Prom Mielnik-Zabuże

Prom w Mielniku jest oznaczony. Znaczkiem promu. Obiecuje sporo, a przynajmniej tyle, że na prom wchodzą trzy samochody.

No, więc — NIE. Wchodzą dwa. A to jeśli jeden z nich jest kamperem Bobkiem, to zadek mu powisa nad taflą Bugu.

Wjazd na prom jest dość prostej konstrukcji. Całość obsługuje dwóch panów — jeden z akcentem lokalnym, drugi nieco dalej na wschód. Podjechałam, dogadałam. Prom wprawdzie darmowy, ale za godzinę, jak zaraz to dwie dyszki. Nie jestem pazerna, za rozrywkę płacę, niech będzie.

Pan z akcentem popatrzył na mnie z nieufnością, pan zarządzający z lekką paniką. Na mnie, na samochód, na wjazd. A potem na AJSa. Z nadzieją i oczekiwaniem. Znowu na mnie. Z obrzydzeniem. Na AJSa zachęcająco. AJS się odwrócił i zaczął kontemplować taflę Bugu.
Odpaliłam.

— Daj pan spokój — mówię. — Wiem, że nie wyglądam, ale naprawdę umiem tym jeździć.

I wjechałam na prom.
A potem z niego zjechałam, w błoto, prosto na stromy podjazd.

Kto zjeżdżał z promu w Zabużu, ten wie. A kto nie zjeżdżał, niech jedzie. Warto

Z mapą w ręku

Rozpisuję trasę. Tak mniej więcej. Czasem się potem zgadza, to co zaplanuję, a czasem nie, ale dzięki takiej liście udaje mi się wrócić do domu plus/minus tego dnia, co chciałam. I nigdy nie przestało mnie to zaskakiwać.

A w drodze, po drodze, w szoferce, na promie, rozkładam mapy i kombinuję jak najlepiej, najciekawiej, najładniej, niekoniecznie najekstremalniej. To ostatnie się zazwyczaj nie udaje.

Tu akurat z Byśkiem planowaliśmy przejazd przez Alpy, do domu. A ponieważ wymyśliłam sobie, że najlepiej jechać przez Lichtenstein, to trochę kombinowania było, żeby w Szwajcarii ominąć autostrady.

Lubię mapy, lubię promy, chcę na wakacje…