Arco – ekonomiczny przewodnik dla wspinaczy i turystów

O mitycznym Arco słyszał chyba każdy wspinacz skałkowy – słoneczna dolina łącząca zalety włoskiej riwiery i wspinaczkowego refugium.

Dolina Sarca
Dolina Sarca

Pierwszy raz pojechaliśmy tam w 2016, dosłownie na kilka dni, w czasie tripu Austria-Włochy 2016. I się zakochaliśmy.

Arco ma cechy rejonu idealnego – pogoda jest stabilna, wspinania jest MASA, zaplecze logistyczne jest bardzo łatwe i jest – relatywnie – blisko.

Po pierwsze – dojazd

Do Arco najłatwiej dostać się samochodem. Odległość drogowa to około 1500 km, praktycznie tylko autostradami. Pakujemy się pod domem, witamy słońce, gaz w podłogę i na wieczorną pizzę meldujemy się w Arco, po 16 h nieśpiesznej jazdy. Nasza Hanuszka ma obrys tostera, więc na autostradzie jeździmy raczej zgodnie z przepisami, a jej upodobania dietetyczne (LPG) niezbyt przystają do kuchni austriackiej – prawie godzinę zmarnowaliśmy pod Innsbruckiem szukając stacji!

Droga z widokiem na Lago Garda
Droga z widokiem na Lago Garda

Pamiętajcie, że czekają was dodatkowe opłaty drogowe:

  • za autostrady w Austrii – winietka na 10 dni kosztuje 9 €, ale oszczędzamy bezcenny czas,
  • za przejazd przez Przełęcz Brenner – kolejne 9 €, tutaj w zasadzie nie mamy sensownej alternatywy
  • na końcu za autostradę we Włoszech – przejazd Brennero – Trento Nord (Trydent) to ok 10 €, natomiast jeśli chcielibyśmy pojechać autostradą aż do Rovereto (umiarkowanie korzystna czasowo-widokowo opcja) to zapłacimy około 2 € więcej.
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin
Niemiecka autostrada. I tak przez 12 godzin

Po drugie – mieszkanie

Włochy to kraj cudownie przyjazny spaniu „na dziko” – praktycznie wszędzie wolno, carabinieri się niczego nie czepiają, a miejscówek w turystycznych rejonach jest wyjątkowo dużo. Mimo tego, w Arco i okolicach jest kilka przystępnych kempingów, na wypadek potrzeby ablucji w wodzie cieplejszej niż górska rzeka.

Najmilsze wspomnienia mamy z Agricampeggio Paolino w Pietramuracie, gdzie zapłaciliśmy 22€ za nocleg dla 2 osób z prądem, ale spaliśmy w Hanuszce, za to w cieniu Parete Zebrata. Podczas pierwszej wizyty w Arco zajechaliśmy na Camping Zoo w samym Arco, tuż pod zerwami Monte Colodri (5 minut od Ferraty Colodri), ale trzeba doliczyć dodatkową opłatę za miejsce kempingowe, około 10 €, czyli już 30 € za dwie osoby. Połowę drożej.

Campeggio Paolino pod Parete Zebrata
Campeggio Paolino pod Parete Zebrata

Jeśli przyjechaliście kamperem, można zaparkować w samiutkim Arco, nad rzeką, na wielkim parkingu przy mostku i lodziarni (cennik jak za normalny parking) lub kawałek w głąb miasta, na parkingu przy szpitalu (8€ za noc), ale co warto odnotować – jest tu darmowe ujęcie wody (w tym pitnej) oraz możliwość wylania ścieków (w tym toalety!)

Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip
Parking w centrum Arco, zwracamy uwagę na stary zderzak, chlip, chlip

A na dziko?

Najwięcej osób śpi przy jeziorze Cavedine – praktycznie cały południowo-wschodni brzeg usiany jest zatoczkami i parkingami, zachęcam przyjechać najpóźniej o 19, bo miejsca są rozchwytywane! Pewną wadą popularności i „legalności” tego miejsca są liczne ślady bytności ludzkiej w lasku nieopodal.

Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine
Nocleg na dziko nad Lago di Cavedine

Jedzenie najtaniej kupować w dużych sklepach, w Sarche jest bardzo dobrze zaopatrzony sklep-moloch, a w Arco jest Lidl. W Dro można kupić lokalne frukty przy drodze, na przeciwko kolejnego supermarcato.

Dojechaliśmy, przespaliśmy się, to najwyższy czas iść w skały!

Zależnie od naszych celów i lokalizacji mamy kilka możliwości. Jeśli chcemy wspinać się „sportowo”, ale w kategoriach wagowych „bez-napinki”, bądź rodzinnie – zdecydowanie warto odwiedzić Muro Del’Asino na północno-zachodnim zboczu Monte Colodri – polecamy przejście ferratą z kempingu.

Jeśli jesteście doświadczonymi turystami górskimi, powiem obrazowo że ta ferrata jest znacznie łatwiejsza od Orlej Perci, można na nią iść z dziećmi, jedno miejsce wymaga umiejętności wchodzenia po drabinie ;)

Po drugiej stronie doliny jest sektor L’Orto – tam wspinanie jest bardziej zróżnicowane i „sekcja sportowa” też będzie miała się na czym namęczyć – drogi sięgają 8a, z bogatym wyborem skradankowych 6-tek, i fajnymi, technicznymi 5-tkami. Można też odwiedzić Placche di Baone, wielki połóg z tarciowymi drogami od 3a do 6a, na pewno będzie to dobre ćwiczenie przed wspinaniem na Parete Zebrata!

Jak przyjechaliście do Arco robić cyfrę życia – to zachęcam nastawić się na drogi od 7a w górę – łatwiejsze często są wyślizgane ZNACZNIE bardziej niż nasza Jura! W takim wypadku trzeba wspomnieć o słynnym Massone, murze skalnym po drugiej stronie rzeki. Dojazd jest opisany znakami „Falesia Policromuro” ale uwaga! duże samochody nie przejadą przez uliczki w San Martino i należy przygotować się na około kilometrowy spacer pod górę. Hanuszką przejechaliśmy z niedużym zapasem, na parkingu pod sektorem nie stało nic większego od VW Transportera. Tam też można nabrać wody pitnej.

Massone przedstawiać nie trzeba, to najsłynniejszy sektor w Arco, drogi idą w pionach i lekkich przewieszeniach a wyceny wahają się od 5, do 9a, niestety do 6c drogi są bardzo śliskie, ale przynajmniej gęsto obite.

W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia
W końcu nie przyjechaliśmy po cyfrę życia

Wielowyciągi <3

Tym, z czego słynie dolina Sarca, są długie – wielowyciągowe – drogi sportowe, ze wspomnianą kilkukrotnie – i najsłynniejszą chyba – Parete Zebrata, oferującą drogi od 3 do 15 wyciągów, (90-400+ metrów) i wycenach „od góry do dołu”, w większości obitych dość luźno, więc dobrze wybierać drogi poniżej swojego limesa.

Drugim miejscem wartym odwiedzenia jest Piccolo Dain w Sarche, drogi takie jak Orrizonti Dolomitici czy Moonbears to nowości które już doczekały się miana „klasyków”. Mimo (nie)ciekawego startu trójkowym trawersem nad elektrownią wodną, wspinanie jest wybitne!

Spragnionym górskich wrażeń nie umkną zerwy Monte Brento i Monte Casale. Sięgające 1300 m deniwelacji urwisko to idealny poligon dla wspinaczy wielkościanowych. Drogi rzadko mają mniej niż 20 wyciągów i często wymagają umiejętności zakładania własnej asekuracji.

Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle
Marocche di Dro i spiętrzenie Monte Brento w tle

Ten, kto ma dość męczenia się w pionie, może przejść się na spacer na Marocche di Dro. Ten księżycowy krajobraz w cieniu Monte Brento to wielkie osuwisko, które ruszyło około 2000 lat temu. Co ciekawe, na niektórych głazach zostały znalezione odciski stóp dinozaurów, także miejsce jest wybitnie interesujące dla dzieci i… geologów!

To są podobno ślady dinozaurów. No, może...
To są podobno ślady dinozaurów… No, może.

Gdyby upał stał się nieznośny to w miejscowości Ceniga, pamiętającej czasy Imperium Romanum, o czym świadczy most o rzymskich założeniach, nacieszymy się kąpieliskiem, o przyjemnym, kamienistym charakterze. Fani adrenaliny mogą spróbować skoków z poręczy tego mostu. Nie mierzyliśmy ile ma on wysokości ale leci się całkiem długo ;)  Tu możecie zobaczyć ten skok na naszym Instagramie! Uwaga na podwodne skały przy zachodnim brzegu!

W wypadku załamania pogody (coś takiego istnieje we Włoszech?)  albo zmęczenia wspinaniem (coś takiego istnieje w ogóle?) południowy brzeg Gardy usiany jest rzymskimi zabytkami. Zwłaszcza warto odwiedzić muzeum i ruiny świątyni kapitolińskiej w Brescii. Cena jest umiarkowana, ale warta każdego grosza!

IMG_20180819_162843_HDR
Bysiek patrzy na rzymskie gruzy w Brescii, gruzy patrzą na Byśka

Powspinane, pora odpocząć

Jedno (?!) popołudnie warto poświęcić na buszowanie w sklepach, ceny w Arco są rewelacyjne, a o lepszym asortymencie nie można nawet marzyć. Półki uginające się pod ciężarem lin i koszyki z których wysypują się karabinki to lokalny standard. Ciężko nie popaść w szopingowy szał!

Główny deptak Arco oferuje kilka przepysznych pizzerii, łącznie ze słynną wśród wspinaczy Le 3 P, skromną, ale przepyszną. No i tanią!

Pizza fi 50cm
Małgorzata i pizza fi 50cm

Podsumowując – jedźcie do Arco!

Poza wspinaniem jest tam masa szlaków, ferrat, tras rowerowych (od spacerowych po downhill), można poleżeć na plaży czy nawet pływać na „kajcie” – robić czego tylko dusza zapragnie! To chyba jeden z najbardziej urozmaiconych outdoorowych placów zabaw w Europie.

Bibliografia:
Arco Walls, Versante Sud
Arco Rock, Versante Sud
Noclegi: aplikacja Park4Night

Wspinaj się, żeby mieć z tego frajdę

Wspinaczka to przede wszystkim droga w głąb siebie, a większość przejścia drogi, to nie tylko siła mięśni, ale przede wszystkim siła woli. Brzmię jak smętny filozof? Każdy dobry wspinacz jest trochę mistykiem, a ja mam ambicje być dobrym wspinaczem!

Zaczynając swoją podróż do „mitycznego 8a”, fajnie poznać każdy rodzaj wspinaczki, bo zupełnie czym innym jest buldering, a czym innym wspinanie z liną. Raczej nie ma jednej uniwersalnej metody która spowoduje że będziesz mistrzem wszystkiego. Chyba, że olimpijskim, ale o tym kiedy indziej.

Ja na przykład nie cierpię bulderów i niejeden kryzys miałem przez to że mój trening bardzo długo opierał się głownie na nich, a ktoś mi wmówił że robienie baldów przełoży się na wspinanie z liną i tak trzeba. A nie trzeba.

Haczenie piętą
Haczenie piętą

Jedyne, we wspinaniu co musisz — to się dobrze bawić. To wystarczy, a „cyfra” będzie rosła niejako przy okazji. Wyćwiczysz różne rodzaje ruchów, zaczniesz rozumieć o co chodzi z optymalnym ustawieniem, i w ten sposób, doskonaląc się samemu, dożeglujesz do, mniej więcej, 6b, a może nawet trochę dalej. Nasze wspinanie to zawsze, mniej lub bardziej, trening. Jeśli chcesz wyjść poza to 6b, potrzebujesz trenera. Doświadczony trener ułatwia trening, bo wie co powinniśmy robić żeby nam szybciej „rosło”. Idealnie jest mieć plan treningowy dopasowany pod nasze własne cele i potrzeby, uwzględniający nasze mocne strony i słabości.

Warto poszukać trenera który wspina się tak jak my lubimy. Jeśli celujesz w buldery, nie idź na zajęcia do ludzi, których najlepsze przejścia to przejścia górskie! I co równie ważne nie ma sensu szkolić się u osoby z którą się źle dogadujemy. Dotyczy to zarówno kursów, jak i regularnych zajęć. Środowisko wspinaczkowe jest o tyle specyficzne, że szkoli kursantów, nie tylko jako klientów, ale też jako potencjalnych partnerów. Przynajmniej tak głosi motto w jednej z taternickich baz, bardzo bym chciał w to wierzyć. Bo dobry partner we wspinaniu to podstawa.

Jurak Krakowsko-Częstochowska, Mirów
Jurak Krakowsko-Częstochowska, Mirów

Warto założyć sobie jakiś plan rozwoju, nawet bardzo ogólnikowy, typu „chcę się dużo wspinać w skałkach na Jurze”, „chce się wspinać w Alpach” albo
„będę się tylko wspinać na sztucznej ściance”, bo każdy z tych celów będzie wymagał innego przygotowania, przykładowo w granitowych Tatrach nie spotkamy typowych dla Jury dziurek.

Wielu ludzi, w tym i ja, powie, że esencją wspinania jest wspinanie w naturze, nie na „paździerzu”, a co gorliwsi (w tym i ja ;) że liczą się tylko góry, a sztuczna ścianka to tylko sposób na ćwiczenie „buły”, bo nawet najbardziej finezyjne ruchy na panelu rzadko mają coś wspólnego z tymi w naturze.

Ale kim oni wszyscy są żeby Ci mówić jak masz żyć? Wspinaj się tak, żeby mieć z tego frajdę.

Szukając instruktora zawsze warto popytać znajomych, kogo polecają i dlaczego, no i oczywiście szczerze pogadać z ludźmi do których się chce zapisać. Wspinaczka to przede wszystkim droga w głąb siebie, a większość przejścia drogi, to nie tylko siła mięśni, ale przede wszystkim siła woli. Brzmię jak smętny filozof? Każdy dobry wspinacz jest trochę mistykiem, a ja mam ambicje być dobrym wspinaczem!

Jakie są korzyści ze wspinania?

Oczywiście kształtowanie ciała i ducha, oczywiście bycie częścią super środowiska. Ale przecież góry wysokie to jedne z ostatnich ostoi prawdziwej dzikiej przyrody. Miejsc, gdzie jesteśmy sam na sam z naturą, przestrzenią i… samym sobą. Dlatego wspinaczka, to jedna z tych aktywności, które nie tylko są przyjemne, ale dają nam możliwość poznawania, nawet odkrywania zupełnie nowych miejsc. Również w sobie.

Wielowyciągówka Tatry
Wielowyciągówka Tatry fot. Anka Gula

Jak tylko mogę, to wspinam się w górach albo skałach, ale w codziennej rzeczywistości głównie trenuję na warszawskim Makaku, czasem sam, czasem na zajęciach zorganizowanych, zawsze z zamysłem żeby ćwiczyć do letniego sezonu w „naturze”. Mam to z tyłu głowy gdy planuję sobie zadania na treningu. Zwykle przedkładam wytrzymałość nad czystą siłę, dlatego nie mam parcia na takie wyczyny jak podciąganie się na jednej ręce. Co mi po tym że się to zrobię raz, na tysiąc metrowej drodze? Uważam że praktyczniejsze jest zbudowanie „zapasu” żeby mieć czas się zastanowić w krytycznym, trudnym momencie i zaplanować dalszą część drogi.

Jak wspomniałem, nie lubię bulderów, robię je raz na ruski rok, głównie żeby się pobawić albo na rozgrzewkę. Lubię drogi mocno przewieszone, po bardzo dobrych chwytach, wymagające specyficznych technik, np. podhaczania palców czy pięt, jednak najbardziej „moją” formacją są pionowe (lub bardzo lekko przewieszone) płyty, zwłaszcza drogi po małych krawądkach lub dziurkach, wymagające balansu i delikatności w ruchach.

Ambitnie wspinam się od czterech lat, aktualnie na poziomie około 7b.

Rejon Vajont
Żabi Koń, Dolina Kobylańska

 

Jak trenować żeby było i fajnie, i miło?

Złotą zasadą, którą wyznaję, jest to, że mimo wszystko wspinaczka ma być przyjemna. Również trening. Robimy to, co robimy, bo to kochamy, a nie bo jesteśmy mięśniakiem z nastawieniem na wynik. Owszem, wynik określa nasz postęp. Ale postęp nie określa naszego wyniku.

Po pierwsze, wspinaczka jest jak gra na gitarze. Nieważne ile książek o tonacji molowej przeczytasz, nieważne ilu gitarzystów na youtubie obejrzysz, dopóki nie spędzisz z „wiosłem” wielu, wielu godzin, nie nauczysz się grać. Więc po pierwsze:
Trzeba robić metry.
Nie ma to tamto, zwłaszcza na początku po prostu trzeba mieć kontakt ze ścianą. Bez pracy nie ma kołaczy, ale chyba o te metry nam chodzi?

20150208_150022_IMG17617.JPG
2015 — nieprecyzyjne wstawienie

Po drugie, po co się męczyć?  Najtrudniejsze, czego uczą w tej zabawie, to jak oszczędzać siły albo jak odpoczywać. Kilkoro znajomych pytało mnie ile razy się podciągam. Odpowiem oględnie — niewiele. A znam takich, lepszych od siebie, co prawie wcale.

Ideologicznie , wspinaczka to nie sztuka podciągania się, tylko wchodzenia po ścianie. Wchodzenia. Na nogach. Dopóki wspinamy się po dobrych chwytach (tzw. „klamach”), wciąganie na rękach coraz wyżej jest kuszące, ale wystarczy, że droga choć minimalnie nie przypomina „drabiny” i ta pseudotechnika przestaje się sprawdzać. Więc po drugie — oszczędność sił.

20161211_173859_DSC_0049.JPG
2016 — prawdziwa siła techniki się nie boi

Po trzecie, oczywiście pomijając kwestie bezpieczeństwa, najważniejszym organem wspinaczkowym nie jest biceps, tylko mózg. Nieprzypadkowo o wspinaczkowych trudnościach mówimy „problemy”. Sekwencja przechwytów to wykute w skale zagadki, które trzeba rozwiązać. Wiedząc że nie powinniśmy się — niepotrzebnie, czasem inaczej się nie da — męczyć, wychodzi opracowanie patentów, czyli wymyślenie jak trudne miejsce przejść — i nie spaść! Nie bójmy się myśleć.

To chyba całkiem proste, że żeby było lepiej, musimy się po prostu wspinać, to jeszcze mamy starać się nie męczyć, a po drodze największą trudnością są puzzle jak się ustawić? W teorii — tak jest, w praktyce — żaden z elementów wcale nie jest dla początkującego ani trochę łatwy!

20171127_174936_IMG_2448.JPG
2017 — kombinacja przypaku i postęp techniczny

Nie ma co się zniechęcać początkowymi niepowodzeniami, ale też zbytnio napalać szybkim przejściem przez łatwiejsze stopnie trudności. Rozwój jest jak czarodziej Gandalf — nie przychodzi zbyt szybko, bądź zbyt wolno, tylko wtedy kiedy powinien.

Jedyną słuszną metodą jest… wspinać się!

Ale będzie tam wspinanie?

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia. Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych — Bysiek o wspinaniu.

„Ale będzie tam wspinanie?” to od paru lat najważniejsze pytanie które zadaję jak matka-kapitan składa propozycję trasy bądź wariantu.

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia, mniej lub bardziej fanatycznie, mniej lub bardziej z przyległościami. Od dawna.

Seniorska część załogi swoją złotą erę wspinania miała na przełomie lat ’80 i ’90, w takich warunkach, które tak mnie, jak moich równolatków, przyprawiają o mdłości. Potem nastąpiła dwudziestoletnia przerwa — z miejsca pozdrawiam jako jej główny sprawca — zakończona chwalebnym renesansem lat temu kilka.

Rodzinny etos zawsze miał gdzieś w tle górskie życie, czy to jako prześmiewcze powiedzonko jestem dupa, nie taternik, czy używane przeze mnie, już bodaj ośmioletniego — „Jestem synem dwójki taterników i speleologa”, co nawet poniekąd było prawdą. Szczególną radość znajdowałem w odpowiadaniu w ten sposób wszelkiej maści przedszkolankom i nauczycielkom, które były PEWNE że zaraz spadnę z tego drzewa/drabinek/słupa średniego napięcia. Nie spadałem.

1990.07-22_17
Sekcja senioralna w wieku juniorskim 1990 na Świstówce

Mimo to, nikt nie był zawodnikiem. Nikt nie miał na koncie ekstremalnych przejść skałkowych. Etos wspinacza w domu był etosem taternika-alpinisty. Ale rekreacyjnego, łojanta-hobbysty-wagabundy, jedzącego Konserwę Turystyczną™, waletującego w Pięciu Stawach i śpiącego pod głazem w tatrzańskiej Pustej Dolinie.

Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych (zapis kopalny wskazuje na przełom mileniów), a dopiero pod koniec gimnazjum uznałem, że chce się w to bawić.
W roku pańskim 2010, jesienią, robię kurs wspinaczki na sztucznej ścianie.

W zasadzie aż do matury wspinałem się mocno rekreacyjnie, rzadko częściej niż raz na dwa czy trzy tygodnie, na niewygórowanym poziomie trudności. A potem poszedłem na studia. Trafiłem na obowiązkowy wuef, na który po raz pierwszy od początku edukacji chodziłem z radością. A chodziłem nie tylko na swoje zajęcia, ale tak często, jak tylko było wolne miejsce w grupie. Czasem po trzy razy w tygodniu. Bo z całej bogatej oferty UW, wybrałem oczywiście wspinaczkę. Tu warto odnotować, że przez dwanaście (!) lat szkoły, WF był moim znienawidzonym przedmiotem, i migałem się z niego jak tylko mogłem. Prosto z WF-u trafiłem do uniwersyteckiej sekcji AZS, i to właśnie tam zaczęło się moje wspinanie „na poważnie”, dwa razy w tygodniu pod okiem trenera.

Kilka semestrów regularnego treningu i regularne weekendowe wypady na ścianę z rodziną czy znajomymi przyniosły rezultat — wspinałem się coraz lepiej, i gdy mniej więcej już wiedziałem którym końcem liny się związać, który but jest lewy i jak odróżnić karabinek od karabinu — zrealizowałem marzenie, które miałem w głowie od momentu wkręcenia się we wspinanie.

Zrobiłem kurs taternicki. Było lato 2016.

Kurs to prawie dwa tygodnie „łojenia” w górach, dróg nietrudnych, co prawda rzadko wycenionych wyżej niż V, ale nieprzygotowanych tak, jak drogi na sztucznych ściankach czy nawet w skałkach. A czasem nieprzygotowanych wcale. To znaczy, że nie ma założonych punktów do asekuracji, nie mówiąc o ekspresach. Nie tylko trzeba mieć ze sobą własne ekspresy, jak przy wspinaniu sportowym, ale czasem też wbijać haki czy wkładać specjalne kostki w skalne szczeliny, by mieć gdzie te ekspresy wpiąć. Pewne, metalowe kotwy, wwiercone głęboko w skałę, to w górach rzadkość, a każdy punkt asekuracyjny, który zakładamy samodzielnie ma szansę wypaść, nieprzyjemnie wydłużając nasz lot.
Dodajmy do tego specyficzną budowę Tatr, z mnóstwem półek i półeczek, na które można boleśnie spaść, to zrozumiemy dlaczego walor moralny takiego wspinania jest znacznie większy. Założenie jest proste — w górach, „na własnej”, się nie odpada od ściany. Po prostu nie.

14224918_1093865827316768_2705728140086920340_n.jpg
Kosmołata na Mnichu fot. Maciej Tertelis

A po kursie, jak miałem formę roku, pojawił się Maciej.
Maciej się zna z rodziną od wspomnianych lat 80, tylko że — w przeciwieństwie do nich — nie wypadł z obiegu na 20 lat. Pojawił, i zapytał Siwą, czy może mi zaproponować wyjazd– w końcu syn znajomej, do tego jedynak, kurtuazji musiało stać się zadość. Po czym, zupełnie jak w szancie, zadzwonił do mnie pytając „Stary, czy masz czas?”
Miałem. Pojechaliśmy. W jeden weekend na Mnichu wytyczyliśmy Kosmołatę, a na Kazalnicy powtórzyliśmy Schody do Nieba.
Na kultowej Kazalnicy. Zerwuni, Polskiej ścianie ścian. Jako że był to mój pierwszy wyjazd jako — całkiem świeżo upieczonego — taternika, a prowadzenie nowych dróg jest najbardziej prestiżowym wyczynem, często cenionym wyżej niż przechodzenie dróg trudnych sportowych, zacząłem z wysokiego C. A nawet C+.

We wrześniu pojechaliśmy rodzinnie w Dolomity. Och, niech żałuje kto tego nie widział, komizm kłótni o wyższość „starego nawyku” nad „gorliwością neofity” jest nie do powtórzenia na sucho. Rodzina przekonała się że stare kości warto rozruszać, bo tak jak było to fajne w 92, tak fajne jest teraz, a postęp techniczny i gonienie Zachodu spowodowało że można wspinać się w czymś innym, niż uprząż szyta z pasów samochodowych, czy asekurować sprzętem wyższej jakości niż czekan zrobiony przez kumpla w garażu. Tak, to były heroiczne czasy.

Zimą liznąłem wspinania w lodzie, a tego lata zrobiliśmy z Maciejem jeszcze dwie nowe drogi. Ale to już późniejsza historia.

W ciągu ostatnich lat, zaczynając jako kompletny żółtodziób, skończyłem jako taternik z nowymi drogami na koncie. Gdzie poniesie przyszłość? Zobaczymy.