Boże Ciało, Dolny Śląsk. Dolne Ciało, Boży Śląsk.
Całość: Σ 1384

9 noclegów.

Kilka gór w Karkonoszach
Kilka wycieczek rowerowych przez krzaki.
Dwa wiadukty. 
Dziesięć dni na bateriach

http://www.tripline.net/api/tripviewer.swf?tripId=7367335255441007AFC0E8839EB203D2&tripDataUrl=http://www.tripline.net/api/v1/kml/7367335255441007AFC0E8839EB203D2?version=.2&mapsApiKey=ABQIAAAAA9rk3PBVYmwBFaK8U6L2BBSGk6n9_7P4Hc_MSCrbXGvqZu06axRNzkfL-lfkb7tx0GF_c1LVYHgGQg&onSite=0

2013 — półwakacje w górach

W wyniku zawirowań na urlop miałam tydzień. Może i lepiej, bo samochód był zaniedbany, elektroblok czyli serce układu elektrycznego w kamperze zaczął znowu szwankować, solar na dachu przeładowywał akumulator pokładowy i ilość spadających na mnie małych nieszczęść okazała się być nieco przytłaczająca. 
Wykombinowałam tydzień i pojechałam na południe. Plan był taki, żeby pojechać na Jurę, pojeździć rowerami, wpaść w Tatry na Polanę Rogoźniczańską i tradycyjnie zakończyć wyrypę w Beskidach.

W praktyce okazało się, że prąd raz jest, raz go nie ma, zupełnie jak ten kierunkowskaz u milicjanta (pracuje, nie pracuje, pracuje, nie pracuje). Prąd więc zanikał, aż zniknął na dobre. Bez prądu i wody da się żyć, ale nie było też gazu, do odpalenia którego prąd jest konieczny. Ciemno, brudno i głodno, bez kawy, to było dla mnie za dużo. Wprawdzie o poranku AJS zaparzył kawę na ognisku, ale nie tak miał wyglądać jedyny mój tydzień wakacji w tym roku.

Pojechaliśmy do Krakowa do najbliższej zgóglanej stacji serwisowej Elcamp. Elcamp powiedział, że tak bez umówienia, z jakąś głupią awarią, to my możemy sobie na podwórku, za niewielką opłatą przenocować, ale naprawa kampera, to raczej we własnym zakresie albo za dwa tygodnie. Tłumaczyłam, że awaria, że do domu daleko, że wakacje, że urlop —  panowie byli niewzruszeni. Nie zadziałał nawet mój uśmiech do szóstek i urok osobisty. Na przyszłość będę pamiętać —  są miejsca, gdzie awarie jedynie planowane. Elcamp, nie polecam. Rozczarowaliście mnie.

Na szczęście mam łebskich przyjaciół w Krakowie. Zadzwoniłam. Kumpel-elektronik przyjechał, nawet niespecjalnie zdziwiony moją nietypową propozycją naprawy kampera na parkingu przed warsztatem. Spędził upojny dzień leżąc z miernikiem na schodach kampera. Zlokalizował uszkodzenie, namówił pracowników Elcampu do przelutowania płytki i prowizorycznie instalację uruchomił. Uruchomienie polegało na tym, że trzeba było podskoczyć, jak prąd zanikał. I wtedy wracał.

Wakacje udało się uratować, ale Jura została daleko za nami. Pojechaliśmy więc w Tatry, w miejsce gdzie po maturze chodziliśmy na kremówki i wszystko się zaczęło.

Udało mi się wtedy zapomnieć, że nie mam już dwudziestu lat. 

Całość skromniutko 1096 km.

2012 — Wyspy

Chwilę po powrocie pisałam tak:

Witam, wróciłam z objazdu Wysp i od razu, prawie na gorąco kilka uwag, może się komuś przyda.

Moje refleksje po:
– ani w UK a ni w Irlandii nie widziałam ani jednego punktu serwisu kampera. Czasami udawało się zlać na kampingu, bez nocowania, ale liczyli za to od 2 do 10 GBP.

UK:
– bilet na prom z Dunkierki (Calais) można kupić już od 47€ (trzeba z wyprzedzeniem) najtaniej jest w DFDS
– w UK nie ma miejsc stricte kamperowych, takich jakie widziałam we Francji (wrzucasz 3-12€ i nocujesz, czasami nawet z możliwością podpięcia prądu)
– kampingi trzeba trafić, są takie za 17 GBP, przyzwoite, ale są też takie za 40 GBP.
– miejsca noclegowe z Camperparku, które mam przerobione na Automapę i kocham miłością czystą pierwszą i mało używaną, z których korzystałam w wielu krajach europejskich i chwalę) są w większości tymi tańszymi campingami. Zdarzają się bezpłatne parkingi, ale często też miejsca, które już nie istnieją.
– jak morowej zarazy należy unikać campingów oznaczonych znaczkiem Caravan Club. Nocleg 4 sztuki + kamper — prawie 40 GBP. Nie ma możliwości wykupienia na campingu karty członka klubu z którą jest 10 GBP taniej. Warto wziąć mapę z ich campingami, żeby wiedzieć, co omijać. Zlać ścieków bez nocowania nie pozwalają nawet za opłatą. Co ciekawe nie przychodzi im do głowy, co się z takimi ściekami może stać, jeśli ich nie ma gdzie wylać legalnie (w końcu gdzieś znalazłam, ale byłam już mocno zdesperowana).
– miejsca przy autostradach i motorwayach nie nadają się do mieszkania, acz po wizycie w Irlandii miałam ochotę całować ziemię na jakimkolwiek parkingu
– na wielu parkingach, które nie są płytkimi zatoczkami i potencjalnie się nadają stoi napis No overnight parking
– przyjemne miejsca trafiają się na północnym wybrzeżu, bez wysiłku znajduje się takie bez overnighta, a już fantastycznie jest na zachodzie, na Hebrydach Wewnętrznych, np. na wyspie Skye – przyzwoicie jest też w Irlandii Północnej

Irlandia:
To jest miejsce, które mnie zaskoczyło. Kraj w którym widziałam jeden (słownie jeden) parking przy głównej drodze. Ich tam po prostu nie ma. Ja rozumiem, wyspa niewielka, z pewnym wysiłkiem da się na jednym pęcherzu przejechać z jednego końca na drugi, ale mimo wszystko, odważni są. Irlandczycy stają na poboczach, ale mnie tym pudłem było jakoś głupio.
– oficjalnych miejsc na kampery nie ma WCALE
– na większości (w tym na parkingach przy atrakcjach turystycznych!) jest belka na wysokości 2m — podobno to ich obrona przed tzw. “travelersami”, czyli lokalsami prowadzącymi koczowniczy tryb życia
– na większości parkingów i miejsc gdzie by się dało wstawić kampera jest napis no overnight parking z powodów j.w.
– miejsc do zaparkowania szukaliśmy na stacjach benzynowych i na parkingach koło cmentarzy i kościołów
– jedyny rejon, gdzie parkingi są takie jak lubimy to Ring of Kerry (znowu zachodnie wybrzeże)
– wszystkie punkty z Camperparku są campingami (nawet mnie to nie zaskoczyło)
– za prom UK-Irlandia Północna i Irlandia-Walia trzeba zapłacić ok 300 GBP

Podsumowując — obie wyspy kamperom nieżyczliwe, przy czym Irlandia bardzo nieżyczliwa.

Nie miałam najmniejszych problemów z przestawieniem się na ruch lewostronny, acz pierwsze sto kilometrów i dwadzieścia rond zgodnych z ruchem wskazówek zegara to był zdrowy zastrzyk adrenaliny.
Lewostronny ruch nie jest straszny, po tych 100 km nawet mi się podobał, a po powrocie, w Niemczech pojechałam pod prąd, bo człowiek się przyzwyczaja. Szkoda, że nie mają naklejek na kampera “continental driver”, a raczej, jak stwierdziłam po pierwszym dniu “fucking brave continental driver”…

Ominęliśmy większość miast, bo nastawiliśmy się raczej na przyrodę, klify i wrzosowiska. Co się udało.

Tutaj nasze noclegi.
Tutaj zdjęcia.

Całość 4 tygodnie, 9033 km + promy.

2011 — Francja

O Francji napisałam mało.
To była wyrypa wyjątkowa pod względem składu załogi, ponieważ jechała z nami koleżanka Byśka. Było nas więc piątka, a nie czwórka jak zawsze.
Kamper jest zarejestrowany na sześć osób, ale na Ozyrysa, naprawdę nie wiem gdzie tę szóstą położyć spać. To znaczy teoretycznie wiem, ale praktycznie sobie tego nie wyobrażam. Chyba, że szósta osoba jest dzieckiem, hobbitem albo homo floresiensis. Ale w piątkę było w miarę komfortowo i dość zabawnie. Przynajmniej dla nas, jak dla gościa — nie wiem.

Trasa prowadziła po wielkich fortyfikacjach pierwszej i drugiej wojny światowej. Oraz gotyckich katedrach, zamkach, górach i klifach. No klify musiały być. A ocean nocą mruczy jak duży kotek. Bardzo duży kotek.

Francja pod względem kamperów przyjazna. Sporo bardzo tanich miejsc biwakowych, niekoniecznie będących wypasionymi kempingami. Gdzie bardzo tanie to 3-5 €. Parking pod Mt Saint Michelle, który jest na zdjęciu kosztował nas całe 12 € za pięć osób i był drogi. Wodę jest gdzie nabrać, toaletę opróżnić i bez wysiłku zaparkować. Pralnie publiczne są w większych miejscowościach. Jedzenie jest dobre i tanie, melony i oliwę sprzedają przy drogach, rue nationale są darmowe.

W Bretanii i Normandii wieje jak lubię, a temperatura odczuwalna oscyluje w okolicach 20 stopni, w sam raz na moje wampirze upodobania. Wracając zahaczyliśmy o Lazurowe Wybrzeże, gdzie już było więcej niż 20 stopni, co mnie dobitnie przekonało, że nie nadaję się do zwiedzania południa Europy w miesiącach letnich. W październiku w Rzymie było wspaniale.

Z Francji przywieźliśmy mojej matce boreliozę. Przynajmniej porządna, francuska była.

Całość 3,5 tygodnia, 7874 km.
Noclegi tutaj.
Dokumentacja fotograficzna tutaj.

2010 – Norwegia

O Norwegii pisałam tutaj. Wielkim błędem było jechanie tam na pierwszą większą wyprawę. Nigdzie potem nie jest tak pięknie, tak dziko, tak bezpiecznie i tak przyjaźnie dla kamperów. Od kilku lat chcę tam wrócić, ale trzymam ten powrót jak ostatni kawałeczek ulubionego ciastka, ostatni odcinek serialu, pointę dowcipu.

Chwilę po powrocie pisałam tak:

Przejechaliśmy taką trasę. W sumie 10248 km. Trzasnęłam się o około 2,500 w stosunku do planów. Ale za to dni mi się zgodziły i planowo wylądowaliśmy w PL.
Plany były ambitne i najbardziej zależało mi na północy, totalnie olaliśmy Bergen i okolice. I miasta. Jedyne miasto gdzie zjechaliśmy to Trondheim.
Tutaj fotorelacja. Tutaj nasze dokładne punkty noclegowe, jeśli ktoś chciałby skorzystać – zapraszamy.

Wrażeń jeszcze do końca nie ogarnęłam, ale na szybko:

  1. lepiej jest jechać przez Finlandię i wracać przez Danię – my zrobiliśmy odwrotnie i po Norwegii nie umieliśmy już docenić Finlandii. Jeśli ktoś ma wątpliwości którędy jechać – szczerze polecam przeciwnie do wskazówek zegara.
  2. mosty na Cieśninach – po stokroć warto. Naprawdę niesamowite wrażenie, jechać 60 metrów nad Bałtykiem
  3. najtańsza benzyna jest na Shellu i mój Bobek najlepiej na niej jechał
  4. bardzo warto zabrać tyle jedzenia ile się da – to, że żarcie w Norwegii jest drogie to wcale nie żarty
  5. Nordkapp jest faktycznie przereklamowany i drogi jak cholera. Raz warto. Następnym razem będziemy się nastawiać na http://pl.wikipedia.org/wiki/Nordkinn, bo stanowczo zabrakło nam dwóch dni na daleką północ.
  6. na drodze nr 17 serdecznie polecam to miejsce (z boku jest mapka, wg Gógla 65.613193° N 12.365160° E) – bezobsługowy plac z wszystkimi wygodami (woda, ścieki, prąd), wrzuca się do skrzyneczki 60 koron za całość. Doskonała alternatywa dla kempingów, bo jedyne co nas na kempingi ściągało, to potrzeba podładowania paru urządzeń.
  7. cała droga nr 17 jest niesamowita, niestety pogodę trafiliśmy północną i z połowy musieliśmy zrezygnować
  8. są miejsca, gdzie 250 km dziennie główną trasą, to cholernie dużo, co mnie przyznam, zaskoczyło
  9. w Norwegii i Finlandii grzyby (koźlaki i prawdziwki) można zbierać z kampera. Wystarczy zwolnić.
  10. kocham dzień polarny. Chcę mieszkać na Lofotach i suszyć dorsza. Przynajmniej w lecie.

Ja tam jeszcze wrócę.

Te 10248 km to bez promów (w Norwegii i Helsinki-Tallin), więc z GPSa wyszłoby więcej.

Na tym wyjeździe zaczęłam fotografować miejsca noclegowe, oznaczać je współrzędnymi i robić mapki-albumy. Znacznie to ułatwia przypominanie sobie gdzie i kiedy byłam.

2009 — N-E i S-W czyli wakacje na dwa rzuty

Pierwszy tydzień na północy, potem powtórka z Dolnego Śląska, spędzona głównie w kopalniach, sztolniach i bunkrach.

Pierwsza część rowerowo-wodna, suwalsko, biebrzańsko, mazurska. Druga naziemno-podziemna.
To ten rok, kiedy do AJSa w Beskidach jechałam przez Czechy, bocznymi drogami. Nawet się nie zdziwiłam, jak zobaczyłam oznaczenia trasy maratonu MTB, bo droga była szeroka. Wprawdzie rowerzyści patrzyli trochę zdziwieni, jak ich wyprzedzałam kamperem, ale jestem do tego przyzwyczajona. Zdziwienie zrozumiałam dopiero jak wyjechałam po polskiej stronie z owej polnej drogi, a przy niej zobaczyłam oznaczenie Do pieszego przejścia granicznego 2 km.
Wtedy też, zjeżdżając od granicy umarła moja skrzynia biegów i zaczęliśmy się żegnać z Mitsubishi L300 rocznik 1980.

Epokowe odkrycie – GPS Nokii połączony przez bluetooth z telefonem Nokia E50. Jeszcze go gdzieś mam i powinien działać, na popularnym serwisie aukcyjnym ciągle kosztuje koło stu złotych. Od tego roku moje wakacyjne mapy już nie będą takie same, a potrzeba trakowania wyjazdów zacznie graniczyć z obsesją.

Według danych z GPSa:
N-E – 937, S-W – 2065 razem 3002.
Daje to w sumie 7,5 tysiąca kilometrów starym kamperem po Polsce, nie licząc krótkich wypadów i podróży po warsztatach.
A dopiero zaczynaliśmy się rozkręcać.

2008 – Chabry z poligonu

Trochę odważniej, trochę sprawniej. Trasa podobna, bo jakieś atawizmy ciągną mnie nad wodę, nie musi być duża. Mazury, Pomorze, trochę industrialu, dużo bunkrów (które powrócą z wielką klasą w 2011).
Oczywiście lądujemy u AJSa w Beskidach, a stamtąd do znajomych na Roztocze. Trochę nielegalnie, bo kamper był zarejestrowany na trzy osoby, a jechaliśmy w cztery.
Podobało nam się coraz bardziej.

Z obliczeń myszą po mapie – około 2500 km.

2007 – North by Northwest

Pierwsze wakacje spadkowym kamperem Mitsubishi L300.
Polskie latarnie morskie i trochę Dolnego Śląska. Dolny Śląsk muszę powtórzyć, słabość do latarni morskich mi została.

Niestety nie jeździłam wtedy jeszcze z włączonym GPSem w kieszeni, a kamper miał zepsuty licznik, więc nie wiem ile kilometrów przejechałam.
Licząc na oko trasa: Warszawa – Suwalszczyzna – Frombork – latarnie morskie od Krynicy do Świnoujścia – Dolny Śląsk – Istebna – Warszawa, to około 2000 km.