2010 – Norwegia

O Norwegii pisałam tutaj. Wielkim błędem było jechanie tam na pierwszą większą wyprawę. Nigdzie potem nie jest tak pięknie, tak dziko, tak bezpiecznie i tak przyjaźnie dla kamperów. Od kilku lat chcę tam wrócić, ale trzymam ten powrót jak ostatni kawałeczek ulubionego ciastka, ostatni odcinek serialu, pointę dowcipu.

Chwilę po powrocie pisałam tak:

Przejechaliśmy taką trasę. W sumie 10248 km. Trzasnęłam się o około 2,500 w stosunku do planów. Ale za to dni mi się zgodziły i planowo wylądowaliśmy w PL.
Plany były ambitne i najbardziej zależało mi na północy, totalnie olaliśmy Bergen i okolice. I miasta. Jedyne miasto gdzie zjechaliśmy to Trondheim.
Tutaj fotorelacja. Tutaj nasze dokładne punkty noclegowe, jeśli ktoś chciałby skorzystać – zapraszamy.

Wrażeń jeszcze do końca nie ogarnęłam, ale na szybko:

  1. lepiej jest jechać przez Finlandię i wracać przez Danię – my zrobiliśmy odwrotnie i po Norwegii nie umieliśmy już docenić Finlandii. Jeśli ktoś ma wątpliwości którędy jechać – szczerze polecam przeciwnie do wskazówek zegara.
  2. mosty na Cieśninach – po stokroć warto. Naprawdę niesamowite wrażenie, jechać 60 metrów nad Bałtykiem
  3. najtańsza benzyna jest na Shellu i mój Bobek najlepiej na niej jechał
  4. bardzo warto zabrać tyle jedzenia ile się da – to, że żarcie w Norwegii jest drogie to wcale nie żarty
  5. Nordkapp jest faktycznie przereklamowany i drogi jak cholera. Raz warto. Następnym razem będziemy się nastawiać na http://pl.wikipedia.org/wiki/Nordkinn, bo stanowczo zabrakło nam dwóch dni na daleką północ.
  6. na drodze nr 17 serdecznie polecam to miejsce (z boku jest mapka, wg Gógla 65.613193° N 12.365160° E) – bezobsługowy plac z wszystkimi wygodami (woda, ścieki, prąd), wrzuca się do skrzyneczki 60 koron za całość. Doskonała alternatywa dla kempingów, bo jedyne co nas na kempingi ściągało, to potrzeba podładowania paru urządzeń.
  7. cała droga nr 17 jest niesamowita, niestety pogodę trafiliśmy północną i z połowy musieliśmy zrezygnować
  8. są miejsca, gdzie 250 km dziennie główną trasą, to cholernie dużo, co mnie przyznam, zaskoczyło
  9. w Norwegii i Finlandii grzyby (koźlaki i prawdziwki) można zbierać z kampera. Wystarczy zwolnić.
  10. kocham dzień polarny. Chcę mieszkać na Lofotach i suszyć dorsza. Przynajmniej w lecie.

Ja tam jeszcze wrócę.

Te 10248 km to bez promów (w Norwegii i Helsinki-Tallin), więc z GPSa wyszłoby więcej.

Na tym wyjeździe zaczęłam fotografować miejsca noclegowe, oznaczać je współrzędnymi i robić mapki-albumy. Znacznie to ułatwia przypominanie sobie gdzie i kiedy byłam.

Anny-Marii przygody lingwistyczne

— Nie mam kajaka, samolotu, konika… — marudziłam za kierownicą, mijając samochody ciągnące bardzo dziwne rzeczy, tak dziwne, ze wypchany żywnością na cztery tygodnie kamper wydawał się zupełnie zwyczajny.

Mój niezawodny nos kazał mi zjechać z trasy, wjechać w ulicę wzdłuż nabrzeża, na której z trudem się zmieściłam, tylko po to, żeby nadłożyć 3 km, a na końcu trasy dojechać do bazy okrętów Bundesmarine. A potem znalazłam się w kraju z językiem, przy którym niemiecki wydał się znajomy i przyjazny. Dziwni Holendrzy mijający nas po drodze okazali się Duńczykami i rodzinapatologiczna znalazła się w kraju „Wszystko czerwone”. Przez Joannę Chmielewską Dania nigdy nie będzie normalna. A przez Hillerod przejechałam tak dla zasady.

Im dalej w las tym więcej drzew, co może nie jest prawdziwym zdaniem, jak się jedzie na daleką północ, gdzie rośnie głównie chrobotek reniferowy. Ale lingwistycznie Norwegia okazała się niesamowitą mieszaniną niemieckiego, angielskiego i holenderskiego. Szczęśliwie wszyscy poniżej pięćdziesiątego roku życia mówili po angielsku, a słysząc obcy język, nawet między sobą płynnie przechodzili na lingua franca. Mam podejrzenie, że jest to kwestia metod uczenia, niewydolności systemu szkolnego, a nie słowiańskiego matołectwa, bo nie wierzę, że potomkowie amatorów zgniłego dorsza są jacyś zdolniejsi niż potomkowie naszej husarii. Tyle, że dorsze po angielsku płynnie, a husaria w mniejszym stopniu.

Nie dawałam się lingwistycznie zaskakiwać. Dałam radę w Szwecji, Norwegii. Pokonała mnie dopiero Finlandia, gdzie musiałam panią zza kasy wywlec, żeby mi pokazała gdzie stoi mleko. I dobrze, że wywlekłam, bo złapałam się za jakiś kefir, a w kartony z płynem gapiłam się naprawdę długo.

Słowianie to bracia i chętnie podtrzymują kontakty. Z Czechami dogadywałam się bez problemu i z minimalną koniecznością sztukowania się angielskim. Schody zaczęły się, kiedy do naszej dzielnej załogi podszedł miły pan ze złotym zębem na froncie i zapytał:

— Wy gawaritie pa ruski?

— Niemnoszka! — odpowiedziałam radośnie, ponieważ znam luźno wybrane słowa, a do pozostałych doklejam rosyjskie końcówki i elegancko zaciągam z suwalska.

— Nas uczyli w szkole, jak my byli druzja! — poinformowałam gorliwie Rosjanina, nieco stropionego moją odmianą rosyjskiego.

Przytomny AJS, który najwyraźniej uważał na lekcjach i jakoś mu lepiej szło, przechwycił zagubiona ofiarę, nie pozwalając mi nacieszyć się umiejętnościami komunikacyjnymi, które najlepiej oddaje zdanie „pa paliach wrony łażut i kraczut”.

Udzielił panu wyczerpujących informacji na temat promów z Moskenses i sposobów płatności i prawie nie dopuścił mnie do głosu. Gdzie prawie jest kluczowe.

Rozstaliśmy się życzliwie i w przyjaźni, tylko AJS był jakiś nieswój i zadumany, patrzył na mnie bardziej krytycznie niż zwykle i, chyba pod wpływem mojej ogłuszającej elokwencji, zapytał:

— Ale dlaczego zapytałaś go czy ma kredytowy kartofelek?

Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie, wydawało mi się tylko, że kartoszka lepiej pasuje niż kartinka, i nie chciałam wyjść na głupka pytając człowieka o kredytowy obrazek.

No to mi faktycznie, świetnie wyszło.

A pół roku później na Ukrainie poprosiłam o „zjemnjaki i jarzynu”. Własny syn wtedy chciał mnie ze wstydu zabić.

– Przecież JUŻ WIEDZIAŁAŚ JAK JEST KARTOFELEK!!!