Climbfulness

Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, tak teraz się wspinam. Na własnych warunkach, powoli, uważnie. Uprawiam climbfulness. Łapię z życia tyle, ile się da.

Mam sześć lat i ADHD. Spadam z tarasu, przecinam sobie dwa kluczowe mięśnie w nodze. Mam dwanaście lat – żeby chodzić, przechodzę ciężką operację ortopedyczną, do końca życia utykam. Oprócz tego, że mam jedną nóżkę bardziej, to noszę okulary z grubymi szkłami, nie umiem biegać i boję się piłki. Całą szkołę i studia mam zwolnienie z WF-u i jestem klasową wyśmiewaną lebiegą.

Ale chodzić mogę, w połowie liceum zaczynam powoli chodzić po górach. Powoli jest tu kluczowe. Teraz powiedziałabym „uważnie”. Do matury przechodzę wszystkie legalne szlaki w Tatrach i kilka nielegalnych. Zaczynam myśleć o wspinaniu – tylko po to, żeby wchodzić na szczyty, na które nie prowadzą szlaki, unikać tłumów i robić zdjęcia. Nie interesuje mnie rywalizacja, nie mam sportowych ambicji. Fałszuję kartę zdrowia sportowca i w 1990 robię kurs taternicki. Zaczynam chodzić po górach szlakami nieoczywistymi. Lubię ścieżki pod ścianę, nagrzane słońcem granitowe płyty, herbatę na szczycie i wygodne stanowiska. Stanowisko na drodze wspinaczkowej, to miejsce, gdzie wspinacze się spotykają, zazwyczaj jeden idzie, a drugi go asekuruje. Dobrze jest się spotkać i posiedzieć na słońcu.

1990, taras w Pięciu Stawach
1990, taras w Pięciu Stawach

Jeżdżę w skałki, gdzie jest ciepło, słonecznie, można leżeć na trawie i czasami się powspinać. Siedzę przy ognisku z ludźmi, którzy z czasem staną się krajową czołówką. Wspinam się najsłabiej, ale nikt nie wymaga od pingwina, żeby latał. Wystarczy, że tam siedzę i jestem. Moje wspinanie to nieustająca walka z ciałem, które nie zawsze ze mną współpracuje. Czasem myślę, jak świetna byłabym w innym ciele. Potem wsiadam na rower, idzie mi znacznie lepiej, obie nogi nagle okazują się takie same. Podobnie jest z nartami.

UŚMIECHNIĘTA MAŁPA

Ale gdzieś w duszy cały czas jestem wspinaczem, i powtarzam sobie, że przecież zawsze mogę do tego wrócić. Nie wyrzucam starych butów i kompletnie bezużytecznej liny. Wspinać się nie ma kiedy, sprzęt jest drogi, nie mam głowy do inwestycji. Niepostrzeżenie mija 20 lat. W Warszawie wyrastają kolejne ścianki
wspinaczkowe, wspinać zaczyna się mój syn, ja podupadam na zdrowiu. Mam zerwane więzadła w kolanie, co mnie uziemia na dwa lata, a jak z tego wychodzę, okazuje się, że mam stwardnienie rozsiane i nie wiadomo ile czasu będę jeszcze chodzić. Stwardnienie to choroba neurologiczna, która stopniowo wyłącza nerwy obwodowe. Traci się władzę w nogach, rękach. Nie wiadomo kiedy, bo jest nieprzewidywalna. Postanawiam złapać z życia i sprawności ile się da. Siedzę na beczce prochu, ale leczę się, rehabilituję, choroba przechodzi w etap remisji.

Mój syn wspina się coraz lepiej i coraz intensywniej. Potrzebuje samobieżnego przyrządu asekuracyjnego, zaczynamy razem chodzić na ściankę. Okazuje się, że ciało pamięta wszystko, zmieniły się niektóre zasady, sprzęt jest tańszy i łatwiej dostępny, ale przede wszystkim po 25 latach moi kumple są tu nadal. Posiwieli, mają zmarszczki, ale dalej jestem częścią tego środowiska i nadal nikt mi nie patrzy w nogi.

Lekarze każą się ruszać. W stwardnieniu rozsianym tak samo jak odpowiednie leczenie ważny jest ruch. Jak usiądę, to mogę już nie wstać. Nie cierpię biegać, brzydzę się basenu, śmiertelnie nudzi mnie siłowania. Wracam do regularnego wspinania, kilka razy w tygodniu i sprawia mi to naprawdę ogromną przyjemność. Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, płotach i murkach, tak teraz się wspinam. W każdym z nas, gdzieś na samym dnie rozwoju ewolucyjnego jest ta małpa, której się udało wejść na czubek drzewa. I to ona się do mnie uśmiecha. Wspinanie mamy w genach. Wiedzą o tym wszystkie matki, które zabezpieczały schody i regały przed raczkującymi dziećmi.

TAI CHI NA ŚCIANCE

Buduję swoją filozofię wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie. Najłatwiejsze drogi na ściankach są budowane dla dzieci i jeśli nie sprawia ci trudności chodzenie czy wchodzenie po schodach, dasz radę się wspinać. Potrzebujesz tylko ubrania zapewniającego swobodę ruchów, bo jeśli planujesz iść na sztuczną ściankę, resztę tam wypożyczysz. Wspinając się rekreacyjnie nie rywalizujesz z nikim, nagrodą jest to, że uda ci się przejść całą drogę, może być łatwa. Zalewam koktajlem z endorfin i adrenaliny ośrodek nagrody w mózgu, który mruczy, jak udaje mi się skończyć drogę i zjeżdżam na linie na dół.

2018, sztuczna ściana wspinaczkowa
2018, sztuczna ściana wspinaczkowa

Nie trzeba się wspinać dobrze, żeby to sprawiało przyjemność. Można być silnym, można być elastycznym, można być cierpliwym. Każdy ma swoje ulubione formacje i style. Dla mnie są to drogi typu tai chi, nie wymagające siły, a raczej umiejętności gimnastycznych – wysokiego wstawiania nogi, szerokiego rozstawienia się i balansu ciałem. Dla wspinającej się ultramaratonki dobre jest wszystko, gdzie może użyć mięśni. Najpowszechniejsze jest przekonanie, że żeby się wspinać trzeba mieć bardzo silne ręce. To po wielokroć nieprawda. Wspinanie rekreacyjne w ogóle nie wymaga silnych rąk, podobnie jak wchodzenie po schodach czy po drabinie. Rąk używa się do przytrzymania i złapania równowagi, a nogi każdy z nas ma znacznie silniejsze. Mimo trzydziestu lat wspinania nie podciągam się na drążku i gdyby zależało mi na wynikach sportowych, właśnie nad tym powinnam pracować.

Moja filozofia wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie.

Wspinanie to idealna ogólnorozwojówka, ćwiczy absolutnie wszystkie partie mięśni. Po kilku wizytach na ściance orientujesz się, że poprawiła ci się nie tylko ogólna sprawność, jesteś silniejszy i bardziej rozciągnięty, ale też coś się dzieje z czuciem głębokim, poczuciem równowagi i ogólną koordynacją. Zaczynasz być bardziej świadomy swojego ciała i ruchów, jakie ono wykonuje. W pewnym momencie robisz  ruch, którego się nie spodziewasz! To nigdy nie działało, nie umiałam postawić tak wysoko nogi, przy schodzeniu po schodach bolały mnie zawsze kolana. A teraz nie bolą, a rano budzę się bez bólu w krzyżu.

Ale nie tylko o to chodzi. Czasami jadę na ściankę w Warszawie albo pakuję kampera i na weekend jadę w skałki, tylko po to, żeby wypić kawę z przyjaciółką, pogadać o wspólnych biznesach z drugą, spotkać się ze znajomymi. Wspinanie dalej traktuję jak zajęcia integracyjne. Z elementami rehabilitacji

Na ściance godzinami stoję i gadam. Czasami zapominam, że miałam się wspinać. Gadamy o pracy, dzieciach, trochę o polityce, o świecie i oczywiście trochę o wspinaniu, ale raczej która droga jest ładna i ciekawa, a nie licytujemy się na sportowe osiągnięcia. Mój sportowo nastawiony syn zupełnie tego nie rozumie. Ale on ma wyniki sportowe, a ja społeczne. Namawiam ludzi na ściankę, bo wiem, że tam ich poznam lepiej. Bo są ludzie, którzy na pewno będą się dobrze tam bawili. Wreszcie, bo tam mam czas, żeby spokojnie porozmawiać. No i jeśli ja – niekoniecznie ideał zdrowia – daję radę, to na pewno każdy da. I nie wierzę, że komuś to się może nie podobać. Bo wspinanie jest po prostu fantastyczne. I dla każdego.

LĘK GRUNTU

We wspinaniu strach jest naturalny. Znowu – dziedziczymy go po naszych dalekich praprzodkach. W końcu nie zostali naszymi przodkami ci, którzy nie bali się spaść z wysoka i ewolucja nie dała im szansy przedłużyć gatunku. Nasz mózg mówi: jest wysoko, ziemia jest coraz dalej, jest niebezpiecznie. Uruchamiamy bardzo pierwotną część naszego mózgu, zaczynają się nam pocić ręce, oddech się skraca. Co ważne – masz prawo się bać – strach jest naturalny. Oswajaj swoje lęki stopniowo, buduj zaufanie do partnera, ucz się przyrządów, wszystko kilka razy sprawdzaj. Najwięcej wypadków zdarza się z rutyny i zbytniej pewności siebie.

Kiedy się boisz – pohuśtaj się na linie, posiedź w uprzęży, nie wchodź na wysokość niekomfortową. Ten lęk w końcu minie, ale nie daj sobie mówić, że to wstyd się bać, bo to strach ratuje życie. Znam osoby wspinające się z lękiem wysokości. Jeśli lęk nie jest paraliżujący, ścianka jest dobrym miejscem na oswojenie go. Tylko nie należy robić nic na siłę. Często jest OK, dopóki są przodem do ściany i mają kontrolę nad tym, co się dzieje. To trudniejsi i bardziej wymagający partnerzy, ale lęk wysokości nie przekreśla wspinaczki. Trzeba się też nauczyć, że z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa, im jesteś wyżej tym jest bezpieczniej, bo wszystkie zabezpieczenia, których używasz, nie mają szans zadziałać, jak źle zeskoczysz z pół metra. Lubię cytować Pratchetta – nie mam lęku wysokości, mam lęk gruntu, to grunt zabija i im jestem wyżej, tym czuję się bezpieczniej.

Zaczynając trzeba pamiętać, że jak już pisałam – wspinanie jest naturalne i przychodzi samo, natomiast zjeżdżanie nie. Często ze szczytu ścianki zdejmujemy przerażone dzieci, które bez wysiłku wspięły się na kilkanaście metrów i paraliżuje je strach, że obciążyć linę i zjechać na dół. W przezwyciężeniu strachu pomagają też ćwiczenia grawitacyjne nad materacem, na małej wysokości albo z pewnym partnerem asekurującym, do którego ma się zaufanie. Grawitacja jest bezlitosna – zawsze działa w dół, uczymy się ja wykorzystywać, żeby działała też na naszą korzyść.

RZECZY, KTÓRYCH NIE WIESZ O WSPINANIU

  1. Nie potrzebujesz mieć silnych rąk, wspinanie to przede wszystkim nogi.
  2. Nie wspinamy się po linach. Liny służą wyłącznie do asekuracji.
  3. Wspinają się nie tylko młodzi i sprawni, ale też dzieci, w tym te z niepełnosprawnościami, oraz seniorzy.
  4. Rekreacyjne wspinanie nie jest niebezpieczne i nie powinno być uważane za sport ekstremalny.
  5. Wspinaczka bywa stosowana w rehabilitacji osób z chorobami neurologicznymi i atypowych dzieci, np. tych z autyzmem czy ADHD.

GDY WSPINA SIĘ GŁOWA

Wspinaczka może być treningiem czysto fizycznym, ale najważniejsze jest jak się wspina głowa. W głowie jest chęć, strach i motywacja. Wspinaczka może też być rodzajem medytacji. Cenię umiejętności mindfulnessowe we wspinaczce – powolne ruchy, uważne stawianie nóg. Jeśli mam czas, zatrzymuję się na dwa oddechy w wygodnej pozycji. Zrobienie drogi wspinaczkowej trwa wtedy dłużej, ale jestem wtedy znacznie mniej zmęczona.

2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu
2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu

Wymyślam sobie ćwiczenia związane z uważnym wspinaniem – wspinam się bez szarpania i nerwowości, liczę do trzech zanim znajdę kolejne stopnie, myślę nad każdym przechwytem. Wszystkie operacje wykonuję bardzo spokojnie, cały czas bardzo głęboko oddychając. Do takich ćwiczeń używam bardzo łatwych dróg, które pozwalają mi wspinać się zupełnie bez stresu. Czasami używam też oddechów relaksacyjnych. Nazywam to climbfulness i serdecznie polecam wszystkim zestresowanym.

Po takim treningu mogę spróbować się trochę powspinać siłowo, na drogach trochę za trudnych. Jednak ten progres trochę kusi… Każdy ma swój „limes”, drogę, która go pokona. Ja z nimi nie walczę. Przyjdzie taki moment, że będę chciała spróbować czegoś trudniejszego, ale nie siłuję się ze sobą.

Uważnie stawiam nogi, świadomie oddycham. Wspinaczka to moja medytacja, mój climbfulness

Pilnuję tylko żeby nie wychodzić ze ścianki z porażką. Ostatnia droga musi być taka, że kończę ją z cudownym uczuciem: „ależ ja się wspaniale wspinam”. To truizm, ale szukaj motywacji w sobie, nie w „cyfrze” . Nie porównuj się z młodszymi, zdrowszymi, silniejszymi, dłużej się wspinającymi.

Najlepiej się z nikim nie porównuj. Nie ma znaczenia, na którym jesteś miejscu w swojej jednoosobowej drużynie wspinaczkowej. Ja walczę o kolejne tygodnie, może miesiące, a może lata, sprawności fizycznej. Ale wspinaczka to nie tylko rehabilitacja, to pretekst do spędzania czasu z przyjaciółmi, wstania od komputera i sprawdzenia, czy twoje ciało ma ochotę na coś naprawdę ekscytującego.

JAK ZACZĄĆ
Pierwsze kroki można postawić na ściance pod okiem dowolnego instruktora. Odradzam robienie tego na własną ręką, mimo że widziałeś kilka filmów o wspinaniu. Na początek instruktor nie będzie uczył wspinania, ale przekaże podstawowe zasady bezpieczeństwa. Jeśli chcesz robić postępy i niekoniecznie uczyć się na własnych błędach – przyda się trener albo instruktor. Ważne jest, żeby osoba szkoląca wiedziała jaki masz cel – czy jest to rekreacyjne, niespieszne wchodzenie po łatwych drogach, czy masz sportowy cel. Jeśli szkoleniowiec nie rozumie twoich potrzeb – zmień go.

Tekst autorstwa Anny-Marii Siwińskiej pierwotnie ukazał się w magazynie Coaching 6/2018

Dlaczego wspinanie jest zajebiste

Jeśli uważasz, że wspinanie nie jest dla Ciebie przeczytaj: pięć zalet wspinania, pięć najpopularniejszych wymówek i pięć kłamstw o wspinaniu.

Pięć zalet wspinania

  1. To znakomita gimnastyka ogólnorozwojowa. Pojawiają Ci się mięśnie w okolicach których się tego nie spodziewasz, np. na plecach. I stopach. Schudniesz i będziesz sprawniejszy niż przewiduje to norma dla wieku i stanu zdrowia.
  2. Ćwiczy wszystkie grupy mięśni, poprawia koordynację ruchową. To doskonałe ćwiczenia rozciągające. Możesz je traktować jak rehabilitację.
  3. Możesz je uprawiać jak sport zespołowy, tylko zespół jest dwuosobowy. To sport niekontaktowy i nikt cię nie będzie dotykał. Możesz też na ściankach wspinać się sam. Acz życie społeczne dookoła wspinania też jest godne uwagi.
  4. Czasami widoki są niesamowite. Zaczynasz coraz więcej weekendów spędzać poza miastem i przebywasz na świeżym powietrzu.
  5. Wspinacze płci obojga są zajebiści.

Pięć kłamstw o wspinaniu

  1. Wspinanie jest trudne!
    Jeśli umiesz wchodzić po drabinie, to najtrudniejsze za tobą. Mniej więcej na tym polega wspinanie.
  2. Wspinanie jest niebezpieczne.
    Podczas wyjazdów w skałki najwięcej wspinaczy zginęło na krajowej drodze S8, czyli tzw. gierkówce, jadąc z Warszawy na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Niebezpieczne bywa wspinanie wyczynowe, ekstremalne i zwyczajnie głupie. Nie mówimy tu o himalaizmie zimowym, czy wchodzeniu „na żywca”, bez asekuracji, tylko o tym, żeby się poruszać. Jak opanujesz zasady bezpieczeństwa i będziesz je stosować, nic ci nie grozi. Dla dzieci wspinanie jest prawdopodobnie bezpieczniejsze niż basen, o ile wiem, na ściance wspinaczkowej nie zginęło jeszcze żadne dziecko, czego o basenie powiedzieć nie można.
  3. Trzeba trenować regularnie
    Jak w każdym sporcie, jak się chce mieć wyniki, trzeba trenować, ale nie każdy kto  dostał rower na komunię zostaje Lancem Armstrongiem. Ze wspinaniem jest tak samo.
  4. Sprzęt jest bardzo drogi
    No, jest, ale żeby zacząć można go pożyczyć, co nie jest drogie. Sprzęt, który potrzebujesz na ściankę kosztuje mniej niż rower.
  5. Wspina się po linach.
    Liny używa się do asekuracji, nie wchodzisz po niej. Wspina się po ścianie – naturalnej (skała) lub sztucznej (ścianka wspinaczkowa).

Pięć najpopularniejszych wymówek

  1. Mam za słabe ręce
    Wspinasz się głównie na nogach, jeśli możesz chodzić, możesz się też wspinać. Ręce służą do przytrzymania się. Jak na drabinie.
  2. Nie mam kondycji
    Wchodzenie pod górę, np po schodach, jest znacznie bardziej męczące niż wspinanie. Wspinając się rekreacyjnie nigdy nie masz zadyszki. To najmniej obciążający kondycyjnie sport jaki znam. No, może z wyjątkiem szachów.
  3. Nie mam z kim zostawić dziecka.
    Idź z dzieckiem – dzieci mają naturalną umiejętność wspinania się, wystarczy nie przeszkadzać. Uważaj tylko, bo mogą się bać przy zjeździe. Poćwiczcie bujanie na linie na małej wysokości.
  4. Mam daleko w góry.
    To idź na jedną ze ścianek wspinaczkowych w swoim mieście.
  5. Mam lęk wysokości!
    To jedyny argument przeciw. Niemniej znam ludzi, którzy wspinają się z lękiem wysokości i wszystko jest ok, dopóki są przodem do ściany.

Wspinanie dla opornych — szybki przegląd podstawowych pojęć

Do wspinania używa się rąk i nóg. I głowy. Cała reszta służy do asekuracji. To nie bungie ani park linowy. Techniki hakowe chwilowo pomijamy. Do wspinania należy mieć odpowiednie przełożenie korby do torby oraz psychę.

Wspinanie ogólnie rzecz biorąc polega na przemieszczaniu się w pionie. Najpierw mozolnym do góry, a potem szybko w dół. W opcji optymistycznej w sposób kontrolowany. Wspinać się można po wszystkim, ale regał przestaje być atrakcyjny już dla trzylatka. To o czym piszemy dotyczy wspinania na sztucznych ściankach (tamże fotki) i w skałkach. We fragmentach mogę pojawić się Tatry lub inne góry umiarkowanie wysokie.

Na ścianach są wyznaczone drogi wspinaczkowe. Nie nie trasy, nie szlaki, tylko drogi. Ściany mogą być: pionowe — tworzą z matką ziemią kąt prosty (nie ma obrazka, to w miarę jasne), połogie — tworzą kąt rozwarty i przewieszone — te bardziej niż pionowe, tworzą z poziomem kąt ostry.

Formacja może być ścianą, ale drogi mogą też być prowadzone w zacięciu, czyli tam gdzie spotykają się dwie ściany, w kominie czyli miejscu z trzech stron otoczonym skałą, filarem — przeciwieństwo komina.

Do wspinania używa się przede wszystkim nóg i czasami rąk. I głowy. Cała reszta służy do asekuracji. Nie wspinamy się „na linie”  ani nie podciągamy na karabinkach. To nie bungie ani park linowy. Techniki hakowe chwilowo pomijamy.

Do wspinania należy mieć odpowiednie przełożenie korby do torby oraz psychę. W dużym skrócie należy mieć tyle mięśni, żeby dać radę iść do góry i na tyle odporności psychicznej, żeby się nie bać. Wspinacze płci obojga są zazwyczaj umięśnieni, ale cherlawi. W ubraniu wyglądają jak niepozorne pokurcze. Mniejszą masę łatwiej wnieść. Psycha przydaje się niezależnie od kubatury.

Żeby było w miarę bezpiecznie używa się liny. Lina może być dynamiczna (rozciągająca się pod obciążeniem) i statyczna (sztywna). Linę wiąże się do uprzęży na wysokości pępka. Uprząż to takie solidne majty z taśmy. W drugi koniec liny wpina się asekurant, czyli ten człowiek, który się aktualnie nie wspina tylko asekuruje. Linę asekurant ma wpiętą w przyrząd asekuracyjny — urządzenie, które pozwala ją zablokować, jak wspinający się odpadnie albo linę obciąży. Przyrząd asekuracyjny służy też do opuszczenia delikwenta na dół, jak już drogę skończy, a linę wepnie do wzmocnionego karabinka na samej górze. Lub też jak się zniechęci w połowie.

Asekurowanie bywa zabawne, szczególnie jeśli asekurant jest lżejszy od prowadzącego.
Wspinać można się z asekuracją dolną — lina od wspinającego się człowieka idzie do dołu, lub górną — do góry. O free solo nie będę pisała, to wariaci.

Jak lina idzie do góry, to jest w miarę jasne, w przypadku odpadnięcia wisi się na sznurku, mniej więcej zgodnie z grawitacją planety. Asekuruje zazwyczaj białko, acz na ściankach wspinaczkowych zdarzają się już systemy autoasekuracji. Wspinacz wpina się wtedy do taśmy na sprężynie, która się zwija w miarę podchodzenia i powoli opuszcza go na dół, jak odpadnie. Działa to na zasadzie bezwładnościowych pasów bezpieczeństwa w samochodzie.

Jeśli z górną asekuracją asekuruje człowiek, to lina przewleczona jest przez bloczek na szczycie lub pod sufitem. W jeden jej koniec wpięty jest wspinacz, a w drugi asekurant. Ta metoda nazywa się „na wędkę” co powinno nieco rozjaśnić opis. Jeden wchodzi do góry, drugi wyciąga mu sprzed nosa linę przewleczoną przez bloczek. Krzywdę sobie zrobić jest bardzo trudno. Nie, żeby się nie dało, ale łatwo nie jest.

Sprawa się komplikuje, jak obaj, wspinacz i asekurant, stoją na ziemi, a lina leży obok. Wtedy ten który się wspina musi tę linę ze sobą zabrać, po drodze zamocować, żeby mieć na czym zawisnąć jak odpadnie. Na sztucznych ściankach co dwa, trzy metry są specjalne plakietki z taśmą i karabinkiem do wpięcia się — to przeloty. Od ziemi do sufitu jest kilka/kilkanaście przelotów, w które się człowiek wpina. Jak łatwo policzyć, jeśli się odpadnie, to maksymalnie leci się cztery metry. Wpinamy się w przelot, następny dwa metry nad nami. Idziemy do góry. Mamy szczęście — odpadamy tuż nad przelotem. Albo na nim zawisamy dobrowolnie, prewencyjnie, w sposób kontrolowany, żeby odpocząć. Wtedy zawisamy i już. Wisimy. Gorzej jak przejdziemy te dwa metry i odpadniemy tuż pod kolejnym przelotem. Wtedy lecimy dwa metry do przelotu, dwa metry poniżej, bo mamy dwa metry luźnej, niezamocowanej liny. Można przydzwonić.

Wspinanie z górną, na wędkę, zdaniem wyczynowców (patrz Bysiek) się nie liczy. Wspinanie z dołem jest sportowe, trudne i przede wszystkim zajmuje głowę. Psycha jest tu ważniejsza niż buła.

Na ściankach wspinaczkowych przeloty dostarcza ścianka. Wiszą sobie ekspresy, czyli dwa karabinki połączone kawałkiem taśmy. W skałkach i na niektórych drogach tzw. obitych są ringi — kółka do wpięcia asekuracji. Wpina się w nie własne ekspresy.

W skałkach i na ściankach jak się skończy drogę (dojdzie do góry, na górę albo zrezygnuje w połowie) asekurant opuszcza wspinacza na dół — mniej lub bardziej delikatnie. Najfajniejsze są zjazdy w pełnym lufcie, kiedy nie można przywalić w ścianę. Osobiście polecam zjazdy speleologów. Szybko i precyzyjnie.

Jeśli doczytałeś/doczytałaś do tego miejsca, a nigdy w życiu nie miałeś/aś nic wspólnego ze wspinaniem, daj znać czy coś rozumiesz.

Wszystkie zdjęcia zrobione na Makaku.