Ferraty w Rumunii

Lonże do ferrat wzięliśmy na wszelki wypadek, jeśli chcielibyśmy pojechać do Włoch. Część z nas chciała, ale była w mniejszości, więc skończyło się na dwóch rumuńskich ferratach.

Ferraty pokochałam. To takie łatwe, dobrze ubezpieczone wspinanie, piękne widoki. Idzie się szybko, bo nie ma zespołu wspinacz/asekurant, tylko wszyscy idą razem.

Ferrata to taka Orla Perć. Skała, kamienie, klamry, technika sztucznych ułatwień. Zamiast łańcuchów jest stalowa lina do której się wpina asekurację (właśnie wspomnianą lonżę z dwoma karabinkami). Poza nią obowiązkowym wyposażeniem jest kask i uprząż. Twardziele (patrz Bysiek) stalowej liny używają tylko do asekuracji. Emeryci (patrz siwa i AJS) również do wspomagania się, jak poręczą, w trudniejszych miejscach.

Posted by Wyrypy on Thursday, November 2, 2017

Obowiązuje kilka zasad

  • musisz mieć specjalną, dynamiczną lonżę do asekuracji (nie obciążasz jej), kask (czasami coś naprawdę spada na głowę) i uprząż
  • przynajmniej jeden karabinek z lonży musi być zawsze wpięty w stalową linę asekuracyjną
  • na jednym odcinku liny, między kotwami mocującymi może się asekurować tylko jedna osoba

Dobre rady

  • warto mieć ze sobą zakręcany karabinek i taśmę. Wpięcie się w kotwę, czy klamrę, posiedzenie w uprzęży i podziwianie widoków to cenna możliwość
  • warto mieć specjalne rękawiczki, takie jak rowerowe, ale dodatkowo wzmocnione
  • idąc bardzo uważaj na kamienie, które zrzucasz

Skala trudności ferrat jest dość tajemną wiedzą, w Rumunii jest pięciostopniowa

A: nieco trudno
B: dosyć trudno
C: trudno
D: bardzo trudno
E: wyjątkowo trudno

Ale internet donosi o sześciostopniowej 1-6. Tak czy inaczej to nazywając ferrata nie jest drogą wspinaczkową i teoretycznie jest szlakiem turystycznym. Umówmy się, że niekiedy wymagającym sporej sprawności.

Nie przepadam za przepisywaniem internetu, więc tutaj jest więcej informacji.  Między innymi inne skale.

Ponieważ stronę o rumuńskich ośmiu ferratach, wraz z mapką, znaleźliśmy już (tu wstawić dowonie obraźliwe słowo) po powrocie, przypadkiem wjechaliśmy w dwie ferraty.  A szkoda, bo jest ich osiem i mogliśmy zdobyć złota odznakę Pogromcy Rumuńskich Ferrat.

Astragalus w wąwozie Bicaz

Astragalus ma stronę na Fejsie i pięć wariatów do wyboru. Jest płatna.

  • Droga 1, główna, C/D (średnia/trudna), z małym, dobrze zabezpieczonym klamrami fragmentem D — tę wybraliśmy, ale dalibogini, nie wiem gdzie tam był ten fragment D. Wybraliśmy ją, bo była najdłuższa.
  • Droga 4 i 5: A/B (łatwa)
  • Droga 2: C.
  • Droga 3:  C/D, z małym fragmentem D
  • Droga 4 (bardzo łatwa) nie wyprowadza na szczyt, a warto
  • Droga 5 jest dość błotnistym, acz zabezpieczonym stalową liną zejściem ze szczytu.
    Tędy zeszliśmy

Vadu Crisului

Ferrata jest reklamowana jako lokalna atrakcja, a mówiący po angielsku pan w schronisku wyposażył nas w informacje gdzie najlepiej zaparkować, jak dość i dlaczego torami, a na pożegnanie wręczył mapkę.

Ferraty są dwie do wyboru: łatwa i trudna. Oczywiście wzięliśmy tę trudną i faktyczne emocje okazały się nieco większe niż przy zbieraniu porzeczek. Nieoczekiwanie Bysiek łaskawie pochwalił: nawet się trochę powpinałem.

Tu popełniłam kardynalny błąd i pomna błotnego zejścia w Bicazie poszłam w tzw. ciężkich butach. I już wiem po co ludzkość wynalazła buty wspinaczkowe. Następnym stopniem trudności zapewne byłoby zrobienie ferraty latem w rakach. Wiem już na pewno, że na następną ferratę idę w najlżejszych butach, a w plecaku będę miała na wszelki wypadek moje najwygodniejsze buty wspinaczkowe.

Całość — do obejrzenia na Flikrze:

Rumunia -- via ferrata
Ferraty Rumunia

Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  

Sądzę, że od 2014 wiele się tam nie zmieniło.

Sygnalizacja świetlna jest okazją do kontaktów towarzyskich. Kolory sygnalizacji delikatnie sugerują do kogo należy podjechać, żeby pogadać. Im więcej samochodów na skrzyżowaniu tym lepiej. Jeśli bardzo chcesz przejechać, to zatrąb, uśmiechnij się i intensywnie machaj rękami. Machanie rękami jako uniwersalna metoda konwersacji działa. Jak ktoś macha i krzyczy, krzycz głośniej, w dowolnym języku i machaj intensywniej. Przeprosi i Cię przepuści.

Generalnie całe miasto jest odpornym na przepisy ruchu drogowego korkiem. Parkuje się tam, gdzie w danym momencie się zatrzymało.

20140930.101450_IMG15894-001.JPG

Jak droga jest za wąska, żeby przejechać dostawczakiem — jedź i tak, najwyżej się przytrzesz. Jeśli stoją samochody — jedź, najwyżej je przytrzesz i pourywasz lusterka.
(nie miałam na to psychy, ale przede mną jechała ciężarówka robiąca przejazd).

I nie dajcie sobie wmówić, że się nie da.
— Jak tu się przejeżdża!?
— ODWAŻNIE.

I pojechała.

Czytaj dalej „Przejechać przez Neapol i nie umrzeć  ”

Rumunio, nie rozczaruj mnie

To była pierwsza myśl jaka tłukła mi się w głowie jak jechałam przez Rumunię. Bo była jak z moich wyobrażeń o kraju idealnym i bałam się, że coś lub ktoś mi tę wizję zepsuje.

#spoiler — nie zepsuło

Kamper

Nie rozczarowała, chociaż to zdanie powiedziałam już drugiego dnia, kiedy się zorientowałam, że poza tym, że jestem w bardzo dużych Bieszczadach, to jeszcze znalazłam się w raju. Jechałam po kraju pustym, życzliwym, pełnym placyków i zatoczek. Bez zakazów zatrzymywania się na noc, w zasadzie w ogóle bez zakazów zatrzymywania się w miejscach nie będących przejściem dla pieszych albo chodnikiem. Bo tego pilnują. Jedyny mandat za szybą (nie moją!), jaki widziałam był za częściowe zastawienie chodnika.

Przez trzy tygodnie dwa razy spaliśmy na kempingu, raz w Bułgarii, w Złotych Piaskach (nie zachwyca), a raz skusiły nas ciepłe źródła. Poza ty wszystkie noclegi były na dziko, legalnie, w pięknych miejscach i kompletnie odludne. Czy może być coś lepszego? Nasz mało reprezentacyjny, w porównaniu w niemieckimi emerytami, pojazd też nie budził sensacji, spotkaliśmy sporo takich na lokalnych blachach.

Tu można obejrzeć nasze noclegi:

Noclegi 2017 -- Rumunia//embedr.flickr.com/assets/client-code.js

Kempingów nie testowaliśmy, jedyny na którym się zatrzymaliśmy był w zasadzie parkingiem za płotem. Z luksusów był kran z zimną wodą śmierdzącą zgniłym jajem i bardzo, bardzo zaniedbana toaleta. Serio, nie jestem wybredna. W niejednym kiblu srałam, że tak sentencjonalnie rzucę wulgaryzmem. Ale to było Bardzo Złe. Bogatych kempingów nie testowałam, pewnie jest lepiej. Ale nie ma ciepłych źródeł w promieniu 200 metrów.

Ze zlewaniem ścieków było słabo. Serwisowaliśmy kampera na nieco bardziej luksusowym kempingu w Złotych Piaskach (ciepła woda, pralka, zlewka chemii i brudnej wody). Szarą wodę (tę z kranu, z zanieczyszczeń zawiera niewielkie ilości mydła) laliśmy w rowy melioracyjne. Wodę nabieraliśmy z mniej lub bardziej świętych źródełek, a chemicznej toalety staraliśmy się nie używać.

20170915_143023_DSC_0140.JPG

Drum in lucru

Ten napis za pierwszym razem nawet nas rozśmieszył, ale po kolejnym, …dziesiątym kilometrze jazdy po drodze w budowie raczej irytował. Ale #rumuniawruinie i mają tego efekty. Przeważająca większość dróg to przyzwoity asfalt. Nowy, unijny. Czasem mniej przyzwoity pamiętający Ceaușescu, ale zawieszenie wytrzymało. Nie bylibyśmy sobą, jeśli nie wtarabaniliśmy się na szutr in lukru, ale i szutry zazwyczaj były przyzwoite. A o drodze nr 306, którą poprowadził nas Bysiek z Góglem jeszcze napiszę.

Więcej dróc tutaj (Flickr):
Rumuńskie drogi//embedr.flickr.com/assets/client-code.js

Po tych dobrych drogach jeżdżą spokojni i uśmiechnięci Rumuni. Jeśli się spodziewacie dzikiej hordy rozbijającej się starymi Daciami, to się srodze zawiedziecie. Średnia samochodowa — mniej więcej taka jak w Małopolsce. Trochę gratów,  dużo przeciętniaków, czasem przemknie coś na  bogato. Tylko w Małopolsce już nie spotyka się już na drodze fur. Takich fur, co to ją w Misiu mieli za samolot oddać w ramach ekstradycji. Koń, furman, furmanka, rodzina na pokładzie, pies biegnie za furą. Sielanka. Furmani przed zakrętami zjeżdżają na pobocze i dają znaki oburącz (jechać, jechać szybko, nie jechać) i wymija się ich bez trudu.

Samochody jeżdżą spokojnie, w miarę przestrzegają przepisów, mniej lub bardziej skutecznie lawirują między biegającymi po asfalcie psami i kotami i raczej skutecznie między kozami, owcami, krowami i końmi. Przejechanego konia nie widziałam.
Na suwak jeździć umieją, znaków drogowych przestrzegają. No, zazwyczaj. Najczęstszym znakiem na krętej rumuńskiej drodze jest zakaz wyprzedzania. Dla własnego dobra lepiej go przestrzegać, bo nie ustawiają ich na wyrost. Z liniami ciągłymi już nie jest to tak oczywiste. I przestrzegają nieco mniej.

Nie testowałam, ale mandaty za wymuszenie pierwszeństwa na pieszym na pasach muszą być srogie, bo szacunek, jakim się piesi cieszą jest godny pozazdroszczenia. Jeździłam w wielu krajach i Rumunia jeśli chodzi o bezpieczeństwo pieszego mieści się w pierwszej piątce. Tak, też byłam zaskoczona. I było mi wstyd.

Ludzie

Spodziewałam się kraju pomiędzy Albanią a Chorwacją, a dostałam coś pomiędzy Słowacją a Włochami. Z ludnością pomiędzy Węgrami a Norwegami. Gdyby nie śladowa znajomość słówek łacińskich z liceum (dziękuję profesor Tomasz Piotrowicz) pozostawało nam dogadywanie się na migi. Na pierwszy rzut ucha to grupa językowa ugroromańska. Na początku nie rozumiesz nic, a potem zaczynasz cytować Owidiusza. Sprawdza się dodawanie do każdego słowa końcówki -ul (bulevardul, sanatoriul, centrul, teritoriul). W sumie łatwe. Mówiąca tą zdumiewającą mieszanką ludność jest życzliwa i pozbawiona ekspresji południowców. W dużym skrócie — nic od ciebie nie chcą. Pokochałam ich od pierwszego wejścia do sklepu, Uwielbiam, kiedy nikt mnie nie zagaduje, nie zaczepia, nie namawia.  Zapytani odpowiadają wyczerpująco, uśmiechają się, ale poziom turystycznego marketingu bezpośredniego mają nordycki. Chcesz to kupujesz, chcesz to zwiedzasz, chcesz to gadasz. Nie chcesz — to fajnie, obejrzyj sobie zamek i głowy nie zawracaj.

Kraj mikropłatności

Rumuńska leja przelicza się na złotówki praktycznie 1:1. To znacznie ułatwia. Benzyna kosztuje mniej więcej tyle co w Polsce, jedzenie też. Droższy jest nabiał, co nasz zabolało, tańsze owoce i warzywa. Te ostatnie zresztą kupuje się przy drogach za symboliczne pieniądze. Dwie reklamówki winogron, cukinii, papryk i pomidorów potrafią kosztować 10 zł.

Byliśmy zachwyceni małymi sklepikami na każdym rogu i paśnikiem przy drodze. Na widok warzyw i owoców sprzedawanych we wsiach dostaliśmy ślinotoku i oczopląsu. Byliśmy w raju dla wegetarian i innych roślinożerów. Raz kupiliśmy winogrona, które w całości musiał zjeść AJS, bo dla mnie i Byśka okazały się za słodkie, więc niejadalne. Za to rumuńskie pomidory śnią mi się do dzisiaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sporo rzeczy jest płatnych (zwiedzanie, fotografowanie w zabytku, parking), ale są to właśnie mikropłatności. Bilet do zamku 7 zł, fotografowanie 5 zł. Parking 2 zł. Płacenie kartą w większości miejsc. Na wszystkich stacjach benzynowych i marketach. W większości sklepów. W niszowych zameczkach niekoniecznie. No i oczywiście nie w warzywnym paśniku przy drodze.

Turystyka

Turystycznie w Rumunii można się zakochać. Nie ważne co lubisz: zabytki rzymskie, secesję, socrealizm, muzea, zamki, galerie, puste morze z naturystami, góry typu Bieszczady, góry typu Tatry, pola, lasy, zapory, kopalnie soli, gorące źródła. Może masz ochotę wjechać kamperem w Dolinę Kościeliską? Albo na Ornak? A może chcesz na pamiątkę czaszkę muflona albo ciepłe skarpety?

Zaniedbaliśmy miasta. Pobieżnie obejrzana Konstanca się nie liczy. Zaniedbaliśmy liczne abandony i imponujące ceaușescalia. Za krótko byliśmy na północy Rumunii, przy granicy z Mołdawią. W zasadzie wszędzie byliśmy za krótko i widzieliśmy za mało, bo ilość miejsc zasługujących na uwagę nas przytłoczyła. Naprawdę nie wiem jakim cudem jest tam tak mało ludzi, bo to taka tania Norwegia z krótszą linią brzegową i bez wody w fiordach.

Wszędzie można wynająć pokoje (canzare, rooms, zimmer frei) — cen nie sprawdzałam, a gógla macie.

Serpentyny

Oczywiście przejechaliśmy obie. Transfogaraską i Transalpinę. Po to w końcu tam jechałam, wbrew sceptycznym pytaniom „ale, że kamperem? Transfogaraską?”. Więc nawet starym kamperem Transfogaraska jest łatwa. Piękna, równa, szeroka i łatwa. Przejedziecie tam wszystkim. Widziałam wiele parszywych dróg i morderczych serpentyn — tu jest luksus, komfort i zatoczka przy co drugiej serpentynie. Transfogaraska jest wisienką na torcie i nie ma na niej żadnych trudności i serio, nie strugam tu kozaka. Nieco trudniejsza jest Transalpina, bo starsza i niekoniecznie budowana pod czołgi. Tu już kawałkami zakręty brałam na jedynce, ale też jest pokonywalna dla przeciętnie uzdolnionego kierowcy.

Bezpieczeństwo

Miłość jest ślepa, a ja pokochałam Rumunię od pierwszego dotknięcia koła, ale w żadnym kraju nie czułam się tak bezpiecznie. Zły PR zrobili Rumunii imigranci w latach ’90, którzy na kilka lat opanowali nasze miasta i właśnie nimi straszono mnie przed wyjazdem. Dobrze, że z natury nie jestem przesadnie płochliwa. Romskie wioski są wyjątkowo dekoracyjne i wyglądają, jak żywcem wyrwane z Bollywood.

W górach są obozowiska, których nie nazwałabym taborem — niezłe samochody, kilka przyczep, w lepszym stanie niż nasz kamper i suszarnie grzybów, gdzie Romowie znoszą na plecach wielkie kosze na bieliznę wypełnione grzybami wielkości patelni. A ja nie widziałam ani jednego grzyba, a serio, umiem je zbierać.

Nie bałam się nigdzie, a największą przykrością, która mnie w Rumunii spotkała był katar przez który spędziłam dwa dni z gorączką nad Morzem Czarnym, wdychając czarny jod.

Pomyśleć, że tyle ofiarował mi kraj, który był dla mnie początkowo tylko kompromisem między odległością, kosztami i pofałdowaniem.

Noc Herkulesa

Poranek na ponad 2100 w puchowym śpiworze był gorący. Kamper stał w chmurach w jednym z najwyższych miejsc drogi Transalpina. Załoga spała z nadzieją na lepsze widoki. Pierwszej jesiennej nocy spadł mokry śnieg. Mgła nie opadła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaśpiewałem domownikom na obudzenie:

I’m dreaming of a white Christmas
Just like the ones I used to know
Where the treetops glisten and children listen
To hear sleigh bells in the snow

Potem kawa, śniadanie i w drogę. Pod podstawą chmur, na 1800 mnpm, widoki były już piękne, a dzień słoneczny. Naszym celem miał być kurort Băile Herculane i okolice, obfitujące w skalne wspinaczkowe ściany i ciepłe wody. Droga była piękna i górzysta.

Z każdym metrem w dół wracało lato. Skalne ściany rzeki Cerna (Czerna) stawały się coraz bardziej imponujące a klimat śródziemnomorski. Wjazd do Băile przeraził mnie ilością ludzi i samochodów. Spodziewałem się jednak, zatłoczonego kurortu od jakich uciekam, jak od Zakopanego. Dalej był jednak senny Ciechocinek po sezonie i czasach świetności, pełen cudownych abandonów, prawie pustych ulic, za to otoczony śliczną przyrodą. Na sławnych rzymskich łaźniach stały hotele – wieżowce, betonowe molochy. Spadek po Nicolae Ceauşescu – wszystko zgrzebne jak rumuński szałas lub odarte ze splendoru niczym burżuj w pierdlu u komucha.

Nas ciekawiły źródła termalne otoczone legendą Herkulesa. Rzymianie byli mistrzami sztuki sanum per aquam zwanego dziś jako SPA. Jeśli oni uznali to miejsce za najbardziej wyjątkowe w Imperium Romanum, to coś musiało być na rzeczy. Bysiek – student geologii wyraził opinię, że SPA to zabobon, a balneologia to podobnie niegodny dział medycyny jak homeopatia. Mógł mieć rację.

Łaźnie i źródła w centrum okazały się abandonem, w którym po wodach pozostał tylko smród zgniłych jaj i ropy naftowej. Hoteli SPA się brzydzimy. Wszystkie wskazówki kierowały nas do jedynego zatłoczonego miejsca, które minęliśmy po drodze, tam gdzie na zakazie parkowania stało mnóstwo samochodów, niektóre z przyczepami kempingowymi. Wybraliśmy pobliski kemping nad rzeką. Anna-Maria marzyła już bardzo o ciepłym prysznicu.

20170923_162405_DSC_0062_1

Ciepłej wody niestety tam nie było. Dwie kabiny prysznicowe były zamknięte, za to w jedynej otwartej była kupa – może nawet jeszcze ciepła. Poszliśmy więc do lokalnej pizzerii, po pizzę dla nadąsanego Jakuba, rozżalonego siermiężną Rumunią. Były niestety tylko grube frytki z ziemniaków przekrojonych w ćwiartki.

Miejsca kąpieli w ciepłych źródłach, pięknie położone pośród skał-ogrodów nad rzeką Cerna, będącą jeszcze tutaj wartkim górskim strumieniem, swoją obskurnością kontrastowały z pięknem okolicznej przyrody. W betonowej wannie pomalowanej na niebiesko moczył się za darmo tłumek Rumunów różnej płci i wieku. Obok stały tylko prymitywnie sklecone budy profesjonalnych masażystów. Tak przynajmniej obiecywały liczne plakaty.

20170923_162617_DSC_0065_1
Drugie miejsce naturalnego wypływu ciepłych wód było jeszcze ciekawsze, acz mniej zatłoczone. Pod drogą i grubą rurą wodociągową, w betonowej skarpie była kawerna i maleńki basenik, głęboki na 1,5 metra, z czystego betonu, przyklejony do naturalnej skały, z której tryskała gorąca woda. Tam ludzi było już mniej. Infrastruktura w pełni amatorska. Dechy i konary zawieszone na betonowych ścianach z nabitymi gwoździami stanowiły wieszaki na odzież. Była nawet dziurawa kabina przebieralni sklecona z przypadkowych szmat i prętów, oraz były dyżurne butelki PET. Służyły one do nabierania wody bezpośrednio ze źródła, aby po wyjściu z wanny społecznej obmyć się, czystą biologicznie wodą.

Wahałem się. Moja fobia społeczna, granicząca z autyzmem, wymagała herkulesowej pracy nad sobą, by skorzystać z dobrodziejstwa tych miejsc. Ciekawość, aby po raz pierwszy w życiu zażyć tak egzotycznego spa dała mi jednak odwagę Heraklesa.
Wybrałem wannę nr 2 w stylu industrialnym, gdyż opodal były też nad strumieniem gorące źródła w naturalnej, skalnej obudowie wielkości wiadra, w których Anna-Maria mogła bez obrzydzenia wymoczyć nogi, gdyż nie dała rady zażyć zażyłości kąpieli, wymagających kontaktów towarzyskich.  I teraz żałuje.

Łachy powiesiłem na gwóźdź i wskoczyłem po drabince zbitej z dech licowych jakiegoś abandonu, oderwanych chyba od zabytkowej stolarki okiennej. W betonowej dziurze moczyło się już czterech facetów. Młody brunet o posturze Herkulesa, dwóch siwych, nobliwych panów i jeden łysy staruszek. Pod betonową, popękaną płytą podpartą stemplem ukrywa się wstydliwie jeszcze para trzydziestolatków.

Na szczęście nikt ze mną nie próbuje nawiązywać rozmowy. Nauczyłem się już to cenić u Rumunów. Są pełni życzliwości i uprzejmości, lecz także taktu i dystansu wobec obcych. Jako kierowcy wykazują się znacznie większą kulturą od naszych rodaków. Sytuacje mogące doprowadzić do konfliktu rozpoczynają uśmiechem. Prawie nie trąbią.

Wytatuowany przystojniak, którego panie z wielkiego miasta szarpały by jak Reksio szynkę, był duszą towarzystwa, mistrzem permanentnej elokwencji. Na betonowym rancie ciepłej nyży stały już jego trzy puste butelki piwa, jedna jeszcze pełna i pusta paczka szlugów. Właśnie otwierał nową paczkę Dunhillów.

Po rumuńsku rozumiem tylko ulubione zdanie Siwej: „Dupa masa cinci lei pierdata”, zatem nawet nie próbowałem zrozumieć dyskusji. Oddałem się więc ciepłej wodzie o idealnej temperaturze. Tymczasem mózg zaczął sam składać sens obcych słów. Panowie żywo rozmawiali o polityce i historii. Dowiedziałem się, że Polacy mieli znacznie lepiej niż oni za Ceauşescu. Również, że obecnie faszysta Putin faktycznie rządzi w Polsce i na Węgrzech i to samo chce zrobić z Rumunią. Dyskusję przerwała nowa osoba. Starsza pani dołączyła do towarzystwa wypierając sporo wody. Zabulgotało, przeklęty Archimedes. Młodzi w ciemnym kącie prawie nic nie mówili. Tylko pani ruda poprosiła nobliwego pana z siwym wąsem, aby zrobił jej miejsce pod rurą i już tam została.

Przystojniak natychmiast zagadnął nowo przybyła starszą panią. Rozmowa potoczyła się na tematy medyczno-balneologiczne. Pani zachwalała wspaniałość tego źródła, a przystojniak tłumaczył, że pije piwo bo to i ciepło cudownych wód najlepiej go oczyszcza w tym miejscu. Gdy padło słowo: „dupa masa” zacząłem próbować świadomie dekodować rumuńskie słowa. Niestety, tylko przestałem cokolwiek rozumieć, tracąc podświadome zrozumienie całości. Rzekłbym tedy po Rumuńsku: Dupa pierdut.

W międzyczasie Siwa nogi wymoczyła, zachwycona, że jej nie było zimno, mimo wieczornego chłodu. Opowiedziałem jej jak fantastycznie jest poczuć prawdziwy klimat rzymskich łaźni, słuchając języka brzmiącego prawie jak rzymska Vulgata.

Przystojniak usiłował nas zrozumieć, lecz zapewne nawet po Polsku by nie zrozumiał naszego bełkotu. Najwyraźniej znał język Serbów, a może i trochę nasz. Istnieje prawdopodobieństwo, że swoją erudycję, tężyznę fizyczną oraz zamiłowanie do publicznych łaźni zawdzięczał uniwersytetowi ludowemu zwanemu pierdlem. Na pożegnanie rzekł mi: „Idź bracie”. Odpowiedziałem z uśmiechem i życzliwością – żegnaj bracie.

Post factum, skóra mówiła mi: Jestem zdrowa i czysta. Postanowiłem rankiem powtórzyć kąpiel. Obliczyłem, że wanna wymienia wodę w około 3 godziny. W nocy kąpałem się sam, podziwiając gwiazdy w prestiżowym miejscu pod samą rurą. Przystojniak zabrał już swoje puste butelki. Zostawił tylko pustą paczkę Dunhillów. Najwyraźniej i on dbał o czystość tego miejsca, nawet będąc w stanie upojenia. Wymoczyłem się za wszystkie czasy w idealnej temperaturze. Przez wiele dni skóra była aksamitna, pachnąca zdrowiem.

Następnego dnia była wspinaczka. Nie odpadłem ani razu, czując moc Herkulesa. Uwierzyłem też w spa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rumunia to wspaniały kraj, gdzie można się za darmo wykąpać w wodzie za milion dolarów w miłym towarzystwie prawdziwych ludzi. Resztą kraju też byłem szczerze zachwycony. Tą ludyczną zgrzebnością, której na zachodzie Europy już nie uświadczysz.

Jak nas rumuńska policja zagłaskała

Zatrzymujesz kampera w piekielnie ulewnym deszczu, trochę na przypale, bo boisz się zjechać na bok, że utkniesz w rwącym błocie. Droga delikatnie mówiąc bardzo boczna i szutrowa i akurat płynie nią rzeka. Wtem przyjeżdża policja na bombach. W górę. Uff.

Za chwilę wraca i dalej na sygnale zatrzymuje się koło nas. Już nie uff.

Do kampera wchodzi ociekający deszczem starszy sierżant i zadaje kłopotliwe pytania po rumuńsku, patrząc z dużym zainteresowaniem na nasze sześć metrów kwadratowych. Pokazujemy mu patelnię z duszącą się papryką. Pan sierżant z pełnym zrozumieniem, przez krótkofalę, mówi uspokajająco, że masa coś tam. Akurat wiem, że „dupa masa” to „po obiedzie”. Gdyż jedyne zdanie jakie jeszcze tydzień temu znaliśmy brzmi „dupa masa cinqi lei pierdata” i znaczy: po obiedzie zgubiłem pięć lei.

Pokazujemy mu przewodnik wspinaczkowy, który pełni u nas rolę kamienia z Rossetty. Policjant się ożywia, wchodzi, leje wodą z płaszcza, żąda mapy, zasiada i z werwą zaczyna opowiadać nam o najlepszych szlakach w okolicy. Po rumuńsku. Ponad godzinę. Myśleliśmy, że nie da się tyle czasu machać rękami.

Wiemy już, jak jest schronisko, szczyt, przełęcz. Wiemy gdzie zostawić samochód, gdzie jeden cabanier zajmuje się dwoma cabanami. I gdzie jest dobra czesta.

Nagrałam cześć rozmowy, bo naprawdę było warto. I jak na nieszczęście nie działał nam oczywiście internet, więc nie dało się nawet techniką posłużyć, a wyglądaliśmy chyba bardzo głupio, bo rumuński sierżant mówił do nas bardzo głośno, drukowanymi literami. Po rumuńsku oczywiście.

Po godzinie nas pożegnał, uścisnął prawice, powiedział, że nazywa się Lucian i czy na pewno nie mamy problemu, bo tam wyżej samochód utknął w wodzie i blokuje drogę.
Więc jak nie mamy problemu, to życzy nam dobrej nocy.

Nasze kompetencje komunikacyjne w zakresie rozumienia języka rumuńskiego wzrosły. A pan sierżant aż się spocił z wysiłku usiłując się z nami porozumieć. Jeśli spotkamy więcej życzliwych policjantów, to za trzy dni będziemy mówili po rumuńsku.

Fragmentu rozmowy można posłuchać tutaj:

Zdjęcia zrobiliśmy już o poranku. Ślady po płynącej rzece jeszcze widać.

Wyrypa 2017 za tydzień

Jeśli masz fajne rumuńskie doświadczenia, znasz miejsca w które powinniśmy zajrzeć — daj znać.
Jak masz niefajne doświadczenia — nie pisz ich, na Jowisza. 

Kupiliśmy atlas Bałkanów, mapy Fogaraszy i wszystkie dwa dostępne przewodniki wspinaczkowe po Rumunii. Jaram się na Transalpinę i Drogę Transogarską jak Savonarola w 1498.

Poza tym wiemy, gdzie jest lokalne centrum wspinaczkowe, które warto odwiedzić (w Braszowie).

Wiemy, że lokalna waluta to leia (księżniczaka, świeć Galaktyko nad jej duszą), kulka lodów to kupa, krem po goleniu krema dupa raz, a dupa masa cinci lei pierdata znaczy po obiedzie zgubiłem pięć lei. Kurs lei za to kształtuje się na poziomie 0,97 złotego, co upraszcza życie. Kupiłam rumuńską winietę, żeby się nie gimnastykować z omijaniem dróg płatnych, co w górzystych krajach zazwyczaj się nie opłaca.

Poza tym wiemy niewiele i mamy mało czasu, żeby się dowiedzieć. W kategorii „na przypale, albo wcale” ten wyjazd zapowiada się naprawdę nieźle.

Jeśli masz fajne rumuńskie doświadczenia, znasz miejsca w które powinniśmy zajrzeć — daj znać.

Jak masz niefajne doświadczenia — nie pisz ich, na Jowisza.

Lipcówka przez cztery województwa

Weekend z przyległościami, kawałek piątku i prawie cały poniedziałek. Sympatyczne 673 kilometry po mazowieckiem, łódzkiem, wielkopolskiem i kujawsko-pomorskiem. Jeden bak, jeden dzień wolny z pracy. Trochę sentymentalnie, trochę rodzinnie.

czworstyk

Łowicz

Nie wyszliśmy poza rynek i kościół, z akcentem na dom w którym dzieciństwo spędziła moja Babcia. Mój pradziadek był głównym kasjerem miasta Łowicza, czyli księgowym i miał służbowe mieszkanie w rynku. Chwilę zajęło mi ustalenie w których oknach babcia mieszkała, byłam tam z nią jako dziecko nieletnie. Okazało się, że jedno okno zamieniono na drzwi. Z tego miejsca pozdrawiamy Dziennik Łódzki.

Piątek

Geometryczny środek Polski.  No, podobno jeden ze środków Polski.
I był piątek.

Tum

Bardzo warto, jak ktoś lubi romańskie złogi i ślady po naszych pogańskich przodkach. Pierwsze moje wspomnienie, to okładka zeszytu od matematyki, z papieru makulaturowego, z rysunkiem kolegiaty w Tumie pod Łęczycą. Trochę mnie zafascynowała, więc byłam tu już w czasach podróży Maluchem po Polsce. Teraz pojechaliśmy kamperowo. Kolegiata odbudowana, ale stylowo i z zachowaniem klimatu.
W Tumie spaliśmy, a ponieważ nie lubię się ładować ludziom przed dom, to grzecznie zapytałam, jak się potem okazało lokalnego przewodnika, który nas wyposażył w lekturę na wieczór i następnego dnia oprowadził po Tumie.

Do obejrzenia koniecznie:

Ślady pazurów diabła Boruty na kościele — bardzo ładna historia, wszystkie diabły są tutaj. Jakaś Wanda nie chciała diabła, więc on postawił w jedną noc karczmę. Jak się zorientował (bystrzak), że panna testuje jego moce nadprzyrodzone, bo był za ładny, to się wkurzył i chciał karczmą rzucić. Złapał ją, ale chytra panna postawiła na czubku krzyżyk i zamieniła karczmę w kościół. No i diabeł tradycyjnie przegrał. Nigdy nie rozumiałam panien z tych legend, brałabym diabła.

Oryginalny romański portal.
Niestety podłogi całkiem nowożytne, a ja szczególnie cenię kilkusetletnie marmurowe posadzki.  

Konfesjonał dla trędowatych — trzeba się trochę wepchać między malowane przez lokalną społeczność obrazy Maryi i przydają się trzy osoby.

Osoba stojąca w miejscu A słyszy tylko to, co mówi osoba stojąca w miejscu B, a fotograf nie słyszy nic. Zobaczcie na zdjęciu. Rzecz jest w sprytnej akustyce tej wnęki.

Chrzcielnica z miedzianą pokrywą  — zafascynowała mnie. Schowana w ciemnej wnęce do której nas wpuścił Pan Przewodnik. Opisana lakonicznie. Może i chrzcielnica jest z XV wieku, ale pokrywa raczej nie.

A jest wspaniała. Pan przewodnik mówi, że to hełm Bogini Macierzy. Węszę matriarchat i go nie poprawiam, ale bardziej mi się to kojarzy z jakimiś Celtami czy innymi Wikingami. Zabytek pierwsza klasa i do tego mocnbo tajemniczy. Nie znalazłam w necie nic sensownego na ten temat.

Jeśli ktoś lubi deptać po śladach naszych pogańskich przodków, to polecam też Górę Świętej Małgorzaty. Oczywiście teraz jest tam kosciół, ale tam właśnie znaleziono hełm / pokrywę chrzcielnicy

Kulmhof — obóz zagłady w Chełmnie. Robi wstrząsające wrażenie swoją nieobecnością. Z czasów Zagłady nie zostało Nic. Las, trawa, łąka. Nie planowaliśmy wizyty, ale mamy takie założenie, że w takich miejscach nie wypada się nie zatrzymać, jeśli się koło nich przejeżdża. Nie ma tu wycieczek, nie ma tłumu. Pamiętajmy.

Licheń — jest brzydki. I to w sumie wszystko, co można na ten temat powiedzieć. Jest bardzo brzydki, acz nie aż tak jak się spodziewaliśmy. Trochę mnie rozczarował. Największe wrażenie zrobiły rzędy husarskich ławek. Jan Sobieski lubi to.

Być może błędem było zaczynanie zwiedzania narodowych sanktuariów od Kałkowa, gdzie stoi betonowy tupolew i ziggurat będący kalwarią męczeństwa narodu polskiego. Minęło kilka lat, a ja wciąż nie mogę się otrząsnąć.

Biskupin — klasyk gatunku, trochę cepelii, trochę historii. Dużo lodów i gofrów. AJS nigdy nie był, a jednak powinien. Ja byłam i nawet mam na to dowody robione Smieną 8M. Byłam też później i w sumie chyba zrobię z tego kiedyś osobny kolaż.

Po drodze przejechaliśmy przez Wylatowo, ale UFO tam skończyło się kategorycznie, a wielkopolską pszenicę od czasu do czasu składa jedynie grad.

Ciechocinek — przyjechaliśmy wieczorem i to było najlepsze, co mogłam zrobić. W dzień to ciche, senne i spokojne uzdrowisko, w nocy — szał dansingów i stare szlagiery na pełen regulator. Szacunek — chciałabym być w takiej formie na emeryturze.
Wizyta inspirowana przez AZS Ciechocinek, czyli mało sportową część naszej sekcji wspinaczkowej. Zakupiłam wodę mineralną Krystynka, która okazała się słona.

Kępa Polska — na Wiśle przybyło tego dnia trzy, a w Kępie Polskie przybyły dwie osoby i jeden kamper.  Szlakiem wodowskazów z komunikatu IMiGW. Kępa Polska zaciszna i, w osobie osób, które pytałam o drogę, zdziwiona naszym zainteresowaniem.

Był jeszcze prom czynny, dwa zamki, w tym jeden mocno niekompletny, zapora i prom nieczynny.

Nie masz czasu jechać daleko? Jedź blisko. Na pewno coś znajdziesz.
Trasa do obejrzenia z bliska na GPSies.

GPSies - 2017.07 lipcówka

Nie będę miała nowej lustrzanki…

Zapora w Vajont na jeszcze jedną zaletę. Otóż można się przy niej wspinać.

Przy samej zaporze są liczne zatoczki, a w nich miejsca parkingowe w odległości idealnej od ściany, czyli 10 metrów.

20160917_151058_DSC_0330

Nieco oszołomieni miejscem, jego historią i całkiem niezabliźnioną raną na społeczności, postanowiliśmy jednak się powspinać, skoro społeczność tak miła, że przygotowała nam nieźle obite ściany z dobrym dojazdem. Nawet niektóre zacienione, co we Włoszech ma sens głęboki.

Wspinanie było całkiem sympatyczne, miejsce noclegowe na dnie zapadliska po zbiorniku tez całkiem ładne, mimo koszmarnej historii. Przyznam, nie chciałam nocować w żadnej z tych wiosek, miałam wrażenie, że dno zbiornika jest jedynym miejscem, gdzie nikt w czasie tej katastrofy nie zginął.

Miejsce całkiem sympatyczne, otoczone drzewkami, które od 1963 zdążyły urosnąć.
Spędziliśmy miły wieczór, zjedli kolację, omówili kwestie geologiczne i poszli spać.

14280515_1799375390300048_2138370524_n

Rano kiedy mgły zaczęły opadać efektownie chciałam im zrobić zdjęcie przyzwoitym aparatem czyli lustrzanką, a nie ziemniakiem, telefonem czy automatem jak te zdjęcia z dnia poprzedniego.

I wtedy okazało się, że lustrzanki nie ma. Nie ma w torbie, nie ma pod siedzeniem, nie ma na półce ani na antresolce. Zwyczajnie nie ma. NIE MA.

Metoda kolejnych przybliżeń ustaliłam, że położyłam aparat na kamieniu pod skałą. I nikt go potem nie widział. Spanikowana, odpaliłam auteczko i pognałam w miejsce gdzie aparat widziałam raz ostatni, po drodze odtwarzając wydarzenie, np. że w nocy padało, więc nawet jeśli tam jest to niezdatny do użytku.

Nie było.
Nie płaczę. Znaczy czasem płaczę, ale raczej ze złości, a tutaj nawet mi się płakać nie chciało, tylko zabić własną pięścią, bo głupia jak stołowa noga, nie dość, że zostawiłam aparat, to jeszcze nie zgrałam z niego nic od początku wyjazdu. Więc jestem w czarnej otchłani, bez zdjęć z ponad tygodnia trasy, a jeszcze do tego dziecko kazało robić zdjęcia lustrzanką, bo telefonem i tzw. maupą jakość mu nie odpowiada.

Wysłałam umyślnych do okolicznych barów, kazałam przeszukać otoczenie. AJS jako człowiek niebywale spokojny zamiast panikować zabrał się za robienie śniadanka. Jak wszystko inne zawiedzie, zrób śniadanko. Czy jakoś tak. I tak nie byłam głodna.

Zdesperowana wysłałam opierającego się Byśka do kasy zapory, żeby się dowiedział, czy może ktoś coś oddał i zatopiłam się w owej czarnej rozpaczy nie tyle nad aparatem, bo swoje lata już miał, co nad obiektywem, moim ulubionym i przede wszystkim zawartością karty.

W międzyczasie znalazłam na Facebooku stronę rejonu i okolicznego miasteczka, napisałam., poprosiłam o ogłoszenie. Chociaż kartę, kurcze, odeślijcie! Dali ogłoszenie, powspółczuli. Czarna rozpacz nie zmniejszyła się ani o jotę.

I wtedy podjechał włoski samochód z którego wypadł uradowany Bysiek (udałam, że nie widzę, że dziecko wsiada z obcym do samochodu), wlokący do mnie jakiegoś Włocha, jak to Włoch, mówiącego wyłącznie po włosku.
Włoch coś mówił o aparacie, kazał pokazać miejsce gdzie aparat zostawiłam. No, niby się cieszył ale jakoś niemrawo, jak na Włocha. Rozglądał się dookoła bacznie i sprzętu okazać ani przekazać nie chciał. Co mnie zaniepokoiło, bo historia., którą na migi mi opowiedział brzmiała całkiem jak moja historia.

Nie mogąc się z inostrańcem porozumieć sięgnęłam po moja tajną broń ostateczną, czyli po AJSa, który doskonale udaje, że mówi po włosku. Nikt go wprawdzie nie rozumie, on też nic nie rozumie, ale wszyscy są bardzo zadowoleni.
Oderwałam go od śniadanka i wywlekłam przed kampera.

I wtedy Włoch się rozpromienił. Pomachał rękami intensywniej. Wręcz eksplodował radością. Bez mała rzucił AJSowi na szyję. Dopadł samochodu i z bagażnika wyciągnął mój aparat w stanie nienaruszonym i uroczyście przekazał. Nawet się nie zdziwił jak ucałowałam aparat w obiektyw.

Po kilku kolejnych machnięciach rękami już wiedzieliśmy, że jedyną osobą, którą dało się na ostatnich zdjęciach rozpoznać był AJS. Reszta występowała jako kolorowe sylwetki na ścianach.

Odpoznawalny AJS wyglądał tak i tej twarzy żądał pan Włoch przed ostatecznym przekazaniem sprzętu:

20160917_165612_IMG_1747

Po kilku kurtuazyjnych wymachach kończyn , w tym naszych dziękczynnych, uradowany Włoch odjechał, a ja odwołałam alarm na okolicznych Facebookach, które również niezwykle uradowały się uczciwością ziomków.

Plusy dodatnie: mam wszystkie zdjęcia z wyjazdu
Plusy ujemne: nie mam pretekstu, żeby kupić nową lustrzankę.

Człowiek nieroztropny zbudował zaporę

Koło Vajont przejeżdżałam kilka razy.  I albo nie wiedziałam, że ona tam jest, albo zapominałam pojechać, albo byłam na nartach i nie chciało mi się ciągnąć ośnieżonymi serpentynami. Dojazd jest standardem górskim. Serpentyny, tunele…

Vajont jest zaporą. Wielką, nieczynną zaporą stojącą pośrodku niczego. Nie będę streszczała Wikipedii.  Powstał też o tym film. I jak lubię takie filmy, tak nie wiem, czy chcę go oglądać.

W dużym skrócie: w 1953 rozpoczęto budowę zbiornika i zapory w Dolomitach (to istotne, bo popełniono kilka kardynalnych błędów, nie doceniając wapiennego zbocza, łupków i intensywności opadów), w 1961 zaporę uruchomiono, 9 października 1963 r. o godzinie 22:39 do doszło do katastrofy. Do zbiornika retencyjnego zjechało zbocze na długości 3 km. Z prędkością ponad 100 km/h do wody wpadło prawie trzysta milionów (!!!) metrów sześciennych skał, ziemi, drzew. Powstała 70 metrowa fala, która zmiotła kilka wiosek i zabiła 1917 osób.  Zapora pozostała nietknięta i stoi do dziś.

Prawdopodobnie było to najwyższe śródlądowe tsunami w historii i największa katastrofa w historii zapór wodnych. Fala szła nad tym wąwozem, który jest na zdjęciach. Ta gładź na stoku to właśnie miejsce skąd się całość oderwała.

Vajont można zwiedzać. Można przeczytać nazwiska ludzi, którzy zginęli, wejść do ich domów po przeciwnej stronie osuwiska w miejscowości Casso, które fala zmiotła do połowy. Historię opowiada włoski przewodnik, czasami wtrącający dwa zdania po angielsku dla zagubionych turystów ze wschodnich rubieży Ziemiomorza. Był zdziwiony, że znałam te historię i specjalnie w to miejsce jechałam.
Z maleńkiej, naprawdę opuszczonej wioseczki na zboczu widać doskonale ciągle nie zarośnięte osuwisko i dno tego, co kiedyś było zbiornikiem. Żyja tam też koty i powoli wracają spadkobiercy dawnych mieszkańców.  Ale jest tam jakiś smutek, którego nie umiałam nazwać.

Może dlatego, że to nie jest zwykły abandon, zresztą wcale nie robi wrażenia abandonu.
To ostrzeżenie przed pośpiesznie wykonanymi badaniami, przed zatajonymi wynikami, żeby było szybko, tanio i NAJ. To miejsce, które Bysiek, student geologii, powinien zobaczyć, a przy okazji wytłumaczył nam, dlaczego te łupki nie miały szans się utrzymać podczas ulewnego deszczu.

Jedźcie tam, jeśli będziecie mieć chwilę w drodze na południe, na narty do Włoch, na wakacje czy na Bałkany. To miejsce daje cenną lekcję — nie my tu rządzimy.

A nocleg na dnie zbiornika serio robi wrażenie.

Wodowskaz we Włodawie

Padało. Nie, nie padało. Lało. Prało żabami. Ryby unosiły się w powietrzu [1]. Żeby tradycji stało się za dość, bo rok temu w Zawichoście też lało, pojechaliśmy pod kolejny wodowskaz. Na Bugu we Włodawie niewątpliwie przybyło.

Wodowskaz jest ciekawy, kolejne poziomy ma nakręcone na schodkach. Poziom alarmowy oznaczony na czerwono, a poziom najwyższy dokręcony do budki na skarpie.

Niestety nie udało się koło wodowskazu zanocować, bo musielibyśmy zaparkować na tą tablicą i wymownym słupkiem.

Niby rozumiem, że granica z Białorusią przebiega głównym nurtem Bugu, ale okoliczności były takie, że główny nurt mógł się nieoczekiwanie przemieścić. A poza tym nie mam zaufania do rzek.

Starsznie słabego nagrania komunikatu meteorologicznego o stanie głównych rzek Polski można posłuchać na stronie Polskiego Radia. Jest pod koniec. Przy okazji słychać, jak w latach ’80 brzmiało radio…

Niestety nie ma informacji, jak tam ziemny zaazotowany…

[1] specjalna nagroda, dla osoby która pamięta w której książce dla dzieci była taka wilgoć, że ryby fruwały w powietrzy koło latarni.