Czegoś tak brudnego nie prałam od czasu jak po wakacjach musiałam uprać w wannie moje dżinsy.

Wtedy nie miałam pralki, dzisiaj musiałam w wannie sprać pierwszy brud. 

Na szczęście moja wanna przeżyła wiele, od moich pieluch począwszy na płukaniu wywołanych w piwnicy zdjęć formatu 1×1.5m skończywszy.

Wygląda na to, że lina operację prania w szarym mydle przeżyła i lekko powróciła do pierwotnego koloru. A przynajmniej przestanie brudzić ręce.

Tak, drogie dzieci, wyglądała porządna wyprawowa puchówka w głębokich latach ‘80. Tę kupiłam za jakąś śmieszną cenę, bo ktoś się pomylił przy mierzeniu i uszył kurtkę na dwumetrowego chłopa o kubaturze wiotkiego dziewczęcia. 
Jako wiotkie dziewczę stałam się posiadaczką pierwszego w Tatrach Polskich płaszcza puchowego, po tym jak moja matka skróciła mi rękawy o dwie komory. I dzięki któremu mogłam zjeżdżać na kuprze z dowolnych górek. O ile pamiętam najdłuższy zjazd był z Koziego Wierchu na taflę Wielkiego Stawu.

Teraz moja stara kurtka idzie na organy. Przyzwoity kilogram puchu zasili ultraciepły śpiwór dla @bysiek-jr​.
I wtedy wchodzę ja, cała na pomarańczowo, we współczesnej kurtce, która waży połowę i zajmuje znacznie mniej miejsca. 

image

Kiedy wiosną kupiłam rower, moja rodzina pukała się w czoło. Masz rower, kobieto. Nie jeździsz. Nie chce ci się. Stara jesteś. Chora przewlekle.

Ponieważ to rower mnie kupił od pierwszego wejrzenia, to i ja go kupiłam za cenę, nie ukrywajmy, okazyjną. (Mario, będzie Ci to zapamiętane. #Rodzina pamięta.)

Kupiłam i, co zaskoczyło wszystkich, zaczęłam jeździć intensywnie. Jeździłam uczciwie do pracy, 10 km w jedną stronę. Jeździłam na wyjazdach. I po zakupy. Nie jeździłam jak lało (czasami się nie udawało). Jak był wściekły upał. I na wakacjach też raczej jeździłam kamperem. Dzisiaj po raz pierwszy zgoniło mnie z roweru zimno.

Rower wraz z gustownym stojaczkiem, z którym go nabyłam, zamieszkał u mnie w pokoju, bo dwa kursy do piwnicy z rowerem na plecach wydały mi się nadmiarem treningu.

Wyszło mi, że w ciągu roku, wg danych GPSa, przejechałam ponad tysiąc kilometrów.

Teraz jest zimno. Kupiłam wprawdzie rękawiczki i ciepłe pantalony, ale mam wrażenie, że muszę jeszcze coś w swojej psychice naprawić, bo jak zaczyna mi marznąć nos, to znaczy, że jednak narty, a nie rower.

Ale może się przekonam, że jednak rower też…