Grecja dla kamperów

Grecja ma wadę – jest daleko. Ale poza tym ma same zalety. Uwzględniając oczywiście nasze specyficzne, kamperowe potrzeby: unikanie tłumów i nocowanie co noc w innym miejscu.

Nie bardzo lubimy się z upałami. Europa północna nam się skończyła, pojechaliśmy więc na południe, późną jesienią. Tym razem nie Dolina Muminków, ale Grecja w listopadzie. I to był strzał w 10, bo dojechaliśmy do miejsca, skąd mieliśmy bliżej do Libii niż do Bułgarii. Że o Wiedniu czy Warszawie nie wspomnę. Półwysep Mani zasługuje na własną opowieść, którą napiszę i podlinkuję. Tam już było trochę gorąco.

Drogi w Grecji

Objechaliśmy Grecję dookoła unikając autostrad, miast i kempingów. Poza sezonem nie jest to specjalnie trudne.

Drogi są szerokie. Po Włoszech i bliższych Bałkanach spodziewałam się wąskiej i krętej masakry. A tu zaskoczenie. Nigdzie nie utknęłam, nigdzie nie musiałam zwijać lusterek, żeby przejechać. 

Nie lubimy autostrad, nie dlatego że są płatne, ale dlatego, że mało z nich widać, nie można przy autostradzie kupić pomarańczy, a kamper Bobek poza autostradą pali do 5 litrów ropy mniej.  

Bezpłatne, umiarkowanie boczne drogi w Grecji są szerokie i wygodne. I co dla nas najważniejsze – mają mnóstwo parkingów i zatoczek. W żadnym kraju nie widziałam infrastruktury tak nastawionej na pokazanie turyście pięknych widoków.

Parkingi, wszędzie parkingi

Miejsce widokowe? Ale proszę – oto duży, wygodny parking. Z altanką i śmietnikiem. Nie są to miejsca kempingowe, ale też nigdzie nie ma zakazu zatrzymania się na jedną noc. Nie ma miejsca na parking? To wystarczy zatoczka, żebyś mógł komfortowo zrobić sobie fotkę z ładnym tłem. 

W listopadzie ściemnia się dość wcześnie, a jechanie przez piękny kraj po ciemku nie ma za dużego sensu, byliśmy Grekom za te liczne parkingi naprawdę wdzięczni. Nikt nas też nigdzie nie ścigał  i nie wyganiał. Ale tradycyjnie – przyjeżdżaliśmy wieczorem, wyjeżdżali rano, śmiecie zabierali ze sobą. Kontakty z ludnością tubylczą mieliśmy sporadyczne i życzliwe. Można nawet powiedzieć, że serdeczne.

Parkingi przy miejscach turystycznych są duże i darmowe. Praktycznie wszędzie można podjechać, sensownie zaparkować i spokojnie konsumować kulturę helleńską. Żartowałam. Konsumowaliśmy arbuzy. 

Kamperowe miejscówki w Grecji z koordynatami GPS

Czy Grecja ma wady?

Poza piekielnymi temperaturami, dla nomadycznego kampera wadą jest totalny brak miejsc serwisowania kampera. Nie mówię o darmowych, ale nie ma też płatnych. Ścieki zlewaliśmy na nielicznych czynnych kempingach, odpłatnie. Jadąc przez turystyczne miejsca widzieliśmy zjazd na jedną zlewkę, której zresztą nie mogliśmy potem znaleźć. Istnieje więc szansa, że jej nie było.

Dwadzieścia stopni to jest w Grecji lekki przymrozek. Większość kempingów jest zatem nieczynna. Bo kto by w taki mróz siedział w namiocie. Trzeba więc serwisowanie kampera planować starannie, żeby nie wylądować w świątyni Ateny z pełnym kiblem.

Kemping. Sad cytrusowy i JEDEN kamper. Widok z miejsca serwisowania Bobka

Greków podejście do przepisów

Jak to południowcy, Grecy mają podejście do przepisów drogowych raczej swobodne. Oczywiście (jak cała reszta świata, poza Polakami) respektują pierwszeństwo pieszych i ograniczenia prędkości. Swobodne mają za to podejście do oznakowania poziomego, wyprzedzania i parkowania. I dużo tolerancji dla kamperów robiących Szalonego Iwana na polnej drodze.

Programowo i ideologicznie jeżdżę przepisowo, nie miałam więc okazji się przekonać o wysokości mandatów. I nie tęskniłam za rodakami na drogach.

Ptaszek Staszek 

Wakacje kamperem w Grecji

Polecam, ale poza sezonem. W sezonie trzeba mieć klimę w samochodzie i to stacjonarną, bo za bardzo spać się nie da.

Jeśli szukacie luksusówych kempingów z basenami i atrakcjami dla dzieci (tak wygląda piekło), to pewnie znajdziecie. My nie szukaliśmy i bez trudu udało się nam tego uniknąć.

Mieszkanie na dziko – na krótką metę, dwie noce, poza sezonem (jestem nudna, wiem) – polecam. W sezonie i miejscach oblężonych – jednak odradzam.

Internet raportuje, że za parkowanie na plaży można zarobić słony mandat. Całkiem się nie dziwię, sama bym łupała mandaty, jakbym zbudowała 100 metrów od plaży parking, a ktoś mi budą wjechał w morze.

Co zrobiłam źle?

Źle zaplanowałam trasę. Dwa tygodnie na Grecję to za mało. Zabałaganiam w Albanii (będzie kiedyś podlinkowana noteczka) i nie przewidziałam, że hellenistyczne gruzy są tak rozlegle, że nawet pobieżna przebieżka po nich zajmuje kilka godzin. Że, jeśli się korzysta z tych starannie zaplanowanych miejsc widokowych i co chwilę zatrzymuje, żeby zrobić zdjęcie, to 200 km dziennie robi się sporą odległością dzienną.

Że malownicze, boczne, greckie drogi są, jak wspomniałam przyzwoite, ale kręte i pod górę, jedzie się więc wolno. Patrz 200 km dziennie.

Wrócę tam na zimę i na dłużej.

Szczegółowa trasa tutaj

wakacje Hellada
GPSies - 2018.10 wakacje Hellada

Przykre skutki złego zamocowania drewna opałowego przez Słowaków

To nie była łatwa zima z wielu powodów. W październiku Bobek dostał słowackim klockiem drewna. Nowy zderzak kosztował w Bańskiej Bystrzycy 200€. Wtedy właśnie się okazało jak przydatne są ćwiczenia oddechowe, medytacja i spoglądanie z boku na zaistniałe trudności. Blacharz to słowacku to „klampiar”. Nie dopytałam, czy klampiara jest tak obraźliwa jak brzmi, ale postanowiłam używać.

Tak wygląda nowy zderzak

Potem z obitym ryjem i Czymś Źle Brzęczącym przejechałam ponad 6000 km. Brzęczące Coś okazało się skrzynią biegów. I słusznie umierałam na podjazdach z których nie zwiozłaby mnie laweta, czołg i dźwig. I na zjazdach na których bez hamowania silnikiem moje poczucie bezpieczeństwa gwałtownie malało, a strefa komfortu oddalała się za ostatnią serpentynę. Skrzynia biegów umierała.

Tak wygląda wyjazd z półwyspu Mani <3

Kiedy wjechałam do Polski śpiewałam, bo wiedziałam, że zza Przełęczy Dukielskiej już mnie Św. Pan Andrzej zwiezie lawetą do Wesołej.W listopadzie Bobeczek trafił na hospitalizację i zaczęły przychodzić niepokojące maile:

Witam P. Aniu, [1] lista części do skrzyni wg. mechanika: wałek główny, 2 koła zębate V bieg, piasta V bieg, 2 synchronizatory I, II bieg, 2 satelity, łożyska, uszczelki + zimmeringi, wybierak

Nie ukrywam, szczególnie ubawiły mnie dwie satelity i perspektywa sprzedaży nerek całej rodziny i powinowatych, bo taki satelita, to tani nie jest.Okazało się, że prościej szukać całej skrzyni biegów, a wszystkie tropy prowadziły w województwo zachodniopomorskie. Tajemniczy człowiek z zachodniopomorskiego miał skrzynię do Ducato I, taniej niż nowy samochód. Jeśli bylibyście ciekawi, to zregenerowana skrzynia biegów kosztuje 1500 zł z wysyłką. Po moich płaczliwych telefonach [2] Tajemniczy Don Pedro z zachodniopomorskiego podesłał jeszcze wybierak, którego nie było NIGDZIE, choć sporządziłam graf pokazujący czego konkretnie potrzebuję. Jest na obrazku, możecie podziwiać.

Widzicie twarz? To pareidolia – zjawisko dopatrywania się znanych kształtów w przypadkowych szczegółach

Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że kompletnie nie wiedziałam o czym tak w zasadzie rozmawiam, co tak w zasadzie kupuję i jaki to ma rozmiar. Nienormatywna paczka zamawiana przeze mnie zdalnie przez usługi kurierskie firmy była opisana tajemniczo „części”. Skrzynię biegów przełożył podwarszawski Don Pedro. Jak zobaczyłam co mam nowego, to się zaczęłam zastanawiać czy przypadkiem, niechcący, nie kupiłam sobie nowego samochodu.

Dwa dni temu, głęboką nocą, żeby ominąć okołoświąteczne korki podwarszawskie, ściągnęłam Bobeczka z Wesołej. Jest z nim teraz trochę tak, jak z moim kolanem po przeszczepie więzadeł krzyżowych – niby moje, a jakieś inne. Dodam, że do nowych więzadeł przyzwyczajałam się kilka lat i dopiero w zeszłym roku zapomniałam jak się skręcało na nartach i zaczął mi skręt w prawo wychodzić w miarę zgrabnie, z pominięciem zespołu stresu pourazowego.

Bobeczek i Hanuszka wiosenni przed domem

Co jest smutne: teraz mam PTSD związane ze słowackimi tirami, boję się o nową-starą skrzynię biegów. Straciłam radość z jechania przed siebie. Bobeczek jest już zwieziony pod dom. Akumulatory się ładują. Pewnie na majówkę uda się wyjechać, trzymajcie kciuki.Słowację omijam.

[1] dopuszczam tę formę, tylko w kontekście: Pani Aniu, jest chujowo, ale naprawimy pani samochód

[2] tak, w sprawach mojego samochodu dzwonię

Ferraty w Rumunii

Lonże do ferrat wzięliśmy na wszelki wypadek, jeśli chcielibyśmy pojechać do Włoch. Część z nas chciała, ale była w mniejszości, więc skończyło się na dwóch rumuńskich ferratach.

Ferraty pokochałam. To takie łatwe, dobrze ubezpieczone wspinanie, piękne widoki. Idzie się szybko, bo nie ma zespołu wspinacz/asekurant, tylko wszyscy idą razem.

Ferrata to taka Orla Perć. Skała, kamienie, klamry, technika sztucznych ułatwień. Zamiast łańcuchów jest stalowa lina do której się wpina asekurację (właśnie wspomnianą lonżę z dwoma karabinkami). Poza nią obowiązkowym wyposażeniem jest kask i uprząż. Twardziele (patrz Bysiek) stalowej liny używają tylko do asekuracji. Emeryci (patrz siwa i AJS) również do wspomagania się, jak poręczą, w trudniejszych miejscach.

Posted by Wyrypy on Thursday, November 2, 2017

Obowiązuje kilka zasad

  • musisz mieć specjalną, dynamiczną lonżę do asekuracji (nie obciążasz jej), kask (czasami coś naprawdę spada na głowę) i uprząż
  • przynajmniej jeden karabinek z lonży musi być zawsze wpięty w stalową linę asekuracyjną
  • na jednym odcinku liny, między kotwami mocującymi może się asekurować tylko jedna osoba

Dobre rady

  • warto mieć ze sobą zakręcany karabinek i taśmę. Wpięcie się w kotwę, czy klamrę, posiedzenie w uprzęży i podziwianie widoków to cenna możliwość
  • warto mieć specjalne rękawiczki, takie jak rowerowe, ale dodatkowo wzmocnione
  • idąc bardzo uważaj na kamienie, które zrzucasz

Skala trudności ferrat jest dość tajemną wiedzą, w Rumunii jest pięciostopniowa

A: nieco trudno
B: dosyć trudno
C: trudno
D: bardzo trudno
E: wyjątkowo trudno

Ale internet donosi o sześciostopniowej 1-6. Tak czy inaczej to nazywając ferrata nie jest drogą wspinaczkową i teoretycznie jest szlakiem turystycznym. Umówmy się, że niekiedy wymagającym sporej sprawności.

Nie przepadam za przepisywaniem internetu, więc tutaj jest więcej informacji.  Między innymi inne skale.

Ponieważ stronę o rumuńskich ośmiu ferratach, wraz z mapką, znaleźliśmy już (tu wstawić dowonie obraźliwe słowo) po powrocie, przypadkiem wjechaliśmy w dwie ferraty.  A szkoda, bo jest ich osiem i mogliśmy zdobyć złota odznakę Pogromcy Rumuńskich Ferrat.

Astragalus w wąwozie Bicaz

Astragalus ma stronę na Fejsie i pięć wariatów do wyboru. Jest płatna.

  • Droga 1, główna, C/D (średnia/trudna), z małym, dobrze zabezpieczonym klamrami fragmentem D — tę wybraliśmy, ale dalibogini, nie wiem gdzie tam był ten fragment D. Wybraliśmy ją, bo była najdłuższa.
  • Droga 4 i 5: A/B (łatwa)
  • Droga 2: C.
  • Droga 3:  C/D, z małym fragmentem D
  • Droga 4 (bardzo łatwa) nie wyprowadza na szczyt, a warto
  • Droga 5 jest dość błotnistym, acz zabezpieczonym stalową liną zejściem ze szczytu.
    Tędy zeszliśmy

Vadu Crisului

Ferrata jest reklamowana jako lokalna atrakcja, a mówiący po angielsku pan w schronisku wyposażył nas w informacje gdzie najlepiej zaparkować, jak dość i dlaczego torami, a na pożegnanie wręczył mapkę.

Ferraty są dwie do wyboru: łatwa i trudna. Oczywiście wzięliśmy tę trudną i faktyczne emocje okazały się nieco większe niż przy zbieraniu porzeczek. Nieoczekiwanie Bysiek łaskawie pochwalił: nawet się trochę powpinałem.

Tu popełniłam kardynalny błąd i pomna błotnego zejścia w Bicazie poszłam w tzw. ciężkich butach. I już wiem po co ludzkość wynalazła buty wspinaczkowe. Następnym stopniem trudności zapewne byłoby zrobienie ferraty latem w rakach. Wiem już na pewno, że na następną ferratę idę w najlżejszych butach, a w plecaku będę miała na wszelki wypadek moje najwygodniejsze buty wspinaczkowe.

Całość — do obejrzenia na Flikrze:

Rumunia -- via ferrata
Ferraty Rumunia

Rumunio, nie rozczaruj mnie

To była pierwsza myśl jaka tłukła mi się w głowie jak jechałam przez Rumunię. Bo była jak z moich wyobrażeń o kraju idealnym i bałam się, że coś lub ktoś mi tę wizję zepsuje.

#spoiler — nie zepsuło

Kamper

Nie rozczarowała, chociaż to zdanie powiedziałam już drugiego dnia, kiedy się zorientowałam, że poza tym, że jestem w bardzo dużych Bieszczadach, to jeszcze znalazłam się w raju. Jechałam po kraju pustym, życzliwym, pełnym placyków i zatoczek. Bez zakazów zatrzymywania się na noc, w zasadzie w ogóle bez zakazów zatrzymywania się w miejscach nie będących przejściem dla pieszych albo chodnikiem. Bo tego pilnują. Jedyny mandat za szybą (nie moją!), jaki widziałam był za częściowe zastawienie chodnika.

Przez trzy tygodnie dwa razy spaliśmy na kempingu, raz w Bułgarii, w Złotych Piaskach (nie zachwyca), a raz skusiły nas ciepłe źródła. Poza ty wszystkie noclegi były na dziko, legalnie, w pięknych miejscach i kompletnie odludne. Czy może być coś lepszego? Nasz mało reprezentacyjny, w porównaniu w niemieckimi emerytami, pojazd też nie budził sensacji, spotkaliśmy sporo takich na lokalnych blachach.

Tu można obejrzeć nasze noclegi:

Noclegi 2017 -- Rumunia//embedr.flickr.com/assets/client-code.js

Kempingów nie testowaliśmy, jedyny na którym się zatrzymaliśmy był w zasadzie parkingiem za płotem. Z luksusów był kran z zimną wodą śmierdzącą zgniłym jajem i bardzo, bardzo zaniedbana toaleta. Serio, nie jestem wybredna. W niejednym kiblu srałam, że tak sentencjonalnie rzucę wulgaryzmem. Ale to było Bardzo Złe. Bogatych kempingów nie testowałam, pewnie jest lepiej. Ale nie ma ciepłych źródeł w promieniu 200 metrów.

Ze zlewaniem ścieków było słabo. Serwisowaliśmy kampera na nieco bardziej luksusowym kempingu w Złotych Piaskach (ciepła woda, pralka, zlewka chemii i brudnej wody). Szarą wodę (tę z kranu, z zanieczyszczeń zawiera niewielkie ilości mydła) laliśmy w rowy melioracyjne. Wodę nabieraliśmy z mniej lub bardziej świętych źródełek, a chemicznej toalety staraliśmy się nie używać.

20170915_143023_DSC_0140.JPG

Drum in lucru

Ten napis za pierwszym razem nawet nas rozśmieszył, ale po kolejnym, …dziesiątym kilometrze jazdy po drodze w budowie raczej irytował. Ale #rumuniawruinie i mają tego efekty. Przeważająca większość dróg to przyzwoity asfalt. Nowy, unijny. Czasem mniej przyzwoity pamiętający Ceaușescu, ale zawieszenie wytrzymało. Nie bylibyśmy sobą, jeśli nie wtarabaniliśmy się na szutr in lukru, ale i szutry zazwyczaj były przyzwoite. A o drodze nr 306, którą poprowadził nas Bysiek z Góglem jeszcze napiszę.

Więcej dróc tutaj (Flickr):
Rumuńskie drogi//embedr.flickr.com/assets/client-code.js

Po tych dobrych drogach jeżdżą spokojni i uśmiechnięci Rumuni. Jeśli się spodziewacie dzikiej hordy rozbijającej się starymi Daciami, to się srodze zawiedziecie. Średnia samochodowa — mniej więcej taka jak w Małopolsce. Trochę gratów,  dużo przeciętniaków, czasem przemknie coś na  bogato. Tylko w Małopolsce już nie spotyka się już na drodze fur. Takich fur, co to ją w Misiu mieli za samolot oddać w ramach ekstradycji. Koń, furman, furmanka, rodzina na pokładzie, pies biegnie za furą. Sielanka. Furmani przed zakrętami zjeżdżają na pobocze i dają znaki oburącz (jechać, jechać szybko, nie jechać) i wymija się ich bez trudu.

Samochody jeżdżą spokojnie, w miarę przestrzegają przepisów, mniej lub bardziej skutecznie lawirują między biegającymi po asfalcie psami i kotami i raczej skutecznie między kozami, owcami, krowami i końmi. Przejechanego konia nie widziałam.
Na suwak jeździć umieją, znaków drogowych przestrzegają. No, zazwyczaj. Najczęstszym znakiem na krętej rumuńskiej drodze jest zakaz wyprzedzania. Dla własnego dobra lepiej go przestrzegać, bo nie ustawiają ich na wyrost. Z liniami ciągłymi już nie jest to tak oczywiste. I przestrzegają nieco mniej.

Nie testowałam, ale mandaty za wymuszenie pierwszeństwa na pieszym na pasach muszą być srogie, bo szacunek, jakim się piesi cieszą jest godny pozazdroszczenia. Jeździłam w wielu krajach i Rumunia jeśli chodzi o bezpieczeństwo pieszego mieści się w pierwszej piątce. Tak, też byłam zaskoczona. I było mi wstyd.

Ludzie

Spodziewałam się kraju pomiędzy Albanią a Chorwacją, a dostałam coś pomiędzy Słowacją a Włochami. Z ludnością pomiędzy Węgrami a Norwegami. Gdyby nie śladowa znajomość słówek łacińskich z liceum (dziękuję profesor Tomasz Piotrowicz) pozostawało nam dogadywanie się na migi. Na pierwszy rzut ucha to grupa językowa ugroromańska. Na początku nie rozumiesz nic, a potem zaczynasz cytować Owidiusza. Sprawdza się dodawanie do każdego słowa końcówki -ul (bulevardul, sanatoriul, centrul, teritoriul). W sumie łatwe. Mówiąca tą zdumiewającą mieszanką ludność jest życzliwa i pozbawiona ekspresji południowców. W dużym skrócie — nic od ciebie nie chcą. Pokochałam ich od pierwszego wejścia do sklepu, Uwielbiam, kiedy nikt mnie nie zagaduje, nie zaczepia, nie namawia.  Zapytani odpowiadają wyczerpująco, uśmiechają się, ale poziom turystycznego marketingu bezpośredniego mają nordycki. Chcesz to kupujesz, chcesz to zwiedzasz, chcesz to gadasz. Nie chcesz — to fajnie, obejrzyj sobie zamek i głowy nie zawracaj.

Kraj mikropłatności

Rumuńska leja przelicza się na złotówki praktycznie 1:1. To znacznie ułatwia. Benzyna kosztuje mniej więcej tyle co w Polsce, jedzenie też. Droższy jest nabiał, co nasz zabolało, tańsze owoce i warzywa. Te ostatnie zresztą kupuje się przy drogach za symboliczne pieniądze. Dwie reklamówki winogron, cukinii, papryk i pomidorów potrafią kosztować 10 zł.

Byliśmy zachwyceni małymi sklepikami na każdym rogu i paśnikiem przy drodze. Na widok warzyw i owoców sprzedawanych we wsiach dostaliśmy ślinotoku i oczopląsu. Byliśmy w raju dla wegetarian i innych roślinożerów. Raz kupiliśmy winogrona, które w całości musiał zjeść AJS, bo dla mnie i Byśka okazały się za słodkie, więc niejadalne. Za to rumuńskie pomidory śnią mi się do dzisiaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sporo rzeczy jest płatnych (zwiedzanie, fotografowanie w zabytku, parking), ale są to właśnie mikropłatności. Bilet do zamku 7 zł, fotografowanie 5 zł. Parking 2 zł. Płacenie kartą w większości miejsc. Na wszystkich stacjach benzynowych i marketach. W większości sklepów. W niszowych zameczkach niekoniecznie. No i oczywiście nie w warzywnym paśniku przy drodze.

Turystyka

Turystycznie w Rumunii można się zakochać. Nie ważne co lubisz: zabytki rzymskie, secesję, socrealizm, muzea, zamki, galerie, puste morze z naturystami, góry typu Bieszczady, góry typu Tatry, pola, lasy, zapory, kopalnie soli, gorące źródła. Może masz ochotę wjechać kamperem w Dolinę Kościeliską? Albo na Ornak? A może chcesz na pamiątkę czaszkę muflona albo ciepłe skarpety?

Zaniedbaliśmy miasta. Pobieżnie obejrzana Konstanca się nie liczy. Zaniedbaliśmy liczne abandony i imponujące ceaușescalia. Za krótko byliśmy na północy Rumunii, przy granicy z Mołdawią. W zasadzie wszędzie byliśmy za krótko i widzieliśmy za mało, bo ilość miejsc zasługujących na uwagę nas przytłoczyła. Naprawdę nie wiem jakim cudem jest tam tak mało ludzi, bo to taka tania Norwegia z krótszą linią brzegową i bez wody w fiordach.

Wszędzie można wynająć pokoje (canzare, rooms, zimmer frei) — cen nie sprawdzałam, a gógla macie.

Serpentyny

Oczywiście przejechaliśmy obie. Transfogaraską i Transalpinę. Po to w końcu tam jechałam, wbrew sceptycznym pytaniom „ale, że kamperem? Transfogaraską?”. Więc nawet starym kamperem Transfogaraska jest łatwa. Piękna, równa, szeroka i łatwa. Przejedziecie tam wszystkim. Widziałam wiele parszywych dróg i morderczych serpentyn — tu jest luksus, komfort i zatoczka przy co drugiej serpentynie. Transfogaraska jest wisienką na torcie i nie ma na niej żadnych trudności i serio, nie strugam tu kozaka. Nieco trudniejsza jest Transalpina, bo starsza i niekoniecznie budowana pod czołgi. Tu już kawałkami zakręty brałam na jedynce, ale też jest pokonywalna dla przeciętnie uzdolnionego kierowcy.

Bezpieczeństwo

Miłość jest ślepa, a ja pokochałam Rumunię od pierwszego dotknięcia koła, ale w żadnym kraju nie czułam się tak bezpiecznie. Zły PR zrobili Rumunii imigranci w latach ’90, którzy na kilka lat opanowali nasze miasta i właśnie nimi straszono mnie przed wyjazdem. Dobrze, że z natury nie jestem przesadnie płochliwa. Romskie wioski są wyjątkowo dekoracyjne i wyglądają, jak żywcem wyrwane z Bollywood.

W górach są obozowiska, których nie nazwałabym taborem — niezłe samochody, kilka przyczep, w lepszym stanie niż nasz kamper i suszarnie grzybów, gdzie Romowie znoszą na plecach wielkie kosze na bieliznę wypełnione grzybami wielkości patelni. A ja nie widziałam ani jednego grzyba, a serio, umiem je zbierać.

Nie bałam się nigdzie, a największą przykrością, która mnie w Rumunii spotkała był katar przez który spędziłam dwa dni z gorączką nad Morzem Czarnym, wdychając czarny jod.

Pomyśleć, że tyle ofiarował mi kraj, który był dla mnie początkowo tylko kompromisem między odległością, kosztami i pofałdowaniem.

Noc Herkulesa

Poranek na ponad 2100 w puchowym śpiworze był gorący. Kamper stał w chmurach w jednym z najwyższych miejsc drogi Transalpina. Załoga spała z nadzieją na lepsze widoki. Pierwszej jesiennej nocy spadł mokry śnieg. Mgła nie opadła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaśpiewałem domownikom na obudzenie:

I’m dreaming of a white Christmas
Just like the ones I used to know
Where the treetops glisten and children listen
To hear sleigh bells in the snow

Potem kawa, śniadanie i w drogę. Pod podstawą chmur, na 1800 mnpm, widoki były już piękne, a dzień słoneczny. Naszym celem miał być kurort Băile Herculane i okolice, obfitujące w skalne wspinaczkowe ściany i ciepłe wody. Droga była piękna i górzysta.

Z każdym metrem w dół wracało lato. Skalne ściany rzeki Cerna (Czerna) stawały się coraz bardziej imponujące a klimat śródziemnomorski. Wjazd do Băile przeraził mnie ilością ludzi i samochodów. Spodziewałem się jednak, zatłoczonego kurortu od jakich uciekam, jak od Zakopanego. Dalej był jednak senny Ciechocinek po sezonie i czasach świetności, pełen cudownych abandonów, prawie pustych ulic, za to otoczony śliczną przyrodą. Na sławnych rzymskich łaźniach stały hotele – wieżowce, betonowe molochy. Spadek po Nicolae Ceauşescu – wszystko zgrzebne jak rumuński szałas lub odarte ze splendoru niczym burżuj w pierdlu u komucha.

Nas ciekawiły źródła termalne otoczone legendą Herkulesa. Rzymianie byli mistrzami sztuki sanum per aquam zwanego dziś jako SPA. Jeśli oni uznali to miejsce za najbardziej wyjątkowe w Imperium Romanum, to coś musiało być na rzeczy. Bysiek – student geologii wyraził opinię, że SPA to zabobon, a balneologia to podobnie niegodny dział medycyny jak homeopatia. Mógł mieć rację.

Łaźnie i źródła w centrum okazały się abandonem, w którym po wodach pozostał tylko smród zgniłych jaj i ropy naftowej. Hoteli SPA się brzydzimy. Wszystkie wskazówki kierowały nas do jedynego zatłoczonego miejsca, które minęliśmy po drodze, tam gdzie na zakazie parkowania stało mnóstwo samochodów, niektóre z przyczepami kempingowymi. Wybraliśmy pobliski kemping nad rzeką. Anna-Maria marzyła już bardzo o ciepłym prysznicu.

20170923_162405_DSC_0062_1

Ciepłej wody niestety tam nie było. Dwie kabiny prysznicowe były zamknięte, za to w jedynej otwartej była kupa – może nawet jeszcze ciepła. Poszliśmy więc do lokalnej pizzerii, po pizzę dla nadąsanego Jakuba, rozżalonego siermiężną Rumunią. Były niestety tylko grube frytki z ziemniaków przekrojonych w ćwiartki.

Miejsca kąpieli w ciepłych źródłach, pięknie położone pośród skał-ogrodów nad rzeką Cerna, będącą jeszcze tutaj wartkim górskim strumieniem, swoją obskurnością kontrastowały z pięknem okolicznej przyrody. W betonowej wannie pomalowanej na niebiesko moczył się za darmo tłumek Rumunów różnej płci i wieku. Obok stały tylko prymitywnie sklecone budy profesjonalnych masażystów. Tak przynajmniej obiecywały liczne plakaty.

20170923_162617_DSC_0065_1
Drugie miejsce naturalnego wypływu ciepłych wód było jeszcze ciekawsze, acz mniej zatłoczone. Pod drogą i grubą rurą wodociągową, w betonowej skarpie była kawerna i maleńki basenik, głęboki na 1,5 metra, z czystego betonu, przyklejony do naturalnej skały, z której tryskała gorąca woda. Tam ludzi było już mniej. Infrastruktura w pełni amatorska. Dechy i konary zawieszone na betonowych ścianach z nabitymi gwoździami stanowiły wieszaki na odzież. Była nawet dziurawa kabina przebieralni sklecona z przypadkowych szmat i prętów, oraz były dyżurne butelki PET. Służyły one do nabierania wody bezpośrednio ze źródła, aby po wyjściu z wanny społecznej obmyć się, czystą biologicznie wodą.

Wahałem się. Moja fobia społeczna, granicząca z autyzmem, wymagała herkulesowej pracy nad sobą, by skorzystać z dobrodziejstwa tych miejsc. Ciekawość, aby po raz pierwszy w życiu zażyć tak egzotycznego spa dała mi jednak odwagę Heraklesa.
Wybrałem wannę nr 2 w stylu industrialnym, gdyż opodal były też nad strumieniem gorące źródła w naturalnej, skalnej obudowie wielkości wiadra, w których Anna-Maria mogła bez obrzydzenia wymoczyć nogi, gdyż nie dała rady zażyć zażyłości kąpieli, wymagających kontaktów towarzyskich.  I teraz żałuje.

Łachy powiesiłem na gwóźdź i wskoczyłem po drabince zbitej z dech licowych jakiegoś abandonu, oderwanych chyba od zabytkowej stolarki okiennej. W betonowej dziurze moczyło się już czterech facetów. Młody brunet o posturze Herkulesa, dwóch siwych, nobliwych panów i jeden łysy staruszek. Pod betonową, popękaną płytą podpartą stemplem ukrywa się wstydliwie jeszcze para trzydziestolatków.

Na szczęście nikt ze mną nie próbuje nawiązywać rozmowy. Nauczyłem się już to cenić u Rumunów. Są pełni życzliwości i uprzejmości, lecz także taktu i dystansu wobec obcych. Jako kierowcy wykazują się znacznie większą kulturą od naszych rodaków. Sytuacje mogące doprowadzić do konfliktu rozpoczynają uśmiechem. Prawie nie trąbią.

Wytatuowany przystojniak, którego panie z wielkiego miasta szarpały by jak Reksio szynkę, był duszą towarzystwa, mistrzem permanentnej elokwencji. Na betonowym rancie ciepłej nyży stały już jego trzy puste butelki piwa, jedna jeszcze pełna i pusta paczka szlugów. Właśnie otwierał nową paczkę Dunhillów.

Po rumuńsku rozumiem tylko ulubione zdanie Siwej: „Dupa masa cinci lei pierdata”, zatem nawet nie próbowałem zrozumieć dyskusji. Oddałem się więc ciepłej wodzie o idealnej temperaturze. Tymczasem mózg zaczął sam składać sens obcych słów. Panowie żywo rozmawiali o polityce i historii. Dowiedziałem się, że Polacy mieli znacznie lepiej niż oni za Ceauşescu. Również, że obecnie faszysta Putin faktycznie rządzi w Polsce i na Węgrzech i to samo chce zrobić z Rumunią. Dyskusję przerwała nowa osoba. Starsza pani dołączyła do towarzystwa wypierając sporo wody. Zabulgotało, przeklęty Archimedes. Młodzi w ciemnym kącie prawie nic nie mówili. Tylko pani ruda poprosiła nobliwego pana z siwym wąsem, aby zrobił jej miejsce pod rurą i już tam została.

Przystojniak natychmiast zagadnął nowo przybyła starszą panią. Rozmowa potoczyła się na tematy medyczno-balneologiczne. Pani zachwalała wspaniałość tego źródła, a przystojniak tłumaczył, że pije piwo bo to i ciepło cudownych wód najlepiej go oczyszcza w tym miejscu. Gdy padło słowo: „dupa masa” zacząłem próbować świadomie dekodować rumuńskie słowa. Niestety, tylko przestałem cokolwiek rozumieć, tracąc podświadome zrozumienie całości. Rzekłbym tedy po Rumuńsku: Dupa pierdut.

W międzyczasie Siwa nogi wymoczyła, zachwycona, że jej nie było zimno, mimo wieczornego chłodu. Opowiedziałem jej jak fantastycznie jest poczuć prawdziwy klimat rzymskich łaźni, słuchając języka brzmiącego prawie jak rzymska Vulgata.

Przystojniak usiłował nas zrozumieć, lecz zapewne nawet po Polsku by nie zrozumiał naszego bełkotu. Najwyraźniej znał język Serbów, a może i trochę nasz. Istnieje prawdopodobieństwo, że swoją erudycję, tężyznę fizyczną oraz zamiłowanie do publicznych łaźni zawdzięczał uniwersytetowi ludowemu zwanemu pierdlem. Na pożegnanie rzekł mi: „Idź bracie”. Odpowiedziałem z uśmiechem i życzliwością – żegnaj bracie.

Post factum, skóra mówiła mi: Jestem zdrowa i czysta. Postanowiłem rankiem powtórzyć kąpiel. Obliczyłem, że wanna wymienia wodę w około 3 godziny. W nocy kąpałem się sam, podziwiając gwiazdy w prestiżowym miejscu pod samą rurą. Przystojniak zabrał już swoje puste butelki. Zostawił tylko pustą paczkę Dunhillów. Najwyraźniej i on dbał o czystość tego miejsca, nawet będąc w stanie upojenia. Wymoczyłem się za wszystkie czasy w idealnej temperaturze. Przez wiele dni skóra była aksamitna, pachnąca zdrowiem.

Następnego dnia była wspinaczka. Nie odpadłem ani razu, czując moc Herkulesa. Uwierzyłem też w spa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rumunia to wspaniały kraj, gdzie można się za darmo wykąpać w wodzie za milion dolarów w miłym towarzystwie prawdziwych ludzi. Resztą kraju też byłem szczerze zachwycony. Tą ludyczną zgrzebnością, której na zachodzie Europy już nie uświadczysz.

Jak nas rumuńska policja zagłaskała

Zatrzymujesz kampera w piekielnie ulewnym deszczu, trochę na przypale, bo boisz się zjechać na bok, że utkniesz w rwącym błocie. Droga delikatnie mówiąc bardzo boczna i szutrowa i akurat płynie nią rzeka. Wtem przyjeżdża policja na bombach. W górę. Uff.

Za chwilę wraca i dalej na sygnale zatrzymuje się koło nas. Już nie uff.

Do kampera wchodzi ociekający deszczem starszy sierżant i zadaje kłopotliwe pytania po rumuńsku, patrząc z dużym zainteresowaniem na nasze sześć metrów kwadratowych. Pokazujemy mu patelnię z duszącą się papryką. Pan sierżant z pełnym zrozumieniem, przez krótkofalę, mówi uspokajająco, że masa coś tam. Akurat wiem, że „dupa masa” to „po obiedzie”. Gdyż jedyne zdanie jakie jeszcze tydzień temu znaliśmy brzmi „dupa masa cinqi lei pierdata” i znaczy: po obiedzie zgubiłem pięć lei.

Pokazujemy mu przewodnik wspinaczkowy, który pełni u nas rolę kamienia z Rossetty. Policjant się ożywia, wchodzi, leje wodą z płaszcza, żąda mapy, zasiada i z werwą zaczyna opowiadać nam o najlepszych szlakach w okolicy. Po rumuńsku. Ponad godzinę. Myśleliśmy, że nie da się tyle czasu machać rękami.

Wiemy już, jak jest schronisko, szczyt, przełęcz. Wiemy gdzie zostawić samochód, gdzie jeden cabanier zajmuje się dwoma cabanami. I gdzie jest dobra czesta.

Nagrałam cześć rozmowy, bo naprawdę było warto. I jak na nieszczęście nie działał nam oczywiście internet, więc nie dało się nawet techniką posłużyć, a wyglądaliśmy chyba bardzo głupio, bo rumuński sierżant mówił do nas bardzo głośno, drukowanymi literami. Po rumuńsku oczywiście.

Po godzinie nas pożegnał, uścisnął prawice, powiedział, że nazywa się Lucian i czy na pewno nie mamy problemu, bo tam wyżej samochód utknął w wodzie i blokuje drogę.
Więc jak nie mamy problemu, to życzy nam dobrej nocy.

Nasze kompetencje komunikacyjne w zakresie rozumienia języka rumuńskiego wzrosły. A pan sierżant aż się spocił z wysiłku usiłując się z nami porozumieć. Jeśli spotkamy więcej życzliwych policjantów, to za trzy dni będziemy mówili po rumuńsku.

Fragmentu rozmowy można posłuchać tutaj:

Zdjęcia zrobiliśmy już o poranku. Ślady po płynącej rzece jeszcze widać.

Kryptonim „żaba”

Na ścieżce pod skałą leżała na wznak ropucha. Spora, taka jak duży ziemniak i do ziemniaka nieco podobna. Na oko spadła z wysoka i niezamortyzowała. Chciałam ją przewrócić na brzuch, ale niekoniecznie tak gołą ręką, a reszta wycieczki zaprotestowala, nie dała mi łopatki i odmówiła udziału w akcji „żaba”. Rozłożyliśmy sie do wspinania. Nieopodal rozłożonej na wznak mało żywej ropuchy.

Wtem żaba będąca ropucha ruszyła łapą… A potem drugą… Niemrawo. Nie wytrzymałam. Poleciałam ratować żabie życie. Przy pomocy przewodnika wspinaczkowego (aaaa, ja to w zęby biorę — Jakub) obróciłam żabę na brzuszek. Delikatnie przesunęłam w stronę mięsistej kępy trawy, życzyłam powodzenia i oddaliłam sie w stronę frakcji protestujacej. Bo przewodnik, bo znęcam sie nad żaba i w ogóle, całe życie z wariatami.

Tymczasem żaba zniknęła! Po chwili udalo mi sie ją zlokalizować dwa metry od miejsca wypadku. Pracowicie pełzła w gąszcz. Po godzinie całkiem zniknęła w zaroślach. Nie za prędko, nawet jak na ropuchę, ale przynajmniej nikt jej nie rozdepcze, nie zdechnie na wznak i ma szansę znaleźć jakiegos robala.

Mam miłe uczucie, ze zrobiłam dobry uczynek i jeśli nawet żaba nie ma przed sobą długiego życia, to dłuższe i nieco przyjemniejsze.

Bo kto ma ratować rumuńskie ropuchy, jesli nie ja?