Florencja, 19 września 2014.

Trochę mnie onieśmieliła. Jest tak strasznie renesansowa i tak strasznie europejska, że gdzieś zaswędział mnie gen tego Tatara, co żuł siodło, jak Leonardo skrobał w marmurze.

Jest w tym mieście jakiś geniusz i jakieś szaleństwo.
Gradobicie pasowało do moich odczuć. Przegrywamy z naturą miejsca.

Rzeczy, które robisz nie wiadomo po co…

Gdzieś idziesz i spotykasz zagubionych wędrowców…

image

W pustym teatrze w Pompejach sprawdzasz akustykę i siłę własnych płuc, recytując początek “Pamiętników o Wojnie Galijskiej Juliusza Cezara”, które znasz oczywiście dzięki Jackowi Kaczmarskiemu.

 Galia est omnis divisa in partes tres
Quorum unam incolunt Belgae aliam Aquitani
Tertiam qui ipsorum lingua Celtae nostra Gali apelantur
image

Bierzesz udział w układzie choreograficznym na pompejańskim forum. YMCA, czy coś w tym rodzaju.

image

A na koniec wchodzisz do porzuconej amfory, pełnej pyłu wulkanicznego. I tak sobie stoisz. I jest ci trochę gorąco.

image

Z mapą w ręku

Rozpisuję trasę. Tak mniej więcej. Czasem się potem zgadza, to co zaplanuję, a czasem nie, ale dzięki takiej liście udaje mi się wrócić do domu plus/minus tego dnia, co chciałam. I nigdy nie przestało mnie to zaskakiwać.

A w drodze, po drodze, w szoferce, na promie, rozkładam mapy i kombinuję jak najlepiej, najciekawiej, najładniej, niekoniecznie najekstremalniej. To ostatnie się zazwyczaj nie udaje.

Tu akurat z Byśkiem planowaliśmy przejazd przez Alpy, do domu. A ponieważ wymyśliłam sobie, że najlepiej jechać przez Lichtenstein, to trochę kombinowania było, żeby w Szwajcarii ominąć autostrady.

Lubię mapy, lubię promy, chcę na wakacje…

Królowa deszczu

Był w jakiejś książce człowiek, który miał pecha, bo gdzie by nie pojechał, tam padało. Okazało się, że był bogiem deszczu. W zasadzie powinnam przestać się dziwić już trzy lata temu, jak w lipcu zaczęło padać na Lazurowym Wybrzeżu.

Jest zima to musi być zimno, pani kierowniczko (sprawdzić, czy nie efekt cieplarniany). Jest połowa września, to w Polsce musi padać. Wyjechałam z deszczowej Polski do deszczowych Czech, bez większych złudzeń, z parasolem i dobrymi butami, ale z cieniem nadziei, że jednak Słoneczna Italia do czegoś zobowiązuje.

Niestety. Już na samym początku wakacji zafundowałam Florencji gradobicie. Takie uczciwe, z podtopieniami i koniecznością zamknięcia Galerii Uffizich. To oczywiście przypadek, że akurat tam byłam.

Przypadkowo też byłam w Palermo kiedy przetoczyła się przez nie ulewa, wybiły wszystkie studzienki, a woda na ulicach płynęła do połowy koła.

Na koniec w ulewnym deszczu zjechałam z promu w Genui i dobrze, że od razu pojechałam dalej, bo przypadkowo akurat nastąpiła tam powódź.

Powinnam mieć na imię Jonasz, bo przynoszę pecha.
Dzień po tym, jak zainspirowana poznańskimi osiołkami, sprofanowałam mitorajowego anioła w Agrigento, zasłaniając mu przyrodzenie dwoma listkami figowymi, pan Igor zmarł…

Dość powiedzieć, że w obu miejscach, w Genui i w Agrigento, byłam dzień wcześniej. W piątek byłam w Katowicach, a wczoraj Ewa Kopacz podpisała porozumienie z górnikami… PRZYPADEK?

Kamperem przez Włochy

To nie była moja pierwsza wyprawa do Włoch. Ani pierwsza objazdówka. Po raz pierwszy pojechałam tam w 1988, kiedy żelazna kurtyna nieco zaczęła nieco parcieć po brzegach. Wstyd się przyznać — na pielgrzymkę pojechałam, było najłatwiej. Mam stary paszport z włoską wizą. W podaniu o wizę musiałam wpisać barba — niente. Do dzisiaj umiem powiedzieć po włosku, że nie mam brody. Wtedy byłam po raz pierwszy w Pompejach. Ale o Pompejach kiedy indziej.

A kilka lat później, w 1991, kiedy większość krajów zniosła wizy wsiadłyśmy w Malucha mojej matki i pojechały w objazd Niemcy/Francja/Włochy. Z namiotem. Dojechałyśmy wtedy do Rzymu. O tej wyprawie napiszę kiedyś, jak zeskanuję do końca stare negatywy. 8500 km w Maluchu.

image

Włochy z mojego punktu widzenia mają jedną wadę — jest tam ciepło. A latem nawet bardzo ciepło, więc kamperowy wyjazd na południe musiał być odłożony do czasu, aż najmłodszy członek załogi zda maturę i pójdzie na studia, co uczyni wrzesień miesiącem zdatnym do wyjazdu.

Italia jaka jest, każdy widzi. Reklamować jej nie trzeba. Ale z szoferki kampera wszystko wygląda inaczej. Więc o Włochach kamperem słów kilka.

Po pierwsze te wakacje zadziałały jak plaster na moją zbolałą duszę, po wakacjach na wyspach brytyjskich. Brytyjczycy nie lubią kamperów i wszędzie stawiają tabliczki no overnight parking. Śniły mi się te tabliczki po nocach, a że jestem dość praworządna, więc przestrzegałam zakazów i trochę się w tej Brytanii Wielkiej musiałam nagimnastykować.

We Włoszech zakaz nocowania widziałam raz. A, pardą, po dokładnym sprawdzeniu okazało się, że to było jednak San Marino, które dla kamperów wydzieliło wielki parking nr 10, wyposażony w przyłącze do prądu.

image

We wszystkich pozostałych miejscach nie tylko wolno, ale czasem miejskie parkingi wyposażone są w punkty serwisowania. Można zlać ścieki, nabrać wody, a nawet za drobny pieniążek wziąć kąpiel. Kamperów po Włochach jeździ dużo i znaczna ich część jest pozakempingowa, co Włosi ułatwiają ustawiając w miejscach strategicznych area sosta camper czyli właśnie place do zamieszkania.

Poza tymi placami, jest mnóstwo miejsc gdzie można wjechać i zaparkować. I zazwyczaj jest ładnie.

image

Te miejsca to zatoczki parkingowe na Wezuwiuszu, puściuteńka plaża na podeszwie buta i parkingi przy nieczynnych już knajpach.

Z żadnego z tych miejsc nie zostaliśmy wygonieni, a na plaży nawet przyszła obsługa owej zamkniętej knajpy i poczęstowała nas lodami.

image

Dla amatorów kempingów oferta wrześniowa nie jest za bogata, ale raz na tydzień udawało nam się znaleźć kemping z pralką. Tylko raz połaszczyliśmy się na kemping z basenem i widokiem na Florencję, który kosztował nas tyle, co wszystkie pozostałe, czyli 70€ za pięć osób. Większość zamykała się w granicach 30€ z praniem i kąpielą.
Najcieplej wspominam kemping na wschodnim wybrzeżu (5€ za osobę), na którym pani prowadziła sklepik z lokalnymi fruktami i winem nalewanym ze 150 litrowej beczki do plastikowych butelek. Za butelkę wina zapłaciliśmy 1.5€, a za cztery torby owoców i warzyw — coś około 10€.

image

Włochy to kraj górzysty, więc warto deniwelację uwzględnić, planując zmiany za kierownicą. Na wszelki wypadek niech góry przejeżdża ten kierowca, który ma opanowane hamowanie silnikiem.

Miejsc do nocowania, parkingów, placyków w punktach widokowych, kamperplaców przy atrakcjach turystycznych — do wyboru, do koloru.
Zakazów wjazdu dla kamperów — praktycznie nie ma, acz bardzo warto zwracać uwagę na informacje o dopuszczalnej wysokości i szerokości samochodu.

image

Plotki o przerażającej włoskiej policji dybiącej na kampery — mocno przesadzone. Zatrzymano nas raz. W Ołomuńcu.

Trasa wyglądała tak:

image

W sumie 7094 km z licznika + około 900 promami.
Średnio 268,85 km dziennie.
28 dni, 27 noclegów.
Nasze noclegi można obejrzeć tutaj.

Państewko, które gdzieś jest

Które ma zęby smoka na polu, gdyby Szwajcaria jednak zdecydowała się na atak czołgowy. Albo Austria, taka nieobliczalna. Do państwa wjeżdża się przez bramę. Dość groźnie wyglądającą. Okazała się szczęśliwie wyższa niż 3,05 czyli tyle, ile mam w kłębie.
Na wszelki wypadek jadąc przez sielskie pola i patrząc na słodkie zameczki nie myślałam, czy brama, którą (czego byłam pewna) będę to państwo opuszczała, nie będzie aby niższa. Nie była.

W sumie po zastanowieniu… Mogłabym być owcą w Liechtensteinie.
Mówią po angielsku, przyjmują euro. W pierwszym otwartym mimo wczesnych godzin porannych czymś w rodzaju kiosku dostałam piękną naklejkę.

A tak sobie śpiewaliśmy jadąc…

Wiedzieliście, że Liechtenstein to FL?