Z mapą w ręku

Rozpisuję trasę. Tak mniej więcej. Czasem się potem zgadza, to co zaplanuję, a czasem nie, ale dzięki takiej liście udaje mi się wrócić do domu plus/minus tego dnia, co chciałam. I nigdy nie przestało mnie to zaskakiwać.

A w drodze, po drodze, w szoferce, na promie, rozkładam mapy i kombinuję jak najlepiej, najciekawiej, najładniej, niekoniecznie najekstremalniej. To ostatnie się zazwyczaj nie udaje.

Tu akurat z Byśkiem planowaliśmy przejazd przez Alpy, do domu. A ponieważ wymyśliłam sobie, że najlepiej jechać przez Lichtenstein, to trochę kombinowania było, żeby w Szwajcarii ominąć autostrady.

Lubię mapy, lubię promy, chcę na wakacje…

Dotarło do mnie, że do moich starannie nieplanowanych wakacji został miesiąc i najwyższy czas zacząć się szykować.
Zrobiłam więc trzy task-listy i jeden duży spis wyjazdowy i zaczęłam przygotowania.

Na pierwszy ogień poszły mapy, atlasy i przewodniki. I tak ich potem nie czytamy, bo używamy Googla, ale co tam. Ładnie wygląda i kolorowe.

Włochy, czas start.
Musi się udać.