarem lin i koszyki z których wysypują się karabinki to lokalny standard. Ciężko nie popaść w szopingowy szał!

Główny deptak Arco oferuje kilka przepysznych pizzerii, łącznie ze słynną wśród wspinaczy Le 3 P, skromną, ale przepyszną. No i tanią!

Pizza fi 50cm
Małgorzata i pizza fi 50cm

Podsumowując – jedźcie do Arco!

Poza wspinaniem jest tam masa szlaków, ferrat, tras rowerowych (od spacerowych po downhill), można poleżeć na plaży czy nawet pływać na „kajcie” – robić czego tylko dusza zapragnie! To chyba jeden z najbardziej urozmaiconych outdoorowych placów zabaw w Europie.

Bibliografia:
Arco Walls, Versante Sud
Arco Rock, Versante Sud
Noclegi: aplikacja Park4Night

Synagoga w Inowłodzu

Przyznam, że zbieram się do tej notki drugi miesiąc. I ciągle nie wiem, co napisać. Że mi smutno? Że nie tak powinno to wyglądać? Że kupiłam chleb i lody?

Przed Państwem sklep spożywczo-monopolowy.

 

Roztocze w weekend+

Schowek01

Weekend plus, to znaczy, że w piątek dało się wyjechać albo w poniedziałek wrócić. Weekend 2+ znaczy, że wyjechaliśmy w czwartek a wrócili w poniedziałek. To jest zwykły weekend+.

Nocowaliśmy przy promie Janowiec-Kazimierz. Przeprawy promowe są doskonałym miejscem noclegowym, bo widok ładny, parking duży, dojazd dobry, a nocą pusto. Zazwyczaj jest napisz, że parking jest przeznaczony wyłącznie dla oczekujących na przeprawę promową, ale przecież oczekujemy na poranny prom. Z Janowca drogami niespecjalnie głównymi pojechaliśmy do Zamościa.

W Zamościu zaśpiewaliśmy. AJS powolił nawet utwór puścić na subwoofer w kamperze.

W Zamościu w centrum miasta jest ogromny, bardzo przyjazny parking, który polecam, jak ktoś potrzebuje noclegu w mieście. My nie potrzebowaliśmy, bo chcieliśmy pojechać jeszcze do Zwierzyńca i Roztoczańskiego Parku Narodowego. I pojechaliśmy.

Roztoczański Park wymaga zwiedzenia dogłębnego, z rowerem. Liznęliśmy go z kampera, zwiedziliśmy siedzibę i połaszczyli na meteoryty w Zagrodzie Guciów. Zagroda okazała się być w mianowniku (ten Guciów) a nie w dopełniaczu (zagroda kogo? czego? tych Guciów), ale była warta. Meteoryt można pomiziać.

Jadąc ze Zwierzyńca do Dąbrowy Górniczek, gdzie dekompletowaliśmy załogę postanowiliśmy jechać wyłącznie Bardzo Bocznymi Drogami i właśnie wtedy odkryliśmy uroki jeżdżenia z nawigacją Maps.me ustawioną na drogi rowerowe. Drogi rowerowe to w większości unijny asfalt. Polecam kliknąć w mapkę i w powiększeniu obejrzeć podstawę trójkąta.

Wracając znaleźliśmy kilka imponujących kościołów (Koprzywnica i Sulisławice), monumentalnego Jana Pawła i tablice ku czci Lecha Kaczyńskiego wyparłam , a na koniec dnia znaleźliśmy miasto, które gdyby nie miało straszliwego pecha, byłoby polskim Carcassonne. Ale miało (Wikipedia wystarczy), więc obecnie nie ma nawet praw miejskich, nadanych przez Jagiełłę na prawie magdeburskim,  i jest gminną wsią otoczoną potężnymi murami. Za murami resztki zamku i ruiny szpitala. I smutek.

Gdzieś mi majaczyły „Filary Ziemi” i było mi przykro. Udało się nam za to nocować z widokiem na wspomniane mury i renesansową synagogę. I skończył się weekend.

Mazowsze rzekami płynące

Nie trzeba mieć tygodnia urlopu, wystarczy bak ropy.
Dwa dni 388 km, kilka rzek.

Klik, żeby zobaczyć mapkę
Klik, żeby zobaczyć mapkę z bliska

20180616_074238
Liwiec w Liwiu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Narew w Rogóźnie

20180617_202138_HDR
Wkra w Pomiechówku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bugonarew przy ujściu do Wisły w Modlinie

I jeszcze chwila refleksji, bo można całe życie mieszkać w Warszawie i nie widzieć jak blisko jest do Treblinki.

Bo są takie miejsca, koło których nie umiem przejechać, w których zostało 800 tysięcy moich sąsiadów, których nie miałam okazji poznać… Nie wypada tych miejsc mijać obojętnie, zwłaszcza, że w weekend byliśmy tylko my i starsze małżeństwo.

To tylko 100 km od Warszawy, koło Małkinii. Bilet do muzeum kosztuje 6 zł, a skromną wystawę otwierają jak ktoś przyjeżdża na parking.
Jedźcie położyć kamyk.

 

Między Rządzą a Wólką Pieczącą

Gdzieś na karku siedzi mi chłodne i nieprzyjemne wrażenie, że śmianie się z nazw miejscowości na Mazowszu jest tak samo eleganckie, jak śmianie się z nazwisk.

Na mapie zobaczyłam, że Rządza nad rzeką Rządzą graniczy z Wólką Pieczącą. Nie mogłam tego tak zostawić. Nie blefowałam, że tam pojadę.

Veni, vidi, risi.

Przybyłem, zobaczyłem, zarżałem powiedziałby Juliusz C. gdyby był mną. Otóż do Rządzy droga jest kręta. W Rządzy znajduje się punkt kopulacyjny. Zawracałam, bo myślałam, że mnie oko zawodzi. A tam gdzie kończy się Rządza zaczyna się Wólka Piecząca.

Serio, nie zmyśliłam tej historii, chociaż zawracałam parę kilometrów, żeby zrobić zdjęcie, bo przecież zabawne historie, się same nie napiszą.

Zapraszamy na Mazowsze.

Ferraty w Rumunii

Lonże do ferrat wzięliśmy na wszelki wypadek, jeśli chcielibyśmy pojechać do Włoch. Część z nas chciała, ale była w mniejszości, więc skończyło się na dwóch rumuńskich ferratach.

Ferraty pokochałam. To takie łatwe, dobrze ubezpieczone wspinanie, piękne widoki. Idzie się szybko, bo nie ma zespołu wspinacz/asekurant, tylko wszyscy idą razem.

Ferrata to taka Orla Perć. Skała, kamienie, klamry, technika sztucznych ułatwień. Zamiast łańcuchów jest stalowa lina do której się wpina asekurację (właśnie wspomnianą lonżę z dwoma karabinkami). Poza nią obowiązkowym wyposażeniem jest kask i uprząż. Twardziele (patrz Bysiek) stalowej liny używają tylko do asekuracji. Emeryci (patrz siwa i AJS) również do wspomagania się, jak poręczą, w trudniejszych miejscach.

Posted by Wyrypy on Thursday, November 2, 2017

Obowiązuje kilka zasad

  • musisz mieć specjalną, dynamiczną lonżę do asekuracji (nie obciążasz jej), kask (czasami coś naprawdę spada na głowę) i uprząż
  • przynajmniej jeden karabinek z lonży musi być zawsze wpięty w stalową linę asekuracyjną
  • na jednym odcinku liny, między kotwami mocującymi może się asekurować tylko jedna osoba

Dobre rady

  • warto mieć ze sobą zakręcany karabinek i taśmę. Wpięcie się w kotwę, czy klamrę, posiedzenie w uprzęży i podziwianie widoków to cenna możliwość
  • warto mieć specjalne rękawiczki, takie jak rowerowe, ale dodatkowo wzmocnione
  • idąc bardzo uważaj na kamienie, które zrzucasz

Skala trudności ferrat jest dość tajemną wiedzą, w Rumunii jest pięciostopniowa

A: nieco trudno
B: dosyć trudno
C: trudno
D: bardzo trudno
E: wyjątkowo trudno

Ale internet donosi o sześciostopniowej 1-6. Tak czy inaczej to nazywając ferrata nie jest drogą wspinaczkową i teoretycznie jest szlakiem turystycznym. Umówmy się, że niekiedy wymagającym sporej sprawności.

Nie przepadam za przepisywaniem internetu, więc tutaj jest więcej informacji.  Między innymi inne skale.

Ponieważ stronę o rumuńskich ośmiu ferratach, wraz z mapką, znaleźliśmy już (tu wstawić dowonie obraźliwe słowo) po powrocie, przypadkiem wjechaliśmy w dwie ferraty.  A szkoda, bo jest ich osiem i mogliśmy zdobyć złota odznakę Pogromcy Rumuńskich Ferrat.

Astragalus w wąwozie Bicaz

Astragalus ma stronę na Fejsie i pięć wariatów do wyboru. Jest płatna.

  • Droga 1, główna, C/D (średnia/trudna), z małym, dobrze zabezpieczonym klamrami fragmentem D — tę wybraliśmy, ale dalibogini, nie wiem gdzie tam był ten fragment D. Wybraliśmy ją, bo była najdłuższa.
  • Droga 4 i 5: A/B (łatwa)
  • Droga 2: C.
  • Droga 3:  C/D, z małym fragmentem D
  • Droga 4 (bardzo łatwa) nie wyprowadza na szczyt, a warto
  • Droga 5 jest dość błotnistym, acz zabezpieczonym stalową liną zejściem ze szczytu.
    Tędy zeszliśmy

Vadu Crisului

Ferrata jest reklamowana jako lokalna atrakcja, a mówiący po angielsku pan w schronisku wyposażył nas w informacje gdzie najlepiej zaparkować, jak dość i dlaczego torami, a na pożegnanie wręczył mapkę.

Ferraty są dwie do wyboru: łatwa i trudna. Oczywiście wzięliśmy tę trudną i faktyczne emocje okazały się nieco większe niż przy zbieraniu porzeczek. Nieoczekiwanie Bysiek łaskawie pochwalił: nawet się trochę powpinałem.

Tu popełniłam kardynalny błąd i pomna błotnego zejścia w Bicazie poszłam w tzw. ciężkich butach. I już wiem po co ludzkość wynalazła buty wspinaczkowe. Następnym stopniem trudności zapewne byłoby zrobienie ferraty latem w rakach. Wiem już na pewno, że na następną ferratę idę w najlżejszych butach, a w plecaku będę miała na wszelki wypadek moje najwygodniejsze buty wspinaczkowe.

Całość — do obejrzenia na Flikrze:

Rumunia -- via ferrata
Ferraty Rumunia

Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  

Sądzę, że od 2014 wiele się tam nie zmieniło.

Sygnalizacja świetlna jest okazją do kontaktów towarzyskich. Kolory sygnalizacji delikatnie sugerują do kogo należy podjechać, żeby pogadać. Im więcej samochodów na skrzyżowaniu tym lepiej. Jeśli bardzo chcesz przejechać, to zatrąb, uśmiechnij się i intensywnie machaj rękami. Machanie rękami jako uniwersalna metoda konwersacji działa. Jak ktoś macha i krzyczy, krzycz głośniej, w dowolnym języku i machaj intensywniej. Przeprosi i Cię przepuści.

Generalnie całe miasto jest odpornym na przepisy ruchu drogowego korkiem. Parkuje się tam, gdzie w danym momencie się zatrzymało.

20140930.101450_IMG15894-001.JPG

Jak droga jest za wąska, żeby przejechać dostawczakiem — jedź i tak, najwyżej się przytrzesz. Jeśli stoją samochody — jedź, najwyżej je przytrzesz i pourywasz lusterka.
(nie miałam na to psychy, ale przede mną jechała ciężarówka robiąca przejazd).

I nie dajcie sobie wmówić, że się nie da.
— Jak tu się przejeżdża!?
— ODWAŻNIE.

I pojechała.

Czytaj dalej „Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  ”

Rumunio, nie rozczaruj mnie

To była pierwsza myśl jaka tłukła mi się w głowie jak jechałam przez Rumunię. Bo była jak z moich wyobrażeń o kraju idealnym i bałam się, że coś lub ktoś mi tę wizję zepsuje.

#spoiler — nie zepsuło

Kamper

Nie rozczarowała, chociaż to zdanie powiedziałam już drugiego dnia, kiedy się zorientowałam, że poza tym, że jestem w bardzo dużych Bieszczadach, to jeszcze znalazłam się w raju. Jechałam po kraju pustym, życzliwym, pełnym placyków i zatoczek. Bez zakazów zatrzymywania się na noc, w zasadzie w ogóle bez zakazów zatrzymywania się w miejscach nie będących przejściem dla pieszych albo chodnikiem. Bo tego pilnują. Jedyny mandat za szybą (nie moją!), jaki widziałam był za częściowe zastawienie chodnika.

Przez trzy tygodnie dwa razy spaliśmy na kempingu, raz w Bułgarii, w Złotych Piaskach (nie zachwyca), a raz skusiły nas ciepłe źródła. Poza ty wszystkie noclegi były na dziko, legalnie, w pięknych miejscach i kompletnie odludne. Czy może być coś lepszego? Nasz mało reprezentacyjny, w porównaniu w niemieckimi emerytami, pojazd też nie budził sensacji, spotkaliśmy sporo takich na lokalnych blachach.

Tu można obejrzeć nasze noclegi:

Noclegi 2017 -- Rumunia//embedr.flickr.com/assets/client-code.js

Kempingów nie testowaliśmy, jedyny na którym się zatrzymaliśmy był w zasadzie parkingiem za płotem. Z luksusów był kran z zimną wodą śmierdzącą zgniłym jajem i bardzo, bardzo zaniedbana toaleta. Serio, nie jestem wybredna. W niejednym kiblu srałam, że tak sentencjonalnie rzucę wulgaryzmem. Ale to było Bardzo Złe. Bogatych kempingów nie testowałam, pewnie jest lepiej. Ale nie ma ciepłych źródeł w promieniu 200 metrów.

Ze zlewaniem ścieków było słabo. Serwisowaliśmy kampera na nieco bardziej luksusowym kempingu w Złotych Piaskach (ciepła woda, pralka, zlewka chemii i brudnej wody). Szarą wodę (tę z kranu, z zanieczyszczeń zawiera niewielkie ilości mydła) laliśmy w rowy melioracyjne. Wodę nabieraliśmy z mniej lub bardziej świętych źródełek, a chemicznej toalety staraliśmy się nie używać.

20170915_143023_DSC_0140.JPG

Drum in lucru

Ten napis za pierwszym razem nawet nas rozśmieszył, ale po kolejnym, …dziesiątym kilometrze jazdy po drodze w budowie raczej irytował. Ale #rumuniawruinie i mają tego efekty. Przeważająca większość dróg to przyzwoity asfalt. Nowy, unijny. Czasem mniej przyzwoity pamiętający Ceaușescu, ale zawieszenie wytrzymało. Nie bylibyśmy sobą, jeśli nie wtarabaniliśmy się na szutr in lukru, ale i szutry zazwyczaj były przyzwoite. A o drodze nr 306, którą poprowadził nas Bysiek z Góglem jeszcze napiszę.

Więcej dróc tutaj (Flickr):
Rumuńskie drogi//embedr.flickr.com/assets/client-code.js

Po tych dobrych drogach jeżdżą spokojni i uśmiechnięci Rumuni. Jeśli się spodziewacie dzikiej hordy rozbijającej się starymi Daciami, to się srodze zawiedziecie. Średnia samochodowa — mniej więcej taka jak w Małopolsce. Trochę gratów,  dużo przeciętniaków, czasem przemknie coś na  bogato. Tylko w Małopolsce już nie spotyka się już na drodze fur. Takich fur, co to ją w Misiu mieli za samolot oddać w ramach ekstradycji. Koń, furman, furmanka, rodzina na pokładzie, pies biegnie za furą. Sielanka. Furmani przed zakrętami zjeżdżają na pobocze i dają znaki oburącz (jechać, jechać szybko, nie jechać) i wymija się ich bez trudu.

Samochody jeżdżą spokojnie, w miarę przestrzegają przepisów, mniej lub bardziej skutecznie lawirują między biegającymi po asfalcie psami i kotami i raczej skutecznie między kozami, owcami, krowami i końmi. Przejechanego konia nie widziałam.
Na suwak jeździć umieją, znaków drogowych przestrzegają. No, zazwyczaj. Najczęstszym znakiem na krętej rumuńskiej drodze jest zakaz wyprzedzania. Dla własnego dobra lepiej go przestrzegać, bo nie ustawiają ich na wyrost. Z liniami ciągłymi już nie jest to tak oczywiste. I przestrzegają nieco mniej.

Nie testowałam, ale mandaty za wymuszenie pierwszeństwa na pieszym na pasach muszą być srogie, bo szacunek, jakim się piesi cieszą jest godny pozazdroszczenia. Jeździłam w wielu krajach i Rumunia jeśli chodzi o bezpieczeństwo pieszego mieści się w pierwszej piątce. Tak, też byłam zaskoczona. I było mi wstyd.

Ludzie

Spodziewałam się kraju pomiędzy Albanią a Chorwacją, a dostałam coś pomiędzy Słowacją a Włochami. Z ludnością pomiędzy Węgrami a Norwegami. Gdyby nie śladowa znajomość słówek łacińskich z liceum (dziękuję profesor Tomasz Piotrowicz) pozostawało nam dogadywanie się na migi. Na pierwszy rzut ucha to grupa językowa ugroromańska. Na początku nie rozumiesz nic, a potem zaczynasz cytować Owidiusza. Sprawdza się dodawanie do każdego słowa końcówki -ul (bulevardul, sanatoriul, centrul, teritoriul). W sumie łatwe. Mówiąca tą zdumiewającą mieszanką ludność jest życzliwa i pozbawiona ekspresji południowców. W dużym skrócie — nic od ciebie nie chcą. Pokochałam ich od pierwszego wejścia do sklepu, Uwielbiam, kiedy nikt mnie nie zagaduje, nie zaczepia, nie namawia.  Zapytani odpowiadają wyczerpująco, uśmiechają się, ale poziom turystycznego marketingu bezpośredniego mają nordycki. Chcesz to kupujesz, chcesz to zwiedzasz, chcesz to gadasz. Nie chcesz — to fajnie, obejrzyj sobie zamek i głowy nie zawracaj.

Kraj mikropłatności

Rumuńska leja przelicza się na złotówki praktycznie 1:1. To znacznie ułatwia. Benzyna kosztuje mniej więcej tyle co w Polsce, jedzenie też. Droższy jest nabiał, co nasz zabolało, tańsze owoce i warzywa. Te ostatnie zresztą kupuje się przy drogach za symboliczne pieniądze. Dwie reklamówki winogron, cukinii, papryk i pomidorów potrafią kosztować 10 zł.

Byliśmy zachwyceni małymi sklepikami na każdym rogu i paśnikiem przy drodze. Na widok warzyw i owoców sprzedawanych we wsiach dostaliśmy ślinotoku i oczopląsu. Byliśmy w raju dla wegetarian i innych roślinożerów. Raz kupiliśmy winogrona, które w całości musiał zjeść AJS, bo dla mnie i Byśka okazały się za słodkie, więc niejadalne. Za to rumuńskie pomidory śnią mi się do dzisiaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sporo rzeczy jest płatnych (zwiedzanie, fotografowanie w zabytku, parking), ale są to właśnie mikropłatności. Bilet do zamku 7 zł, fotografowanie 5 zł. Parking 2 zł. Płacenie kartą w większości miejsc. Na wszystkich stacjach benzynowych i marketach. W większości sklepów. W niszowych zameczkach niekoniecznie. No i oczywiście nie w warzywnym paśniku przy drodze.

Turystyka

Turystycznie w Rumunii można się zakochać. Nie ważne co lubisz: zabytki rzymskie, secesję, socrealizm, muzea, zamki, galerie, puste morze z naturystami, góry typu Bieszczady, góry typu Tatry, pola, lasy, zapory, kopalnie soli, gorące źródła. Może masz ochotę wjechać kamperem w Dolinę Kościeliską? Albo na Ornak? A może chcesz na pamiątkę czaszkę muflona albo ciepłe skarpety?

Zaniedbaliśmy miasta. Pobieżnie obejrzana Konstanca się nie liczy. Zaniedbaliśmy liczne abandony i imponujące ceaușescalia. Za krótko byliśmy na północy Rumunii, przy granicy z Mołdawią. W zasadzie wszędzie byliśmy za krótko i widzieliśmy za mało, bo ilość miejsc zasługujących na uwagę nas przytłoczyła. Naprawdę nie wiem jakim cudem jest tam tak mało ludzi, bo to taka tania Norwegia z krótszą linią brzegową i bez wody w fiordach.

Wszędzie można wynająć pokoje (canzare, rooms, zimmer frei) — cen nie sprawdzałam, a gógla macie.

Serpentyny

Oczywiście przejechaliśmy obie. Transfogaraską i Transalpinę. Po to w końcu tam jechałam, wbrew sceptycznym pytaniom „ale, że kamperem? Transfogaraską?”. Więc nawet starym kamperem Transfogaraska jest łatwa. Piękna, równa, szeroka i łatwa. Przejedziecie tam wszystkim. Widziałam wiele parszywych dróg i morderczych serpentyn — tu jest luksus, komfort i zatoczka przy co drugiej serpentynie. Transfogaraska jest wisienką na torcie i nie ma na niej żadnych trudności i serio, nie strugam tu kozaka. Nieco trudniejsza jest Transalpina, bo starsza i niekoniecznie budowana pod czołgi. Tu już kawałkami zakręty brałam na jedynce, ale też jest pokonywalna dla przeciętnie uzdolnionego kierowcy.

Bezpieczeństwo

Miłość jest ślepa, a ja pokochałam Rumunię od pierwszego dotknięcia koła, ale w żadnym kraju nie czułam się tak bezpiecznie. Zły PR zrobili Rumunii imigranci w latach ’90, którzy na kilka lat opanowali nasze miasta i właśnie nimi straszono mnie przed wyjazdem. Dobrze, że z natury nie jestem przesadnie płochliwa. Romskie wioski są wyjątkowo dekoracyjne i wyglądają, jak żywcem wyrwane z Bollywood.

W górach są obozowiska, których nie nazwałabym taborem — niezłe samochody, kilka przyczep, w lepszym stanie niż nasz kamper i suszarnie grzybów, gdzie Romowie znoszą na plecach wielkie kosze na bieliznę wypełnione grzybami wielkości patelni. A ja nie widziałam ani jednego grzyba, a serio, umiem je zbierać.

Nie bałam się nigdzie, a największą przykrością, która mnie w Rumunii spotkała był katar przez który spędziłam dwa dni z gorączką nad Morzem Czarnym, wdychając czarny jod.

Pomyśleć, że tyle ofiarował mi kraj, który był dla mnie początkowo tylko kompromisem między odległością, kosztami i pofałdowaniem.

Noc Herkulesa

Poranek na ponad 2100 w puchowym śpiworze był gorący. Kamper stał w chmurach w jednym z najwyższych miejsc drogi Transalpina. Załoga spała z nadzieją na lepsze widoki. Pierwszej jesiennej nocy spadł mokry śnieg. Mgła nie opadła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaśpiewałem domownikom na obudzenie:

I’m dreaming of a white Christmas
Just like the ones I used to know
Where the treetops glisten and children listen
To hear sleigh bells in the snow

Potem kawa, śniadanie i w drogę. Pod podstawą chmur, na 1800 mnpm, widoki były już piękne, a dzień słoneczny. Naszym celem miał być kurort Băile Herculane i okolice, obfitujące w skalne wspinaczkowe ściany i ciepłe wody. Droga była piękna i górzysta.

Z każdym metrem w dół wracało lato. Skalne ściany rzeki Cerna (Czerna) stawały się coraz bardziej imponujące a klimat śródziemnomorski. Wjazd do Băile przeraził mnie ilością ludzi i samochodów. Spodziewałem się jednak, zatłoczonego kurortu od jakich uciekam, jak od Zakopanego. Dalej był jednak senny Ciechocinek po sezonie i czasach świetności, pełen cudownych abandonów, prawie pustych ulic, za to otoczony śliczną przyrodą. Na sławnych rzymskich łaźniach stały hotele – wieżowce, betonowe molochy. Spadek po Nicolae Ceauşescu – wszystko zgrzebne jak rumuński szałas lub odarte ze splendoru niczym burżuj w pierdlu u komucha.

Nas ciekawiły źródła termalne otoczone legendą Herkulesa. Rzymianie byli mistrzami sztuki sanum per aquam zwanego dziś jako SPA. Jeśli oni uznali to miejsce za najbardziej wyjątkowe w Imperium Romanum, to coś musiało być na rzeczy. Bysiek – student geologii wyraził opinię, że SPA to zabobon, a balneologia to podobnie niegodny dział medycyny jak homeopatia. Mógł mieć rację.

Łaźnie i źródła w centrum okazały się abandonem, w którym po wodach pozostał tylko smród zgniłych jaj i ropy naftowej. Hoteli SPA się brzydzimy. Wszystkie wskazówki kierowały nas do jedynego zatłoczonego miejsca, które minęliśmy po drodze, tam gdzie na zakazie parkowania stało mnóstwo samochodów, niektóre z przyczepami kempingowymi. Wybraliśmy pobliski kemping nad rzeką. Anna-Maria marzyła już bardzo o ciepłym prysznicu.

20170923_162405_DSC_0062_1

Ciepłej wody niestety tam nie było. Dwie kabiny prysznicowe były zamknięte, za to w jedynej otwartej była kupa – może nawet jeszcze ciepła. Poszliśmy więc do lokalnej pizzerii, po pizzę dla nadąsanego Jakuba, rozżalonego siermiężną Rumunią. Były niestety tylko grube frytki z ziemniaków przekrojonych w ćwiartki.

Miejsca kąpieli w ciepłych źródłach, pięknie położone pośród skał-ogrodów nad rzeką Cerna, będącą jeszcze tutaj wartkim górskim strumieniem, swoją obskurnością kontrastowały z pięknem okolicznej przyrody. W betonowej wannie pomalowanej na niebiesko moczył się za darmo tłumek Rumunów różnej płci i wieku. Obok stały tylko prymitywnie sklecone budy profesjonalnych masażystów. Tak przynajmniej obiecywały liczne plakaty.

20170923_162617_DSC_0065_1
Drugie miejsce naturalnego wypływu ciepłych wód było jeszcze ciekawsze, acz mniej zatłoczone. Pod drogą i grubą rurą wodociągową, w betonowej skarpie była kawerna i maleńki basenik, głęboki na 1,5 metra, z czystego betonu, przyklejony do naturalnej skały, z której tryskała gorąca woda. Tam ludzi było już mniej. Infrastruktura w pełni amatorska. Dechy i konary zawieszone na betonowych ścianach z nabitymi gwoździami stanowiły wieszaki na odzież. Była nawet dziurawa kabina przebieralni sklecona z przypadkowych szmat i prętów, oraz były dyżurne butelki PET. Służyły one do nabierania wody bezpośrednio ze źródła, aby po wyjściu z wanny społecznej obmyć się, czystą biologicznie wodą.

Wahałem się. Moja fobia społeczna, granicząca z autyzmem, wymagała herkulesowej pracy nad sobą, by skorzystać z dobrodziejstwa tych miejsc. Ciekawość, aby po raz pierwszy w życiu zażyć tak egzotycznego spa dała mi jednak odwagę Heraklesa.
Wybrałem wannę nr 2 w stylu industrialnym, gdyż opodal były też nad strumieniem gorące źródła w naturalnej, skalnej obudowie wielkości wiadra, w których Anna-Maria mogła bez obrzydzenia wymoczyć nogi, gdyż nie dała rady zażyć zażyłości kąpieli, wymagających kontaktów towarzyskich.  I teraz żałuje.

Łachy powiesiłem na gwóźdź i wskoczyłem po drabince zbitej z dech licowych jakiegoś abandonu, oderwanych chyba od zabytkowej stolarki okiennej. W betonowej dziurze moczyło się już czterech facetów. Młody brunet o posturze Herkulesa, dwóch siwych, nobliwych panów i jeden łysy staruszek. Pod betonową, popękaną płytą podpartą stemplem ukrywa się wstydliwie jeszcze para trzydziestolatków.

Na szczęście nikt ze mną nie próbuje nawiązywać rozmowy. Nauczyłem się już to cenić u Rumunów. Są pełni życzliwości i uprzejmości, lecz także taktu i dystansu wobec obcych. Jako kierowcy wykazują się znacznie większą kulturą od naszych rodaków. Sytuacje mogące doprowadzić do konfliktu rozpoczynają uśmiechem. Prawie nie trąbią.

Wytatuowany przystojniak, którego panie z wielkiego miasta szarpały by jak Reksio szynkę, był duszą towarzystwa, mistrzem permanentnej elokwencji. Na betonowym rancie ciepłej nyży stały już jego trzy puste butelki piwa, jedna jeszcze pełna i pusta paczka szlugów. Właśnie otwierał nową paczkę Dunhillów.

Po rumuńsku rozumiem tylko ulubione zdanie Siwej: „Dupa masa cinci lei pierdata”, zatem nawet nie próbowałem zrozumieć dyskusji. Oddałem się więc ciepłej wodzie o idealnej temperaturze. Tymczasem mózg zaczął sam składać sens obcych słów. Panowie żywo rozmawiali o polityce i historii. Dowiedziałem się, że Polacy mieli znacznie lepiej niż oni za Ceauşescu. Również, że obecnie faszysta Putin faktycznie rządzi w Polsce i na Węgrzech i to samo chce zrobić z Rumunią. Dyskusję przerwała nowa osoba. Starsza pani dołączyła do towarzystwa wypierając sporo wody. Zabulgotało, przeklęty Archimedes. Młodzi w ciemnym kącie prawie nic nie mówili. Tylko pani ruda poprosiła nobliwego pana z siwym wąsem, aby zrobił jej miejsce pod rurą i już tam została.

Przystojniak natychmiast zagadnął nowo przybyła starszą panią. Rozmowa potoczyła się na tematy medyczno-balneologiczne. Pani zachwalała wspaniałość tego źródła, a przystojniak tłumaczył, że pije piwo bo to i ciepło cudownych wód najlepiej go oczyszcza w tym miejscu. Gdy padło słowo: „dupa masa” zacząłem próbować świadomie dekodować rumuńskie słowa. Niestety, tylko przestałem cokolwiek rozumieć, tracąc podświadome zrozumienie całości. Rzekłbym tedy po Rumuńsku: Dupa pierdut.

W międzyczasie Siwa nogi wymoczyła, zachwycona, że jej nie było zimno, mimo wieczornego chłodu. Opowiedziałem jej jak fantastycznie jest poczuć prawdziwy klimat rzymskich łaźni, słuchając języka brzmiącego prawie jak rzymska Vulgata.

Przystojniak usiłował nas zrozumieć, lecz zapewne nawet po Polsku by nie zrozumiał naszego bełkotu. Najwyraźniej znał język Serbów, a może i trochę nasz. Istnieje prawdopodobieństwo, że swoją erudycję, tężyznę fizyczną oraz zamiłowanie do publicznych łaźni zawdzięczał uniwersytetowi ludowemu zwanemu pierdlem. Na pożegnanie rzekł mi: „Idź bracie”. Odpowiedziałem z uśmiechem i życzliwością – żegnaj bracie.

Post factum, skóra mówiła mi: Jestem zdrowa i czysta. Postanowiłem rankiem powtórzyć kąpiel. Obliczyłem, że wanna wymienia wodę w około 3 godziny. W nocy kąpałem się sam, podziwiając gwiazdy w prestiżowym miejscu pod samą rurą. Przystojniak zabrał już swoje puste butelki. Zostawił tylko pustą paczkę Dunhillów. Najwyraźniej i on dbał o czystość tego miejsca, nawet będąc w stanie upojenia. Wymoczyłem się za wszystkie czasy w idealnej temperaturze. Przez wiele dni skóra była aksamitna, pachnąca zdrowiem.

Następnego dnia była wspinaczka. Nie odpadłem ani razu, czując moc Herkulesa. Uwierzyłem też w spa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rumunia to wspaniały kraj, gdzie można się za darmo wykąpać w wodzie za milion dolarów w miłym towarzystwie prawdziwych ludzi. Resztą kraju też byłem szczerze zachwycony. Tą ludyczną zgrzebnością, której na zachodzie Europy już nie uświadczysz.