Climbfulness

Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, tak teraz się wspinam. Na własnych warunkach, powoli, uważnie. Uprawiam climbfulness. Łapię z życia tyle, ile się da.

Mam sześć lat i ADHD. Spadam z tarasu, przecinam sobie dwa kluczowe mięśnie w nodze. Mam dwanaście lat – żeby chodzić, przechodzę ciężką operację ortopedyczną, do końca życia utykam. Oprócz tego, że mam jedną nóżkę bardziej, to noszę okulary z grubymi szkłami, nie umiem biegać i boję się piłki. Całą szkołę i studia mam zwolnienie z WF-u i jestem klasową wyśmiewaną lebiegą.

Ale chodzić mogę, w połowie liceum zaczynam powoli chodzić po górach. Powoli jest tu kluczowe. Teraz powiedziałabym „uważnie”. Do matury przechodzę wszystkie legalne szlaki w Tatrach i kilka nielegalnych. Zaczynam myśleć o wspinaniu – tylko po to, żeby wchodzić na szczyty, na które nie prowadzą szlaki, unikać tłumów i robić zdjęcia. Nie interesuje mnie rywalizacja, nie mam sportowych ambicji. Fałszuję kartę zdrowia sportowca i w 1990 robię kurs taternicki. Zaczynam chodzić po górach szlakami nieoczywistymi. Lubię ścieżki pod ścianę, nagrzane słońcem granitowe płyty, herbatę na szczycie i wygodne stanowiska. Stanowisko na drodze wspinaczkowej, to miejsce, gdzie wspinacze się spotykają, zazwyczaj jeden idzie, a drugi go asekuruje. Dobrze jest się spotkać i posiedzieć na słońcu.

1990, taras w Pięciu Stawach
1990, taras w Pięciu Stawach

Jeżdżę w skałki, gdzie jest ciepło, słonecznie, można leżeć na trawie i czasami się powspinać. Siedzę przy ognisku z ludźmi, którzy z czasem staną się krajową czołówką. Wspinam się najsłabiej, ale nikt nie wymaga od pingwina, żeby latał. Wystarczy, że tam siedzę i jestem. Moje wspinanie to nieustająca walka z ciałem, które nie zawsze ze mną współpracuje. Czasem myślę, jak świetna byłabym w innym ciele. Potem wsiadam na rower, idzie mi znacznie lepiej, obie nogi nagle okazują się takie same. Podobnie jest z nartami.

UŚMIECHNIĘTA MAŁPA

Ale gdzieś w duszy cały czas jestem wspinaczem, i powtarzam sobie, że przecież zawsze mogę do tego wrócić. Nie wyrzucam starych butów i kompletnie bezużytecznej liny. Wspinać się nie ma kiedy, sprzęt jest drogi, nie mam głowy do inwestycji. Niepostrzeżenie mija 20 lat. W Warszawie wyrastają kolejne ścianki
wspinaczkowe, wspinać zaczyna się mój syn, ja podupadam na zdrowiu. Mam zerwane więzadła w kolanie, co mnie uziemia na dwa lata, a jak z tego wychodzę, okazuje się, że mam stwardnienie rozsiane i nie wiadomo ile czasu będę jeszcze chodzić. Stwardnienie to choroba neurologiczna, która stopniowo wyłącza nerwy obwodowe. Traci się władzę w nogach, rękach. Nie wiadomo kiedy, bo jest nieprzewidywalna. Postanawiam złapać z życia i sprawności ile się da. Siedzę na beczce prochu, ale leczę się, rehabilituję, choroba przechodzi w etap remisji.

Mój syn wspina się coraz lepiej i coraz intensywniej. Potrzebuje samobieżnego przyrządu asekuracyjnego, zaczynamy razem chodzić na ściankę. Okazuje się, że ciało pamięta wszystko, zmieniły się niektóre zasady, sprzęt jest tańszy i łatwiej dostępny, ale przede wszystkim po 25 latach moi kumple są tu nadal. Posiwieli, mają zmarszczki, ale dalej jestem częścią tego środowiska i nadal nikt mi nie patrzy w nogi.

Lekarze każą się ruszać. W stwardnieniu rozsianym tak samo jak odpowiednie leczenie ważny jest ruch. Jak usiądę, to mogę już nie wstać. Nie cierpię biegać, brzydzę się basenu, śmiertelnie nudzi mnie siłowania. Wracam do regularnego wspinania, kilka razy w tygodniu i sprawia mi to naprawdę ogromną przyjemność. Tak jak w dzieciństwie sprawiało mi przyjemność chodzenie po drzewach, płotach i murkach, tak teraz się wspinam. W każdym z nas, gdzieś na samym dnie rozwoju ewolucyjnego jest ta małpa, której się udało wejść na czubek drzewa. I to ona się do mnie uśmiecha. Wspinanie mamy w genach. Wiedzą o tym wszystkie matki, które zabezpieczały schody i regały przed raczkującymi dziećmi.

TAI CHI NA ŚCIANCE

Buduję swoją filozofię wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie. Najłatwiejsze drogi na ściankach są budowane dla dzieci i jeśli nie sprawia ci trudności chodzenie czy wchodzenie po schodach, dasz radę się wspinać. Potrzebujesz tylko ubrania zapewniającego swobodę ruchów, bo jeśli planujesz iść na sztuczną ściankę, resztę tam wypożyczysz. Wspinając się rekreacyjnie nie rywalizujesz z nikim, nagrodą jest to, że uda ci się przejść całą drogę, może być łatwa. Zalewam koktajlem z endorfin i adrenaliny ośrodek nagrody w mózgu, który mruczy, jak udaje mi się skończyć drogę i zjeżdżam na linie na dół.

2018, sztuczna ściana wspinaczkowa
2018, sztuczna ściana wspinaczkowa

Nie trzeba się wspinać dobrze, żeby to sprawiało przyjemność. Można być silnym, można być elastycznym, można być cierpliwym. Każdy ma swoje ulubione formacje i style. Dla mnie są to drogi typu tai chi, nie wymagające siły, a raczej umiejętności gimnastycznych – wysokiego wstawiania nogi, szerokiego rozstawienia się i balansu ciałem. Dla wspinającej się ultramaratonki dobre jest wszystko, gdzie może użyć mięśni. Najpowszechniejsze jest przekonanie, że żeby się wspinać trzeba mieć bardzo silne ręce. To po wielokroć nieprawda. Wspinanie rekreacyjne w ogóle nie wymaga silnych rąk, podobnie jak wchodzenie po schodach czy po drabinie. Rąk używa się do przytrzymania i złapania równowagi, a nogi każdy z nas ma znacznie silniejsze. Mimo trzydziestu lat wspinania nie podciągam się na drążku i gdyby zależało mi na wynikach sportowych, właśnie nad tym powinnam pracować.

Moja filozofia wspinania – nie muszę być dobra. A raczej zawsze jestem dobra dla siebie.

Wspinanie to idealna ogólnorozwojówka, ćwiczy absolutnie wszystkie partie mięśni. Po kilku wizytach na ściance orientujesz się, że poprawiła ci się nie tylko ogólna sprawność, jesteś silniejszy i bardziej rozciągnięty, ale też coś się dzieje z czuciem głębokim, poczuciem równowagi i ogólną koordynacją. Zaczynasz być bardziej świadomy swojego ciała i ruchów, jakie ono wykonuje. W pewnym momencie robisz  ruch, którego się nie spodziewasz! To nigdy nie działało, nie umiałam postawić tak wysoko nogi, przy schodzeniu po schodach bolały mnie zawsze kolana. A teraz nie bolą, a rano budzę się bez bólu w krzyżu.

Ale nie tylko o to chodzi. Czasami jadę na ściankę w Warszawie albo pakuję kampera i na weekend jadę w skałki, tylko po to, żeby wypić kawę z przyjaciółką, pogadać o wspólnych biznesach z drugą, spotkać się ze znajomymi. Wspinanie dalej traktuję jak zajęcia integracyjne. Z elementami rehabilitacji

Na ściance godzinami stoję i gadam. Czasami zapominam, że miałam się wspinać. Gadamy o pracy, dzieciach, trochę o polityce, o świecie i oczywiście trochę o wspinaniu, ale raczej która droga jest ładna i ciekawa, a nie licytujemy się na sportowe osiągnięcia. Mój sportowo nastawiony syn zupełnie tego nie rozumie. Ale on ma wyniki sportowe, a ja społeczne. Namawiam ludzi na ściankę, bo wiem, że tam ich poznam lepiej. Bo są ludzie, którzy na pewno będą się dobrze tam bawili. Wreszcie, bo tam mam czas, żeby spokojnie porozmawiać. No i jeśli ja – niekoniecznie ideał zdrowia – daję radę, to na pewno każdy da. I nie wierzę, że komuś to się może nie podobać. Bo wspinanie jest po prostu fantastyczne. I dla każdego.

LĘK GRUNTU

We wspinaniu strach jest naturalny. Znowu – dziedziczymy go po naszych dalekich praprzodkach. W końcu nie zostali naszymi przodkami ci, którzy nie bali się spaść z wysoka i ewolucja nie dała im szansy przedłużyć gatunku. Nasz mózg mówi: jest wysoko, ziemia jest coraz dalej, jest niebezpiecznie. Uruchamiamy bardzo pierwotną część naszego mózgu, zaczynają się nam pocić ręce, oddech się skraca. Co ważne – masz prawo się bać – strach jest naturalny. Oswajaj swoje lęki stopniowo, buduj zaufanie do partnera, ucz się przyrządów, wszystko kilka razy sprawdzaj. Najwięcej wypadków zdarza się z rutyny i zbytniej pewności siebie.

Kiedy się boisz – pohuśtaj się na linie, posiedź w uprzęży, nie wchodź na wysokość niekomfortową. Ten lęk w końcu minie, ale nie daj sobie mówić, że to wstyd się bać, bo to strach ratuje życie. Znam osoby wspinające się z lękiem wysokości. Jeśli lęk nie jest paraliżujący, ścianka jest dobrym miejscem na oswojenie go. Tylko nie należy robić nic na siłę. Często jest OK, dopóki są przodem do ściany i mają kontrolę nad tym, co się dzieje. To trudniejsi i bardziej wymagający partnerzy, ale lęk wysokości nie przekreśla wspinaczki. Trzeba się też nauczyć, że z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa, im jesteś wyżej tym jest bezpieczniej, bo wszystkie zabezpieczenia, których używasz, nie mają szans zadziałać, jak źle zeskoczysz z pół metra. Lubię cytować Pratchetta – nie mam lęku wysokości, mam lęk gruntu, to grunt zabija i im jestem wyżej, tym czuję się bezpieczniej.

Zaczynając trzeba pamiętać, że jak już pisałam – wspinanie jest naturalne i przychodzi samo, natomiast zjeżdżanie nie. Często ze szczytu ścianki zdejmujemy przerażone dzieci, które bez wysiłku wspięły się na kilkanaście metrów i paraliżuje je strach, że obciążyć linę i zjechać na dół. W przezwyciężeniu strachu pomagają też ćwiczenia grawitacyjne nad materacem, na małej wysokości albo z pewnym partnerem asekurującym, do którego ma się zaufanie. Grawitacja jest bezlitosna – zawsze działa w dół, uczymy się ja wykorzystywać, żeby działała też na naszą korzyść.

RZECZY, KTÓRYCH NIE WIESZ O WSPINANIU

  1. Nie potrzebujesz mieć silnych rąk, wspinanie to przede wszystkim nogi.
  2. Nie wspinamy się po linach. Liny służą wyłącznie do asekuracji.
  3. Wspinają się nie tylko młodzi i sprawni, ale też dzieci, w tym te z niepełnosprawnościami, oraz seniorzy.
  4. Rekreacyjne wspinanie nie jest niebezpieczne i nie powinno być uważane za sport ekstremalny.
  5. Wspinaczka bywa stosowana w rehabilitacji osób z chorobami neurologicznymi i atypowych dzieci, np. tych z autyzmem czy ADHD.

GDY WSPINA SIĘ GŁOWA

Wspinaczka może być treningiem czysto fizycznym, ale najważniejsze jest jak się wspina głowa. W głowie jest chęć, strach i motywacja. Wspinaczka może też być rodzajem medytacji. Cenię umiejętności mindfulnessowe we wspinaczce – powolne ruchy, uważne stawianie nóg. Jeśli mam czas, zatrzymuję się na dwa oddechy w wygodnej pozycji. Zrobienie drogi wspinaczkowej trwa wtedy dłużej, ale jestem wtedy znacznie mniej zmęczona.

2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu
2017, Tatry, droga Klasyczna na Mnichu

Wymyślam sobie ćwiczenia związane z uważnym wspinaniem – wspinam się bez szarpania i nerwowości, liczę do trzech zanim znajdę kolejne stopnie, myślę nad każdym przechwytem. Wszystkie operacje wykonuję bardzo spokojnie, cały czas bardzo głęboko oddychając. Do takich ćwiczeń używam bardzo łatwych dróg, które pozwalają mi wspinać się zupełnie bez stresu. Czasami używam też oddechów relaksacyjnych. Nazywam to climbfulness i serdecznie polecam wszystkim zestresowanym.

Po takim treningu mogę spróbować się trochę powspinać siłowo, na drogach trochę za trudnych. Jednak ten progres trochę kusi… Każdy ma swój „limes”, drogę, która go pokona. Ja z nimi nie walczę. Przyjdzie taki moment, że będę chciała spróbować czegoś trudniejszego, ale nie siłuję się ze sobą.

Uważnie stawiam nogi, świadomie oddycham. Wspinaczka to moja medytacja, mój climbfulness

Pilnuję tylko żeby nie wychodzić ze ścianki z porażką. Ostatnia droga musi być taka, że kończę ją z cudownym uczuciem: „ależ ja się wspaniale wspinam”. To truizm, ale szukaj motywacji w sobie, nie w „cyfrze” . Nie porównuj się z młodszymi, zdrowszymi, silniejszymi, dłużej się wspinającymi.

Najlepiej się z nikim nie porównuj. Nie ma znaczenia, na którym jesteś miejscu w swojej jednoosobowej drużynie wspinaczkowej. Ja walczę o kolejne tygodnie, może miesiące, a może lata, sprawności fizycznej. Ale wspinaczka to nie tylko rehabilitacja, to pretekst do spędzania czasu z przyjaciółmi, wstania od komputera i sprawdzenia, czy twoje ciało ma ochotę na coś naprawdę ekscytującego.

JAK ZACZĄĆ
Pierwsze kroki można postawić na ściance pod okiem dowolnego instruktora. Odradzam robienie tego na własną ręką, mimo że widziałeś kilka filmów o wspinaniu. Na początek instruktor nie będzie uczył wspinania, ale przekaże podstawowe zasady bezpieczeństwa. Jeśli chcesz robić postępy i niekoniecznie uczyć się na własnych błędach – przyda się trener albo instruktor. Ważne jest, żeby osoba szkoląca wiedziała jaki masz cel – czy jest to rekreacyjne, niespieszne wchodzenie po łatwych drogach, czy masz sportowy cel. Jeśli szkoleniowiec nie rozumie twoich potrzeb – zmień go.

Tekst autorstwa Anny-Marii Siwińskiej pierwotnie ukazał się w magazynie Coaching 6/2018

Nazywam się Anna-Maria i jestem anonimowym wspinaczem

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata.

Część 1 — kombatancka

Wspinanie było zawsze. Mam taki kłopot, że nie umiem pisać o rzeczach ważnych. One są, o nich się myśli codziennie, ale opisanie ich jest skrajnie trudne. W oceanie moich zapisków, notesów, plików, task list, notatek prawie skończonych i kompletnie nieaktualnych, pourywanych jętek jednozdaniówek, jest kilka takich rzeczy. I osób, ale o tym, kiedy indziej.

— Uprawiasz jakiś sport?
— Nie.
A jednak.

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata. W wyniku skomplikowanego związku mojego gwałtownego charakteru i zespołu ortopedów chodzę, ale mam jedną nóżkę zdecydowanie mniej niż drugą. Długa historia w wyniku której mam 12 solidnych blizn i całe życie byłam zwolniona z WFu. Przy okazji pływałam, wiosłowałam, jeździłam rowerem, wchodziłam na drzewa, spadałam z nich, chodziłam po lesie, byłam dość aktywna i kreatywna w zapewnianiu sobie rozrywek. Ale WF? Nie, dziękuję. Doskonały przykład, jak bieganiem (jak wspomniałam jestem kulawa), skakaniem (nie mogę, mam krótkowzroczność) i graniem w koszykówkę w podstawówce i siatkówkę w liceum (piłka mi leci w okulary) udało się systemowi edukacji trwale zniechęcić mnie do zinstytucjonalizowanego systemu krzewienia kultury fizycznej i sportów zespołowych. I tak sobie rosłam z jednej strony szkolna lebiega, a z drugiej dzikie dziecko Puszczy Kampinoskiej.

1979_aip1.jpg
Dzikie dziecko i pies Punio (fot. Lech Charewicz)

Jakoś w okolicy matury pojawiło się wspinanie. Nieco wcześniej w wersji „chodzenie po górach”. Potem delikatne pomysły, że może jednak kurs wspinaczkowy. I doprawdy, nie zna życia, kto nie służył w marynarce i nie wie o czym mówię nikt kto nie wspinał się w latach ’80. Oczywiście nie miałam pieniędzy. Na nic. Nie tak ja teraz. Naprawdę na nic. Ósemka do asekuracji  obecnie, jak widać 30-40 zł, kosztowała w przeliczeniu kilkaset i w wersji budżetowej trzeba ją było szmuglować z Czechosłowacji. Poważnie. Natenczas Czesi mieli jakiegoś szmyrgla na punkcie kupowania u nich i wywożenia sprzętu sportowego i potrafili rekwirować na granicy. Swoją ósemkę przemyciłam przy okazji pielgrzymki do Włoch w sposób nieco egzotyczny, bo byłam tak zachwycona, tym że ją mam, że po zakupie powiesiłam ją w autokarze na sznurku nad głową. Plecak mi przetrzepali, na sufit nikt nie spojrzał. Sklep wspinaczkowy w Wiedniu, który odwiedziłam przy okazji tej samej pielgrzymki doprowadził mnie autentycznie do łez, bo mnożyć umiałam i wyszło mi, że plecak to pięcioletnie dochody mojej matki. Własnych wtedy nie miałam.

Zanim doszło do przemytu i mojej histerii w sklepie w Wiedniu zrobiłam jednak kurs skałkowy. A nie, nie było ścianek wspinaczkowych. Nie, że wielu czy dobrych. Żadnej nie było. Sucha zaprawa odbywała się na bunkrach w Janówku, które masakrowały paluszki, niszczyły liny i co jakiś czas nadziewały kogoś na elementy  zbrojenia budynków, albo przywalały betonowym bambołem. Tam się dowiedziałam, że nie lubię kominów, szanuję swoje paluszki i lubię zjeżdżać. Po nauczeniu nas kilku podstawowych rzeczy zabrano nas w skałki. Te same, gdzie jeździmy teraz. A jednak inne.

Odpadnięcie na linie z Bezalina. Plus korekry i skarpety frotte

Otóż skałki były nieobite. Teraz wspinacz jadący w skałki asekuruje się na wbitych na stałe w wapień stalowych ringach. Szybko i bezpiecznie. W miarę. Szansa, że ring wyleci jest relatywnie przyzerowa. Na górze zaś jest stanowisko, czyli takie nieco mocniejsze kółko na dwóch łańcuchach. No, wtedy nie było. Wędkę, czyli górną asekurację zakładało się o drzewa, wystające kawałki skał, ucha skalne i ogólnie, jak to się teraz mawia z natury. Nic nienaturalnego nie było.

Jeśli komuś przyszło do głowy powspinać się ambitniej niż na wędkę z drzewa, musiał zabrać ze sobą kości, karabinki i taśmy. Wspominałam, że plecak kosztował kilkuletnie pobory mojej matki? No to komplet sprzętu pewnie szedł w dziesięciolecia. A, zapomniałam o linie. Otóż linę trzeba mieć i miałam. Dynamiczną. Bardzo dynamiczną. Lina dynamiczna, jak sama nazwa wskazuje powinna się dynamicznie rozciągać pod obciążeniem. Spadasz, lina się nieco wydłuża, asekurujący wyłapuje odpadnięcie, które dzięki temu jest mięciutkie jak kaczuszka. Otóż bardzo dynamiczny Bezalin rozciągał się jak guma do majtek. I czasami pękał, ale to detal. Przynajmniej w sklepie żeglarskim na Waryńskiego kosztował tyle, że go miałam.

Miałam też buty. Buty wspinaczkowe to cała filozofia, muszą być za małe (to sport dla męczenników) i dobrze trzymać się ściany. W tej chwili można grymasić. Kolor, fason, wygięcie stopy. Wtedy można było mieć korkery. No, znaczy w sklepie, który odwiedziłam w Wiedniu, za siedem pensji mojej matki można było kupić całkiem przyzwoite buty wspinaczkowe, ale my mieliśmy korkery. Kupowało się ogumione korkotrampki piłkarskie, oczywiście rozmiar lub dwa za małe, obcinało korki z podeszwy, szukało wtajemniczonego szewca, który podklejał całość mikrogumą, im miększą tym lepiej i w tym się wspinało. W skałkach, w Tatrach, a obstawiam, że i Alpy korkotrampki Stomilu widziały.

Oprócz butów, liny i kilku drobiazgów miałam jeszcze uprząż, na widok której kilka lat temu obsługa ścianki na Nowowiejskiej wyrzuciła mnie za drzwi. Uprząż była uszyta z samochodowych pasów bezpieczeństwa na maszynie Singer przez kumpla w  garażu. Serio, wspinałam się w tym w Tatrach. Żyję.

gora48.jpg
Klasyczna na Mnichu, w korkerach (fot. Aleksander Suchanowski)

Wymęczyłam ten kurs skałkowy z pożałowania godnym sprzętem, nauczyłam się podstawowych rzeczy, uznałam, że całość bardzo mi się podoba i odważnie ruszyłam na kurs tatrzański. I wtedy przypomniał sobie o mnie związek gwałtownego charakteru i ortopedów. Okazało się, że jestem kulawa. A kulawych nie biorą.

Część 2 — tatrzańska

Kiedy już bardzo dobrze wiedziałam, że chcę się wspinać i bardzo dobrze wiedziałam, że to fajne, okazało się, że nie ma łatwo. Pierwszą zastawioną na mnie rafę pt. kurs tatrzański jest drogi jak cholera przepłynęłam brawurowo. Trudności zaczęły się przy kompletowaniu dokumentów. Dostałam się w zinstytucjonalizowane szpony Centralnego Ośrodka Szkolenia, który zażądał ode mnie karty zdrowia sportowca. Czytaliście część 1? No, właśnie. Kulawych, ślepych i garbatych nie biorą.

Przewidziałam trudności. Do przychodni zdrowia sportowca poszłam z zastępstwem, do ortopedy weszła za mnie koleżanka zbliżonej budowy ciała. O tyle zbliżonej, że, w przeciwieństwie do mnie miała obie nogi takie same. Miśka, dzięki. I kiedy wydawało się, że prawie się udało, zebrałam wszystkie pieczątki, bo wątpia mam raczej zdrowe i zanosiłam do przychodni wzorowy rentgen płuc, wtedy pani w rentgenie zaskoczyła mnie pytaniem: ILE DIOPTRII!?? No, nie byłam na to przygotowana, a, niestety, z natury jestem dość prawdomówna. Powiedziałam prawdę i na tym zakończyła się moja przygoda z warszawską przychodnią zdrowia sportowca. Próbowałam negocjować, ale nic to nie dało. Padł również argument, że zajdę w ciążę i wzrok mi poleci. Niestety nie zapamiętałam personaliów tej pani i nie mogę iść z reklamacją, że kłamała jak bura sucz.

Ze złamanym sercem i karierą pojechałam na Warmię do znajomych, gdzie opowiedziałam moją rozpaczliwą historię i dowiedziałam się, że w Olsztynie analogiczna przychodnia jest nieco mniej dokładna, a dokument tożsamości sprawdza  przy zakładaniu karty, a potem już nie. Sprawa okazała się łatwiejsza niż myślałam, chociaż gdzieś w dokumentach olsztyńskiej przychodni mam kilka centymetrów mniej niż w rzeczywistości. Dzięki, Dorotka.

Ze sfałszowaną kartą zdrowia sportowca kurs tatrzański stanął przede mną otworem.
Dwa tygodnie później, w połowie szkolenia, w upalny dzień przed Betlejemką Bobas, słynny, wieloletni szef COSu popatrzył na mnie i moją nogę i powiedział z pełnym zrozumieniem:
— Oj, dziewczyno, ale karty zdrowia sportowca to ty legalnej nie masz.
No, nie miałam, co nie przeszkodziło mi tego kursu zrobić. Po Tatrach trochę pochodziłam w czasach już nie pionierskich, ale zdecydowanie trudniejszych niż współczesne. Pomieszkałam na taborze i ogólnie to było kilka dobrych lat.

Ostatni wyciąg Zamarłej Turni (fot. Aleksander Suchanowski)

Mniej lub bardziej intensywne Tatry przeplatałam całkiem nowym wynalazkiem, jakim był rower górski, pętaniem się po suwalskiej morenie, wyjazdami w góry niższe, nazywane przeze mnie pogardliwie bałuchami i dalszym, konsekwentnym unikaniem sportu.

I tak nie uprawiałam tego sportu aż do momentu, kiedy pojawił się Bysiek, który moje postrzeganie zasad bezpieczeństwa nieco zmienił i zmusił do zweryfikowania standardów.

Część 3 — matka Polka wspinająca

Wspinanie z małym dzieckiem niesie ze sobą pewien kłopot, otóż dziecko się nie wspina, zazwyczaj nudzi się posągowo i jeszcze wypada, żeby rodzic dożył przynajmniej jego do matury. Bo ja tu sobie śmichy-chichy, ale to jest jednak sport niebezpieczny i ludzie się zabijają. Ok, statystyki mówią, że najniebezpieczniejszym etapem wyjazdu w skałki jest droga ekspresowa S8, ale dwóch moich przyjaciół w Tatrach zginęło, przez własne, bardzo głupie błędy. Po jednym z nich imię ma moje dziecko. Obaj byli jedynakami. Często myślę o ich rodzicach.

Okres byśkowego dziecięctwa nie był specjalnie standardowy. Robiliśmy razem dużo rzeczy głupich, fajnych i czasami niebezpiecznych. Na zdjęciu pięcioletni Bysiek zjeżdżający tyrolką z wieży w Ogrodzieńcu. Ona jest raczej wysoka, ta wieża.

Dziecko, które zawisło nad dziedzińcem

Jeździliśmy rowerami na bardzo długie wyprawy, chodziliśmy po górach, pływali po Wigrach, jeździli na nartach, ale akurat wspinanie dziecku się nie spodobało. Zabrane w skałki tyrolką owszem, jeździło chętnie, huśtało się w uprzęży z przyjemnością, ale wspinać się za bardzo nie chciało. A już szczególnie nie chciało patrzeć jak rodzice się wspinają i czytać w tym czasie książeczki. Najatrakcyjniejsze wydawały mu się wyprawy z młotkiem na amonity. Całkiem stabilne zainteresowania, jak na studenta geologii obecnie.

Na kilkanaście lat wspinać się przestałam, bo najpierw dziecko było za małe, potem dość trudne i nie bardzo dało się z kimś zostawić, urlopu miałam za mało, a jednak mimo wszystko postanowiłam nie zmuszać go do wspinania, zwłaszcza, że żeby zmusić trzeba było wywieźć dzieciaka na Jurę i tamże znosić fochy. Postanowiłam, jak się potem okazało słusznie, przeczekać. Instrukcję jak trwale zniechęcić lub zachęcić dziecko do ulubionego sportu rodziców jeszcze napiszę. Obiecuję.

Jak mówiłam wspinanie było. Było gdzieś w tle, w opowieściach, w micie założycielskim naszej rodziny, w zabawnych dykteryjkach i epickich anegdotach. W ludziach, którzy się pojawiali i przede wszystkim we mnie. Byłam wspinaczem w stanie spoczynku.  Dziecko o wspinaniu przypomniało sobie gdzieś koło 15. roku życia, na tyle wcześnie, że na kurs ściankowy nie chcieli go przyjąć nawet za zgodą rodziców i musiał odczekać aż skończy lat 16. W końcu skończył i wreszcie przyżarło. Ale dla odmiany właśnie wtedy rozsypałam się ja…

Część 4 — a trzeciego dnia zmartwychwstał

Akurat wtedy kiedy moje dziecko zaczęło przepraszać się ze wspinaniem zaliczyłam zapaść zdrowotną. Najpierw zerwałam sobie więzadła kolanowe. Skutecznie mnie rehabilitowano, ale i tak przez rok przy większym obciążeniu, rozumianym jako podniesienie więcej niż pięć kilogramów, ewentualnie próbę podbiegnięcia, kolano zginało mi się w bok. Nie polecam. Na przeszczep czekałam rok, bo kolano musiało się wygoić, nowe więzadła dostałam swoje własne, wydłubane z tej nogi, której jak myślałam bardziej się zepsuć nie da. Nie doceniałam się. Poza bliznami z dzieciństwa mam teraz dziury po przeszczepianiu więzadeł.

Zaczęłam po raz drugi uczyć się jeździć na nartach. Elegancko się wyrehabilitowałam po raz drugi i po dwóch latach ratowania kolana okazało się (tadaaaaam), że mam stwardnienie rozsiane. Nie wiem, czy to nie złudzenie, ale mam wrażenie, że jakoś mam więcej farta w życiu niż statystyczny obywatel…

To jest moment, którego nie lubię, bo miny rozmówców tężeją, patrzą na mnie ze współczuciem, zażenowani bąkają bardzo mi przykro albo ojej, podczas, gdy historia dalej jest zabawna i jeśliby ojej i przykro, to raczej może nie opowiadałabym tego w nastroju ironicznie-rozrywkowym. Zechciejcie więc, proszę, nie bąkać i nie tężeć, bo wielkimi krokami zbliżamy się do wspinania.

SM rozwaliło mnie na kilka lat. Jeśli ktoś widział mnie teraz, to zapewne puka się w głowę, bo wyglądam na całkiem sprawnego człowieka, ale kilka lat chodziłam z laską, na przemian głuchłam i ślepłam. Miałam tak porażone dłonie, że nie mogłam się podpisać, co spowodowało cyrk w banku przy odtworzeniu wzoru podpisu. Łyżką przestałam trafiać do gęby, co wywołało lekką konfuzję w korporacyjnej stołówce, jak się zalałam zupą. Okazjonalnie się zataczałam, przez co w podróży na wschód miękko wtopiłam się w krajobraz, bo nie mogłam utrzymać równowagi, więc prawdopodobnie byłam permanentnie uważana za nawaloną. Obawiam się, że tę opinię w okolicy mam do dzisiaj.

Kulawy w Czarnobylu (fot. Widzia)

Generalnie nie wyglądało to specjalnie różowo. Szczęśliwie zaczęli mnie skutecznie leczyć i pomalutku zaczęłam z tej zapaści wychodzić. Naprawdę pomalutku, bo nie jestem w stanie złapać momentu w którym zrobiło mi się lepiej. Po prostu, jak teraz sięgam pamięcią wstecz — kiedyś było gorzej.

Pewnego dnia uświadomiłam sobie , że całe wakacje przechodziłam bez laski, że znowu mogę jeździć rowerem, że mogę tym rowerem jeździć po górach i, że owszem kulejąc, ale przejdę Orlą Perć. I wtedy zrobiło mi się jakoś raźniej, jakbym wróciła sama do siebie. Całkiem nie wierzę, że cierpienie ma jakąkolwiek wartość, ani nigdy nie zadawałam sobie pytania „dlaczego akurat ja”, natomiast jeśli chodzi o zdrowotne zapaści, to mogę polecić chorobę remisyjno-rzutową. Warto choć raz w życiu przeżyć zmartwychwstanie.

Kulawy na Orlej Perci

Którąś jesienią młody uznał, że jednak będzie się wspinał regularnie i zaczął mnie ciągać po warszawskich ściankach, jako samobieżny przyrząd asekuracyjny. Asekurować zawsze lubiłam, robię to w miarę dobrze i nie straszne mi asekurowanie cięższych od siebie. W sumie nie bardzo mam wyjście, większość ludzi jest cięższa ode mnie. Zaczęłam chodzić na ścianki. Młody, dziecko trudne, wobec którego należało stosować liczne wybiegi wychowawcze opanował je do perfekcji.
— A może weźmiesz swoje korkery na ściankę? — zagajał.
— Nie nudzisz się może, bo zobacz tutaj taka bardzo łatwa droga, to może byś na wędkę weszła?
— O RANY, JAKĄ TY MASZ WSPANIAŁĄ TECHNIKĘ!!!
Absolutne wszystkie chwyty zdesperowanego rodzica zostały wykorzystane przeciwko mnie. Usłyszałam każde, absolutnie każde motywujące zdanie, jakie wypowiedziałam przez kilkanaście lat. Byłam chwalona, zachęcana i oblewana wiadrami pozytywnych wzmocnień.
Zadziałało. Polubiłam ścianki.

Moja pani neurolog przepytana na okoliczność wspinania, lekko się zdziwiła, dopytała czy umiem i czy na pewno robiłam to przed diagnozą i machnęła ręką. Jak potem gdzieś przeczytałam: każda aktywność fizyczna jest przy SM wskazana. Może niekoniecznie polecamy sporty ekstremalne, ale jeśli pacjent czuje się na siłach, to nie ma przeciwwskazań.
Uznałam to za błogosławieństwo, kupiłam sobie buty i uprząż i zaczęłam się rehabilitować na poważnie.

Okazało się, że regularne wizyty na ściankach i wyjazdy w skałki sprawiły, że zaczęłam robić postępy! Strasznie mnie to zaskoczyło, bo zawsze wydawało mi się, że o tej regularności treningów to takie rzewne bujdy są, żeby brutalniej nie powiedzieć i ok, jak się poruszam to będę wyglądała nieco mniej rozpaczliwie. A tu niespodzianka, po dwudziestu latach przerwy wspinam się lepiej niż kiedykolwiek. Szok i niedowierzanie.

20171125_200440_IMG_2139.JPG

Po dwudziestu latach przerwy okazało się, że wspinanie jest rewelacyjną rehabilitacją. Ćwiczy wszystkie partie mięśni. Rozciąga. Wzmacnia. Relaksuje. Ćwiczy psyche. Naprawdę, lepiej się nie dało. A poza tym integruje rodzinnie i jest fajne.

Jakby cotygodniowej rodzinnej wizyty w kościele na ściance było mało, zapisałam się na sekcję wspinaczkową (dla początkujących!), bo potrzebuję regularnej motywacji i rehabilituje się dalej. I mam nadzieję, że jeszcze chwilę się powspinam. I o wspinaniu popiszę.

Teraz chciałam Wam tylko powiedzieć, że wspinanie jest takie super :)

chcielismy-tylko-powiedziec-ze-pis-jest-taki-super-wiadomosci-tvp.jpg

Ale będzie tam wspinanie?

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia. Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych — Bysiek o wspinaniu.

„Ale będzie tam wspinanie?” to od paru lat najważniejsze pytanie które zadaję jak matka-kapitan składa propozycję trasy bądź wariantu.

Wspinamy się wszyscy troje, cała rodzina, dwa pokolenia, mniej lub bardziej fanatycznie, mniej lub bardziej z przyległościami. Od dawna.

Seniorska część załogi swoją złotą erę wspinania miała na przełomie lat ’80 i ’90, w takich warunkach, które tak mnie, jak moich równolatków, przyprawiają o mdłości. Potem nastąpiła dwudziestoletnia przerwa — z miejsca pozdrawiam jako jej główny sprawca — zakończona chwalebnym renesansem lat temu kilka.

Rodzinny etos zawsze miał gdzieś w tle górskie życie, czy to jako prześmiewcze powiedzonko jestem dupa, nie taternik, czy używane przeze mnie, już bodaj ośmioletniego — „Jestem synem dwójki taterników i speleologa”, co nawet poniekąd było prawdą. Szczególną radość znajdowałem w odpowiadaniu w ten sposób wszelkiej maści przedszkolankom i nauczycielkom, które były PEWNE że zaraz spadnę z tego drzewa/drabinek/słupa średniego napięcia. Nie spadałem.

1990.07-22_17
Sekcja senioralna w wieku juniorskim 1990 na Świstówce

Mimo to, nikt nie był zawodnikiem. Nikt nie miał na koncie ekstremalnych przejść skałkowych. Etos wspinacza w domu był etosem taternika-alpinisty. Ale rekreacyjnego, łojanta-hobbysty-wagabundy, jedzącego Konserwę Turystyczną™, waletującego w Pięciu Stawach i śpiącego pod głazem w tatrzańskiej Pustej Dolinie.

Wspinaczkowego bakcyla nie złapałem od razu, mimo zabierania na ściankę, w skały i łagodnego zachęcania mnie od lat absolutnie szczenięcych (zapis kopalny wskazuje na przełom mileniów), a dopiero pod koniec gimnazjum uznałem, że chce się w to bawić.
W roku pańskim 2010, jesienią, robię kurs wspinaczki na sztucznej ścianie.

W zasadzie aż do matury wspinałem się mocno rekreacyjnie, rzadko częściej niż raz na dwa czy trzy tygodnie, na niewygórowanym poziomie trudności. A potem poszedłem na studia. Trafiłem na obowiązkowy wuef, na który po raz pierwszy od początku edukacji chodziłem z radością. A chodziłem nie tylko na swoje zajęcia, ale tak często, jak tylko było wolne miejsce w grupie. Czasem po trzy razy w tygodniu. Bo z całej bogatej oferty UW, wybrałem oczywiście wspinaczkę. Tu warto odnotować, że przez dwanaście (!) lat szkoły, WF był moim znienawidzonym przedmiotem, i migałem się z niego jak tylko mogłem. Prosto z WF-u trafiłem do uniwersyteckiej sekcji AZS, i to właśnie tam zaczęło się moje wspinanie „na poważnie”, dwa razy w tygodniu pod okiem trenera.

Kilka semestrów regularnego treningu i regularne weekendowe wypady na ścianę z rodziną czy znajomymi przyniosły rezultat — wspinałem się coraz lepiej, i gdy mniej więcej już wiedziałem którym końcem liny się związać, który but jest lewy i jak odróżnić karabinek od karabinu — zrealizowałem marzenie, które miałem w głowie od momentu wkręcenia się we wspinanie.

Zrobiłem kurs taternicki. Było lato 2016.

Kurs to prawie dwa tygodnie „łojenia” w górach, dróg nietrudnych, co prawda rzadko wycenionych wyżej niż V, ale nieprzygotowanych tak, jak drogi na sztucznych ściankach czy nawet w skałkach. A czasem nieprzygotowanych wcale. To znaczy, że nie ma założonych punktów do asekuracji, nie mówiąc o ekspresach. Nie tylko trzeba mieć ze sobą własne ekspresy, jak przy wspinaniu sportowym, ale czasem też wbijać haki czy wkładać specjalne kostki w skalne szczeliny, by mieć gdzie te ekspresy wpiąć. Pewne, metalowe kotwy, wwiercone głęboko w skałę, to w górach rzadkość, a każdy punkt asekuracyjny, który zakładamy samodzielnie ma szansę wypaść, nieprzyjemnie wydłużając nasz lot.
Dodajmy do tego specyficzną budowę Tatr, z mnóstwem półek i półeczek, na które można boleśnie spaść, to zrozumiemy dlaczego walor moralny takiego wspinania jest znacznie większy. Założenie jest proste — w górach, „na własnej”, się nie odpada od ściany. Po prostu nie.

14224918_1093865827316768_2705728140086920340_n.jpg
Kosmołata na Mnichu fot. Maciej Tertelis

A po kursie, jak miałem formę roku, pojawił się Maciej.
Maciej się zna z rodziną od wspomnianych lat 80, tylko że — w przeciwieństwie do nich — nie wypadł z obiegu na 20 lat. Pojawił, i zapytał Siwą, czy może mi zaproponować wyjazd– w końcu syn znajomej, do tego jedynak, kurtuazji musiało stać się zadość. Po czym, zupełnie jak w szancie, zadzwonił do mnie pytając „Stary, czy masz czas?”
Miałem. Pojechaliśmy. W jeden weekend na Mnichu wytyczyliśmy Kosmołatę, a na Kazalnicy powtórzyliśmy Schody do Nieba.
Na kultowej Kazalnicy. Zerwuni, Polskiej ścianie ścian. Jako że był to mój pierwszy wyjazd jako — całkiem świeżo upieczonego — taternika, a prowadzenie nowych dróg jest najbardziej prestiżowym wyczynem, często cenionym wyżej niż przechodzenie dróg trudnych sportowych, zacząłem z wysokiego C. A nawet C+.

We wrześniu pojechaliśmy rodzinnie w Dolomity. Och, niech żałuje kto tego nie widział, komizm kłótni o wyższość „starego nawyku” nad „gorliwością neofity” jest nie do powtórzenia na sucho. Rodzina przekonała się że stare kości warto rozruszać, bo tak jak było to fajne w 92, tak fajne jest teraz, a postęp techniczny i gonienie Zachodu spowodowało że można wspinać się w czymś innym, niż uprząż szyta z pasów samochodowych, czy asekurować sprzętem wyższej jakości niż czekan zrobiony przez kumpla w garażu. Tak, to były heroiczne czasy.

Zimą liznąłem wspinania w lodzie, a tego lata zrobiliśmy z Maciejem jeszcze dwie nowe drogi. Ale to już późniejsza historia.

W ciągu ostatnich lat, zaczynając jako kompletny żółtodziób, skończyłem jako taternik z nowymi drogami na koncie. Gdzie poniesie przyszłość? Zobaczymy.