Noc Herkulesa

Poranek na ponad 2100 w puchowym śpiworze był gorący. Kamper stał w chmurach w jednym z najwyższych miejsc drogi Transalpina. Załoga spała z nadzieją na lepsze widoki. Pierwszej jesiennej nocy spadł mokry śnieg. Mgła nie opadła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaśpiewałem domownikom na obudzenie:

I’m dreaming of a white Christmas
Just like the ones I used to know
Where the treetops glisten and children listen
To hear sleigh bells in the snow

Potem kawa, śniadanie i w drogę. Pod podstawą chmur, na 1800 mnpm, widoki były już piękne, a dzień słoneczny. Naszym celem miał być kurort Băile Herculane i okolice, obfitujące w skalne wspinaczkowe ściany i ciepłe wody. Droga była piękna i górzysta.

Z każdym metrem w dół wracało lato. Skalne ściany rzeki Cerna (Czerna) stawały się coraz bardziej imponujące a klimat śródziemnomorski. Wjazd do Băile przeraził mnie ilością ludzi i samochodów. Spodziewałem się jednak, zatłoczonego kurortu od jakich uciekam, jak od Zakopanego. Dalej był jednak senny Ciechocinek po sezonie i czasach świetności, pełen cudownych abandonów, prawie pustych ulic, za to otoczony śliczną przyrodą. Na sławnych rzymskich łaźniach stały hotele – wieżowce, betonowe molochy. Spadek po Nicolae Ceauşescu – wszystko zgrzebne jak rumuński szałas lub odarte ze splendoru niczym burżuj w pierdlu u komucha.

Nas ciekawiły źródła termalne otoczone legendą Herkulesa. Rzymianie byli mistrzami sztuki sanum per aquam zwanego dziś jako SPA. Jeśli oni uznali to miejsce za najbardziej wyjątkowe w Imperium Romanum, to coś musiało być na rzeczy. Bysiek – student geologii wyraził opinię, że SPA to zabobon, a balneologia to podobnie niegodny dział medycyny jak homeopatia. Mógł mieć rację.

Łaźnie i źródła w centrum okazały się abandonem, w którym po wodach pozostał tylko smród zgniłych jaj i ropy naftowej. Hoteli SPA się brzydzimy. Wszystkie wskazówki kierowały nas do jedynego zatłoczonego miejsca, które minęliśmy po drodze, tam gdzie na zakazie parkowania stało mnóstwo samochodów, niektóre z przyczepami kempingowymi. Wybraliśmy pobliski kemping nad rzeką. Anna-Maria marzyła już bardzo o ciepłym prysznicu.

20170923_162405_DSC_0062_1

Ciepłej wody niestety tam nie było. Dwie kabiny prysznicowe były zamknięte, za to w jedynej otwartej była kupa – może nawet jeszcze ciepła. Poszliśmy więc do lokalnej pizzerii, po pizzę dla nadąsanego Jakuba, rozżalonego siermiężną Rumunią. Były niestety tylko grube frytki z ziemniaków przekrojonych w ćwiartki.

Miejsca kąpieli w ciepłych źródłach, pięknie położone pośród skał-ogrodów nad rzeką Cerna, będącą jeszcze tutaj wartkim górskim strumieniem, swoją obskurnością kontrastowały z pięknem okolicznej przyrody. W betonowej wannie pomalowanej na niebiesko moczył się za darmo tłumek Rumunów różnej płci i wieku. Obok stały tylko prymitywnie sklecone budy profesjonalnych masażystów. Tak przynajmniej obiecywały liczne plakaty.

20170923_162617_DSC_0065_1
Drugie miejsce naturalnego wypływu ciepłych wód było jeszcze ciekawsze, acz mniej zatłoczone. Pod drogą i grubą rurą wodociągową, w betonowej skarpie była kawerna i maleńki basenik, głęboki na 1,5 metra, z czystego betonu, przyklejony do naturalnej skały, z której tryskała gorąca woda. Tam ludzi było już mniej. Infrastruktura w pełni amatorska. Dechy i konary zawieszone na betonowych ścianach z nabitymi gwoździami stanowiły wieszaki na odzież. Była nawet dziurawa kabina przebieralni sklecona z przypadkowych szmat i prętów, oraz były dyżurne butelki PET. Służyły one do nabierania wody bezpośrednio ze źródła, aby po wyjściu z wanny społecznej obmyć się, czystą biologicznie wodą.

Wahałem się. Moja fobia społeczna, granicząca z autyzmem, wymagała herkulesowej pracy nad sobą, by skorzystać z dobrodziejstwa tych miejsc. Ciekawość, aby po raz pierwszy w życiu zażyć tak egzotycznego spa dała mi jednak odwagę Heraklesa.
Wybrałem wannę nr 2 w stylu industrialnym, gdyż opodal były też nad strumieniem gorące źródła w naturalnej, skalnej obudowie wielkości wiadra, w których Anna-Maria mogła bez obrzydzenia wymoczyć nogi, gdyż nie dała rady zażyć zażyłości kąpieli, wymagających kontaktów towarzyskich.  I teraz żałuje.

Łachy powiesiłem na gwóźdź i wskoczyłem po drabince zbitej z dech licowych jakiegoś abandonu, oderwanych chyba od zabytkowej stolarki okiennej. W betonowej dziurze moczyło się już czterech facetów. Młody brunet o posturze Herkulesa, dwóch siwych, nobliwych panów i jeden łysy staruszek. Pod betonową, popękaną płytą podpartą stemplem ukrywa się wstydliwie jeszcze para trzydziestolatków.

Na szczęście nikt ze mną nie próbuje nawiązywać rozmowy. Nauczyłem się już to cenić u Rumunów. Są pełni życzliwości i uprzejmości, lecz także taktu i dystansu wobec obcych. Jako kierowcy wykazują się znacznie większą kulturą od naszych rodaków. Sytuacje mogące doprowadzić do konfliktu rozpoczynają uśmiechem. Prawie nie trąbią.

Wytatuowany przystojniak, którego panie z wielkiego miasta szarpały by jak Reksio szynkę, był duszą towarzystwa, mistrzem permanentnej elokwencji. Na betonowym rancie ciepłej nyży stały już jego trzy puste butelki piwa, jedna jeszcze pełna i pusta paczka szlugów. Właśnie otwierał nową paczkę Dunhillów.

Po rumuńsku rozumiem tylko ulubione zdanie Siwej: „Dupa masa cinci lei pierdata”, zatem nawet nie próbowałem zrozumieć dyskusji. Oddałem się więc ciepłej wodzie o idealnej temperaturze. Tymczasem mózg zaczął sam składać sens obcych słów. Panowie żywo rozmawiali o polityce i historii. Dowiedziałem się, że Polacy mieli znacznie lepiej niż oni za Ceauşescu. Również, że obecnie faszysta Putin faktycznie rządzi w Polsce i na Węgrzech i to samo chce zrobić z Rumunią. Dyskusję przerwała nowa osoba. Starsza pani dołączyła do towarzystwa wypierając sporo wody. Zabulgotało, przeklęty Archimedes. Młodzi w ciemnym kącie prawie nic nie mówili. Tylko pani ruda poprosiła nobliwego pana z siwym wąsem, aby zrobił jej miejsce pod rurą i już tam została.

Przystojniak natychmiast zagadnął nowo przybyła starszą panią. Rozmowa potoczyła się na tematy medyczno-balneologiczne. Pani zachwalała wspaniałość tego źródła, a przystojniak tłumaczył, że pije piwo bo to i ciepło cudownych wód najlepiej go oczyszcza w tym miejscu. Gdy padło słowo: „dupa masa” zacząłem próbować świadomie dekodować rumuńskie słowa. Niestety, tylko przestałem cokolwiek rozumieć, tracąc podświadome zrozumienie całości. Rzekłbym tedy po Rumuńsku: Dupa pierdut.

W międzyczasie Siwa nogi wymoczyła, zachwycona, że jej nie było zimno, mimo wieczornego chłodu. Opowiedziałem jej jak fantastycznie jest poczuć prawdziwy klimat rzymskich łaźni, słuchając języka brzmiącego prawie jak rzymska Vulgata.

Przystojniak usiłował nas zrozumieć, lecz zapewne nawet po Polsku by nie zrozumiał naszego bełkotu. Najwyraźniej znał język Serbów, a może i trochę nasz. Istnieje prawdopodobieństwo, że swoją erudycję, tężyznę fizyczną oraz zamiłowanie do publicznych łaźni zawdzięczał uniwersytetowi ludowemu zwanemu pierdlem. Na pożegnanie rzekł mi: „Idź bracie”. Odpowiedziałem z uśmiechem i życzliwością – żegnaj bracie.

Post factum, skóra mówiła mi: Jestem zdrowa i czysta. Postanowiłem rankiem powtórzyć kąpiel. Obliczyłem, że wanna wymienia wodę w około 3 godziny. W nocy kąpałem się sam, podziwiając gwiazdy w prestiżowym miejscu pod samą rurą. Przystojniak zabrał już swoje puste butelki. Zostawił tylko pustą paczkę Dunhillów. Najwyraźniej i on dbał o czystość tego miejsca, nawet będąc w stanie upojenia. Wymoczyłem się za wszystkie czasy w idealnej temperaturze. Przez wiele dni skóra była aksamitna, pachnąca zdrowiem.

Następnego dnia była wspinaczka. Nie odpadłem ani razu, czując moc Herkulesa. Uwierzyłem też w spa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rumunia to wspaniały kraj, gdzie można się za darmo wykąpać w wodzie za milion dolarów w miłym towarzystwie prawdziwych ludzi. Resztą kraju też byłem szczerze zachwycony. Tą ludyczną zgrzebnością, której na zachodzie Europy już nie uświadczysz.

Arco, taka sobie mieścinka

W północnych Włoszech, w górach, wcale nie ładniejsza niż inne małe mieścinki w północnych Włoszech, za to nazywana dumnie stolicą wspinaczki skałkowej. Pewnie pretendentów do tego szumnego tytułu jest kilku, ale Arco walczy i chyba wygrywa.

Specyficzne to miejsce, bo bez kasku na plecaku albo dyndającej liny, człowiek na ulicy czuje się niekompletnie ubrany.  Niezapomniane jest też uczucie, że wreszcie wyglądasz jak wszystkie osoby dookoła ciebie, co u nas jest uczuciem tyleż rzadkim, co obcym.

Wakacyjne miasteczko, idziesz ulicą (oczywiście z tą liną i kaskiem) i mijasz witryny sklepowe. Tyle, że w Arco nie jest to mydło, powidło, pamiątki, Versace i szkło weneckie, tylko Salewa, La Sportiva, Mammut, Dynafit, Petzl… Jestem odporna na modę i urodę, własną również, ale mało odporna na sprzęt wspinaczkowy, zwłaszcza przeceniony. Oraz ładne kolorowe wspinaczkowe ciuchy. Zwłaszcza przecenione.

Spacer przez Arco okazał się wyczerpujący finansowo, ale istotnie takich przecen jak tam, nie widuje się przesadnie często. Z żalem nie skorzystaliśmy z większości, zwłaszcza, że postraszono nas, że kemping kosztuje 40€ za całą ekipę, a na dziko nie wolno. Kemping istotnie tyle kosztował, ale plotki o niedostępności Arco okazały się mocno przesadzone. 

Nie tylko można znaleźć coś na dziko, ale też są dwa wielkie, oficjalne parkingi miejskie, gdzie za dwa euro można spać. W tym jeden z wyszynkiem, czyli jest kran, spłuczka do ścieków i woda w kranie. No, i kilka miejsc mniej oficjalnych acz legalnych.

Mieliśmy przewidziane cztery noclegi na kempingu. Mnożyć umiemy, spędzenie tam tylko jednej nocy (szybka kąpiel i przepierka), a trzech na legalnych parkplatzach dało nam ponad 100€ oszczędności, które mogliśmy z rozmachem zainwestować w te przeceny. 

A poza tym wśród tego dobra, co oferują witryny jest pizzeria, która serwuje największą pizzę jaką widziałam w życiu i dwie lodziarnie, które karmią wspinaczy. Aż się zdziwiłam, że nie ma lodów o smaku 6c+ i zapachu butów wspinaczkowych.

Ale nie. W sumie jednak nie dziwię.