Climbfulness

Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, tak teraz się wspinam. Na własnych warunkach, powoli, uważnie. Uprawiam climbfulness. Łapię z życia tyle, ile się da.

Mam sześć lat i ADHD. Spadam z tarasu, przecinam sobie dwa kluczowe mięśnie w nodze. Mam dwanaście lat – żeby chodzić, przechodzę ciężką operację ortopedyczną, do końca życia utykam. Oprócz tego, że mam jedną nóżkę bardziej, to noszę okulary z grubymi szkłami, nie umiem biegać i boję się piłki. Całą szkołę i studia mam zwolnienie z WF-u i jestem klasową wyśmiewaną lebiegą.

Ale chodzić mogę, w połowie liceum zaczynam powoli chodzić po górach. Powoli jest tu kluczowe. Teraz powiedziałabym „uważnie”. Do matury przechodzę wszystkie legalne szlaki w Tatrach i kilka nielegalnych. Zaczynam myśleć o wspinaniu – tylko po to, żeby wchodzić na szczyty, na które nie prowadzą szlaki, unikać tłumów i robić zdjęcia. Nie interesuje mnie rywalizacja, nie mam sportowych ambicji. Fałszuję kartę zdrowia sportowca i w 1990 robię kurs taternicki. Zaczynam chodzić po górach szlakami nieoczywistymi. Lubię ścieżki pod ścianę, nagrzane słońcem granitowe płyty, herbatę na szczycie i wygodne stanowiska. Stanowisko na drodze wspinaczkowej, to miejsce, gdzie wspinacze się spotykają, zazwyczaj jeden idzie, a drugi go asekuruje. Dobrze jest się spotkać i posiedzieć na słońcu.

1990, taras w Pięciu Stawach
1990, taras w Pięciu Stawach

Jeżdżę w skałki, gdzie jest ciepło, słonecznie, można leżeć na trawie i czasami się powspinać. Siedzę przy ognisku z ludźmi, którzy z czasem staną się krajową czołówką. Wspinam się najsłabiej, ale nikt nie wymaga od pingwina, żeby latał. Wystarczy, że tam siedzę i jestem. Moje wspinanie to nieustająca walka z ciałem, które nie zawsze ze mną współpracuje. Czasem myślę, jak świetna byłabym w innym ciele. Potem wsiadam na rower, idzie mi znacznie lepiej, obie nogi nagle okazują się takie same. Podobnie jest z nartami.

UŚMIECHNIĘTA MAŁPA

Ale gdzieś w duszy cały czas jestem wspinaczem, i powtarzam sobie, że przecież zawsze mogę do tego wrócić. Nie wyrzucam starych butów i kompletnie bezużytecznej liny. Wspinać się nie ma kiedy, sprzęt jest drogi, nie mam głowy do inwestycji. Niepostrzeżenie mija 20 lat. W Warszawie wyrastają kolejne ścianki
wspinaczkowe, wspinać zaczyna się mój syn, ja podupadam na zdrowiu. Mam zerwane więzadła w kolanie, co mnie uziemia na dwa lata, a jak z tego wychodzę, okazuje się, że mam stwardnienie rozsiane i nie wiadomo ile czasu będę jeszcze chodzić. Stwardnienie to choroba neurologiczna, która stopniowo wyłącza nerwy obwodowe. Traci się władzę w nogach, rękach. Nie wiadomo kiedy, bo jest nieprzewidywalna. Postanawiam złapać z życia i sprawności ile się da. Siedzę na beczce prochu, ale leczę się, rehabilituję, choroba przechodzi w etap remisji.

Mój syn wspina się coraz lepiej i coraz intensywniej. Potrzebuje samobieżnego przyrządu asekuracyjnego, zaczynamy razem chodzić na ściankę. Okazuje się, że ciało pamięta wszystko, zmieniły się niektóre zasady, sprzęt jest tańszy i łatwiej dostępny, ale przede wszystkim po 25 latach moi kumple są tu nadal. Posiwieli, mają zmarszczki, ale dalej jestem częścią tego środowiska i nadal nikt mi nie patrzy w nogi.

Lekarze każą się ruszać. W stwardnieniu rozsianym tak samo jak odpowiednie leczenie ważny jest ruch. Jak usiądę, to mogę już nie wstać. Nie cierpię biegać, brzydzę się basenu, śmiertelnie nudzi mnie siłowania. Wracam do regularnego wspinania, kilka razy w tygodniu i sprawia mi to naprawdę ogromną przyjemność. Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, płotach i murkach, tak teraz się wspinam. W każdym z nas, gdzieś na samym dnie rozwoju ewolucyjnego jest ta małpa, której się udało wejść na czubek drzewa. I to ona się do mnie uśmiecha. Wspinanie mamy w genach. Wiedzą o tym wszystkie matki, które zabezpieczały schody i regały przed raczkującymi dziećmi.

TAI CHI NA ŚCIANCE

Buduję swoją filozofię wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie. Najłatwiejsze drogi na ściankach są budowane dla dzieci i jeśli nie sprawia ci trudności chodzenie czy wchodzenie po schodach, dasz radę się wspinać. Potrzebujesz tylko ubrania zapewniającego swobodę ruchów, bo jeśli planujesz iść na sztuczną ściankę, resztę tam wypożyczysz. Wspinając się rekreacyjnie nie rywalizujesz z nikim, nagrodą jest to, że uda ci się przejść całą drogę, może być łatwa. Zalewam koktajlem z endorfin i adrenaliny ośrodek nagrody w mózgu, który mruczy, jak udaje mi się skończyć drogę i zjeżdżam na linie na dół.

2018, sztuczna ściana wspinaczkowa
2018, sztuczna ściana wspinaczkowa

Nie trzeba się wspinać dobrze, żeby to sprawiało przyjemność. Można być silnym, można być elastycznym, można być cierpliwym. Każdy ma swoje ulubione formacje i style. Dla mnie są to drogi typu tai chi, nie wymagające siły, a raczej umiejętności gimnastycznych – wysokiego wstawiania nogi, szerokiego rozstawienia się i balansu ciałem. Dla wspinającej się ultramaratonki dobre jest wszystko, gdzie może użyć mięśni. Najpowszechniejsze jest przekonanie, że żeby się wspinać trzeba mieć bardzo silne ręce. To po wielokroć nieprawda. Wspinanie rekreacyjne w ogóle nie wymaga silnych rąk, podobnie jak wchodzenie po schodach czy po drabinie. Rąk używa się do przytrzymania i złapania równowagi, a nogi każdy z nas ma znacznie silniejsze. Mimo trzydziestu lat wspinania nie podciągam się na drążku i gdyby zależało mi na wynikach sportowych, właśnie nad tym powinnam pracować.

Moja filozofia wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie.

Wspinanie to idealna ogólnorozwojówka, ćwiczy absolutnie wszystkie partie mięśni. Po kilku wizytach na ściance orientujesz się, że poprawiła ci się nie tylko ogólna sprawność, jesteś silniejszy i bardziej rozciągnięty, ale też coś się dzieje z czuciem głębokim, poczuciem równowagi i ogólną koordynacją. Zaczynasz być bardziej świadomy swojego ciała i ruchów, jakie ono wykonuje. W pewnym momencie robisz  ruch, którego się nie spodziewasz! To nigdy nie działało, nie umiałam postawić tak wysoko nogi, przy schodzeniu po schodach bolały mnie zawsze kolana. A teraz nie bolą, a rano budzę się bez bólu w krzyżu.

Ale nie tylko o to chodzi. Czasami jadę na ściankę w Warszawie albo pakuję kampera i na weekend jadę w skałki, tylko po to, żeby wypić kawę z przyjaciółką, pogadać o wspólnych biznesach z drugą, spotkać się ze znajomymi. Wspinanie dalej traktuję jak zajęcia integracyjne. Z elementami rehabilitacji

Na ściance godzinami stoję i gadam. Czasami zapominam, że miałam się wspinać. Gadamy o pracy, dzieciach, trochę o polityce, o świecie i oczywiście trochę o wspinaniu, ale raczej która droga jest ładna i ciekawa, a nie licytujemy się na sportowe osiągnięcia. Mój sportowo nastawiony syn zupełnie tego nie rozumie. Ale on ma wyniki sportowe, a ja społeczne. Namawiam ludzi na ściankę, bo wiem, że tam ich poznam lepiej. Bo są ludzie, którzy na pewno będą się dobrze tam bawili. Wreszcie, bo tam mam czas, żeby spokojnie porozmawiać. No i jeśli ja – niekoniecznie ideał zdrowia – daję radę, to na pewno każdy da. I nie wierzę, że komuś to się może nie podobać. Bo wspinanie jest po prostu fantastyczne. I dla każdego.

LĘK GRUNTU

We wspinaniu strach jest naturalny. Znowu – dziedziczymy go po naszych dalekich praprzodkach. W końcu nie zostali naszymi przodkami ci, którzy nie bali się spaść z wysoka i ewolucja nie dała im szansy przedłużyć gatunku. Nasz mózg mówi: jest wysoko, ziemia jest coraz dalej, jest niebezpiecznie. Uruchamiamy bardzo pierwotną część naszego mózgu, zaczynają się nam pocić ręce, oddech się skraca. Co ważne – masz prawo się bać – strach jest naturalny. Oswajaj swoje lęki stopniowo, buduj zaufanie do partnera, ucz się przyrządów, wszystko kilka razy sprawdzaj. Najwięcej wypadków zdarza się z rutyny i zbytniej pewności siebie.

Kiedy się boisz – pohuśtaj się na linie, posiedź w uprzęży, nie wchodź na wysokość niekomfortową. Ten lęk w końcu minie, ale nie daj sobie mówić, że to wstyd się bać, bo to strach ratuje życie. Znam osoby wspinające się z lękiem wysokości. Jeśli lęk nie jest paraliżujący, ścianka jest dobrym miejscem na oswojenie go. Tylko nie należy robić nic na siłę. Często jest OK, dopóki są przodem do ściany i mają kontrolę nad tym, co się dzieje. To trudniejsi i bardziej wymagający partnerzy, ale lęk wysokości nie przekreśla wspinaczki. Trzeba się też nauczyć, że z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa, im jesteś wyżej tym jest bezpieczniej, bo wszystkie zabezpieczenia, których używasz, nie mają szans zadziałać, jak źle zeskoczysz z pół metra. Lubię cytować Pratchetta – nie mam lęku wysokości, mam lęk gruntu, to grunt zabija i im jestem wyżej, tym czuję się bezpieczniej.

Zaczynając trzeba pamiętać, że jak już pisałam – wspinanie jest naturalne i przychodzi samo, natomiast zjeżdżanie nie. Często ze szczytu ścianki zdejmujemy przerażone dzieci, które bez wysiłku wspięły się na kilkanaście metrów i paraliżuje je strach, że obciążyć linę i zjechać na dół. W przezwyciężeniu strachu pomagają też ćwiczenia grawitacyjne nad materacem, na małej wysokości albo z pewnym partnerem asekurującym, do którego ma się zaufanie. Grawitacja jest bezlitosna – zawsze działa w dół, uczymy się ja wykorzystywać, żeby działała też na naszą korzyść.

RZECZY, KTÓRYCH NIE WIESZ O WSPINANIU

  1. Nie potrzebujesz mieć silnych rąk, wspinanie to przede wszystkim nogi.
  2. Nie wspinamy się po linach. Liny służą wyłącznie do asekuracji.
  3. Wspinają się nie tylko młodzi i sprawni, ale też dzieci, w tym te z niepełnosprawnościami, oraz seniorzy.
  4. Rekreacyjne wspinanie nie jest niebezpieczne i nie powinno być uważane za sport ekstremalny.
  5. Wspinaczka bywa stosowana w rehabilitacji osób z chorobami neurologicznymi i atypowych dzieci, np. tych z autyzmem czy ADHD.

GDY WSPINA SIĘ GŁOWA

Wspinaczka może być treningiem czysto fizycznym, ale najważniejsze jest jak się wspina głowa. W głowie jest chęć, strach i motywacja. Wspinaczka może też być rodzajem medytacji. Cenię umiejętności mindfulnessowe we wspinaczce – powolne ruchy, uważne stawianie nóg. Jeśli mam czas, zatrzymuję się na dwa oddechy w wygodnej pozycji. Zrobienie drogi wspinaczkowej trwa wtedy dłużej, ale jestem wtedy znacznie mniej zmęczona.

2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu
2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu

Wymyślam sobie ćwiczenia związane z uważnym wspinaniem – wspinam się bez szarpania i nerwowości, liczę do trzech zanim znajdę kolejne stopnie, myślę nad każdym przechwytem. Wszystkie operacje wykonuję bardzo spokojnie, cały czas bardzo głęboko oddychając. Do takich ćwiczeń używam bardzo łatwych dróg, które pozwalają mi wspinać się zupełnie bez stresu. Czasami używam też oddechów relaksacyjnych. Nazywam to climbfulness i serdecznie polecam wszystkim zestresowanym.

Po takim treningu mogę spróbować się trochę powspinać siłowo, na drogach trochę za trudnych. Jednak ten progres trochę kusi… Każdy ma swój „limes”, drogę, która go pokona. Ja z nimi nie walczę. Przyjdzie taki moment, że będę chciała spróbować czegoś trudniejszego, ale nie siłuję się ze sobą.

Uważnie stawiam nogi, świadomie oddycham. Wspinaczka to moja medytacja, mój climbfulness

Pilnuję tylko żeby nie wychodzić ze ścianki z porażką. Ostatnia droga musi być taka, że kończę ją z cudownym uczuciem: „ależ ja się wspaniale wspinam”. To truizm, ale szukaj motywacji w sobie, nie w „cyfrze” . Nie porównuj się z młodszymi, zdrowszymi, silniejszymi, dłużej się wspinającymi.

Najlepiej się z nikim nie porównuj. Nie ma znaczenia, na którym jesteś miejscu w swojej jednoosobowej drużynie wspinaczkowej. Ja walczę o kolejne tygodnie, może miesiące, a może lata, sprawności fizycznej. Ale wspinaczka to nie tylko rehabilitacja, to pretekst do spędzania czasu z przyjaciółmi, wstania od komputera i sprawdzenia, czy twoje ciało ma ochotę na coś naprawdę ekscytującego.

JAK ZACZĄĆ
Pierwsze kroki można postawić na ściance pod okiem dowolnego instruktora. Odradzam robienie tego na własną ręką, mimo że widziałeś kilka filmów o wspinaniu. Na początek instruktor nie będzie uczył wspinania, ale przekaże podstawowe zasady bezpieczeństwa. Jeśli chcesz robić postępy i niekoniecznie uczyć się na własnych błędach – przyda się trener albo instruktor. Ważne jest, żeby osoba szkoląca wiedziała jaki masz cel – czy jest to rekreacyjne, niespieszne wchodzenie po łatwych drogach, czy masz sportowy cel. Jeśli szkoleniowiec nie rozumie twoich potrzeb – zmień go.

Tekst autorstwa Anny-Marii Siwińskiej pierwotnie ukazał się w magazynie Coaching 6/2018

Jak trenować żeby było i fajnie, i miło?

Złotą zasadą, którą wyznaję, jest to, że mimo wszystko wspinaczka ma być przyjemna. Również trening. Robimy to, co robimy, bo to kochamy, a nie bo jesteśmy mięśniakiem z nastawieniem na wynik. Owszem, wynik określa nasz postęp. Ale postęp nie określa naszego wyniku.

Po pierwsze, wspinaczka jest jak gra na gitarze. Nieważne ile książek o tonacji molowej przeczytasz, nieważne ilu gitarzystów na youtubie obejrzysz, dopóki nie spędzisz z „wiosłem” wielu, wielu godzin, nie nauczysz się grać. Więc po pierwsze:
Trzeba robić metry.
Nie ma to tamto, zwłaszcza na początku po prostu trzeba mieć kontakt ze ścianą. Bez pracy nie ma kołaczy, ale chyba o te metry nam chodzi?

20150208_150022_IMG17617.JPG
2015 — nieprecyzyjne wstawienie

Po drugie, po co się męczyć?  Najtrudniejsze, czego uczą w tej zabawie, to jak oszczędzać siły albo jak odpoczywać. Kilkoro znajomych pytało mnie ile razy się podciągam. Odpowiem oględnie — niewiele. A znam takich, lepszych od siebie, co prawie wcale.

Ideologicznie , wspinaczka to nie sztuka podciągania się, tylko wchodzenia po ścianie. Wchodzenia. Na nogach. Dopóki wspinamy się po dobrych chwytach (tzw. „klamach”), wciąganie na rękach coraz wyżej jest kuszące, ale wystarczy, że droga choć minimalnie nie przypomina „drabiny” i ta pseudotechnika przestaje się sprawdzać. Więc po drugie — oszczędność sił.

20161211_173859_DSC_0049.JPG
2016 — prawdziwa siła techniki się nie boi

Po trzecie, oczywiście pomijając kwestie bezpieczeństwa, najważniejszym organem wspinaczkowym nie jest biceps, tylko mózg. Nieprzypadkowo o wspinaczkowych trudnościach mówimy „problemy”. Sekwencja przechwytów to wykute w skale zagadki, które trzeba rozwiązać. Wiedząc że nie powinniśmy się — niepotrzebnie, czasem inaczej się nie da — męczyć, wychodzi opracowanie patentów, czyli wymyślenie jak trudne miejsce przejść — i nie spaść! Nie bójmy się myśleć.

To chyba całkiem proste, że żeby było lepiej, musimy się po prostu wspinać, to jeszcze mamy starać się nie męczyć, a po drodze największą trudnością są puzzle jak się ustawić? W teorii — tak jest, w praktyce — żaden z elementów wcale nie jest dla początkującego ani trochę łatwy!

20171127_174936_IMG_2448.JPG
2017 — kombinacja przypaku i postęp techniczny

Nie ma co się zniechęcać początkowymi niepowodzeniami, ale też zbytnio napalać szybkim przejściem przez łatwiejsze stopnie trudności. Rozwój jest jak czarodziej Gandalf — nie przychodzi zbyt szybko, bądź zbyt wolno, tylko wtedy kiedy powinien.

Jedyną słuszną metodą jest… wspinać się!