2013 — półwakacje w górach

W wyniku zawirowań na urlop miałam tydzień. Może i lepiej, bo samochód był zaniedbany, elektroblok czyli serce układu elektrycznego w kamperze zaczął znowu szwankować, solar na dachu przeładowywał akumulator pokładowy i ilość spadających na mnie małych nieszczęść okazała się być nieco przytłaczająca. 
Wykombinowałam tydzień i pojechałam na południe. Plan był taki, żeby pojechać na Jurę, pojeździć rowerami, wpaść w Tatry na Polanę Rogoźniczańską i tradycyjnie zakończyć wyrypę w Beskidach.

W praktyce okazało się, że prąd raz jest, raz go nie ma, zupełnie jak ten kierunkowskaz u milicjanta (pracuje, nie pracuje, pracuje, nie pracuje). Prąd więc zanikał, aż zniknął na dobre. Bez prądu i wody da się żyć, ale nie było też gazu, do odpalenia którego prąd jest konieczny. Ciemno, brudno i głodno, bez kawy, to było dla mnie za dużo. Wprawdzie o poranku AJS zaparzył kawę na ognisku, ale nie tak miał wyglądać jedyny mój tydzień wakacji w tym roku.

Pojechaliśmy do Krakowa do najbliższej zgóglanej stacji serwisowej Elcamp. Elcamp powiedział, że tak bez umówienia, z jakąś głupią awarią, to my możemy sobie na podwórku, za niewielką opłatą przenocować, ale naprawa kampera, to raczej we własnym zakresie albo za dwa tygodnie. Tłumaczyłam, że awaria, że do domu daleko, że wakacje, że urlop —  panowie byli niewzruszeni. Nie zadziałał nawet mój uśmiech do szóstek i urok osobisty. Na przyszłość będę pamiętać —  są miejsca, gdzie awarie jedynie planowane. Elcamp, nie polecam. Rozczarowaliście mnie.

Na szczęście mam łebskich przyjaciół w Krakowie. Zadzwoniłam. Kumpel-elektronik przyjechał, nawet niespecjalnie zdziwiony moją nietypową propozycją naprawy kampera na parkingu przed warsztatem. Spędził upojny dzień leżąc z miernikiem na schodach kampera. Zlokalizował uszkodzenie, namówił pracowników Elcampu do przelutowania płytki i prowizorycznie instalację uruchomił. Uruchomienie polegało na tym, że trzeba było podskoczyć, jak prąd zanikał. I wtedy wracał.

Wakacje udało się uratować, ale Jura została daleko za nami. Pojechaliśmy więc w Tatry, w miejsce gdzie po maturze chodziliśmy na kremówki i wszystko się zaczęło.

Udało mi się wtedy zapomnieć, że nie mam już dwudziestu lat. 

Całość skromniutko 1096 km.

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s