Prom Mielnik-Zabuże

Prom w Mielniku jest oznaczony. Znaczkiem promu. Obiecuje sporo, a przynajmniej tyle, że na prom wchodzą trzy samochody.

No, więc — NIE. Wchodzą dwa. A to jeśli jeden z nich jest kamperem Bobkiem, to zadek mu powisa nad taflą Bugu.

Wjazd na prom jest dość prostej konstrukcji. Całość obsługuje dwóch panów — jeden z akcentem lokalnym, drugi nieco dalej na wschód. Podjechałam, dogadałam. Prom wprawdzie darmowy, ale za godzinę, jak zaraz to dwie dyszki. Nie jestem pazerna, za rozrywkę płacę, niech będzie.

Pan z akcentem popatrzył na mnie z nieufnością, pan zarządzający z lekką paniką. Na mnie, na samochód, na wjazd. A potem na AJSa. Z nadzieją i oczekiwaniem. Znowu na mnie. Z obrzydzeniem. Na AJSa zachęcająco. AJS się odwrócił i zaczął kontemplować taflę Bugu.
Odpaliłam.

— Daj pan spokój — mówię. — Wiem, że nie wyglądam, ale naprawdę umiem tym jeździć.

I wjechałam na prom.
A potem z niego zjechałam, w błoto, prosto na stromy podjazd.

Kto zjeżdżał z promu w Zabużu, ten wie. A kto nie zjeżdżał, niech jedzie. Warto

Moja miłość do samochodu zaczyna się więc po prostu od tego pierwotnego instynktu, za sprawą którego nasi praprzodkowie, dwunogie małpiszony, opanowali całą kulę ziemską – od pragnienia sprawdzenia, co jest za tamtymi górami, co jest za tamtym lasem, co jest na drugim brzegu rzeki. Na razie cywilizacja nie wymyśliła lepszego leku od samochodu osobowego na ten “nieutulony w piersi żal, bo za jedną siną dalą druga dal”. Na to irracjonalne pragnienie dotarcia do horyzontu. Wiem, niektórzy wolą motocykl, ale tutaj już wygrywa moje wygodnictwo – samochód chroni przecież przed deszczem, mrozem, a często także i przed upałem. Bardzo lubię też piesze czy rowerowe wycieczki, ale tam nas ogranicza niewielki dzienny zasięg. Jeśli rowerową wycieczkę zaczniemy na Mazowszu, to wieczorem prawdopodobnie nadal będziemy na Mazowszu. Tymczasem łatwo zaplanować taką trasę do przejechania samochodem, że rano jesteśmy jeszcze na środkowoeuropejskich równinach, a wieczorem w Alpach, wśród holenderskich polderów albo i “w stepie szerokim” gdzieś na Podolu. Już pierwszego dnia podróży zdążymy usłyszeć obcą mowę, skosztować obcej kuchni, zerknąć na pierwsze strony obcych gazet – i to nawet jeśli nie zjedziemy z głównej drogi, ograniczymy się do przydrożnych stacji benzynowych, moteli i zajazdów. A do tego samochód w odróżnieniu od pociągu (czy znowu samolotu) nie zabrania nam spontanicznej zmiany trasy. W każdej chwili możemy opuścić autostradę i dać nura w pomniejsze dróżki.

Samochód, moja wolność – Orliński o jeżdżeniu samochodem