Rodzina wszędobylska

— Ale nad morzem zostaniemy na dłużej — powiedział młody na jednych z poprzednich wakacji, kiedy naszym kamperkiem turlaliśmy się do Lubiatowa. Lubiatowo ma to do siebie, że jest jedynym nadmorskim miejscem, jakie toleruję i tę patologię zaszczepiłam młodemu. Charakteryzuje się tym, że wieś znajduje się 2 km od linii brzegowej, a nad samym morzem jest jeden camping, jeden ośrodek wypoczynkowy, kilka bud z lodami i frytkami i to wszystko.

Naprawdę wszystko.

Zastygłam wtedy za kierownicą, gdyż z rzeczy nudnych i nudniejszych najnudniejsze jest leżenie na plaży, nawet jeśli założę, że to cudowny moment na nadrobienie zaległości w lekturach, prasie i przemyśleniach filozoficznych. I uściśliłam:

— Dłużej, znaczy na ile?

Odkąd skończyłam 14 lat unikałam wakacji stacjonarnych. Z wakacji wczesnodziecięcych najbardziej lubiłam dojazdy. Pierwszą trasę wakacyjną zaprojektowałam i zrobiłam z antenatką maluchem we wczesnych latach ’80. O ile pamiętam benzyna była wtedy na kartki, miałyśmy zachomikowaną na wakacje. Rzucało nas po kraju ojczystym od Bałtyku po Tatry. Od Świnoujścia po Ustrzyki Dożylne. Od Rutki Tartak, po Karpacz. Mieszkałyśmy w namiocie, w schroniskach PTSMu, wynajmowałyśmy domki kempingowe.

Na początku lat ’90, kiedy komuna zmarła, a dobra Ciocia Europa zniosła wizy pojechałyśmy w świat. To była epicka wyprawa, 6500 km trasą Warszawa—Praha—Norymberga—Liege—Paryż—lazurowe wybrzeże—Rzym—Wenecja—Wiedeń—Warszawa. Jeszcze gdzieś w tzw. międzyczasie Chamonix. W trzy osoby, maluchem. Skrzyń typu Thule wtedy jeszcze nie było, miałyśmy prototyp — gigantyczną, spiętą skórzanymi paskami walizę z lat ’60 na dachu, zwaną krową. Samochód zepsuł się w ciągu 4 tygodni 12 razy. Słownie dwanaście. Musiałyśmy robić wrażenie dość rozpaczliwe, bo stopień empatii i ludzkiej życzliwości z jakim się wtedy spotkałam chyba się nigdy nie powtórzył. Na sześciopasmowej autostradzie pod Franfurtem, z latającymi nad głową samolotami, jechałyśmy zepsutym, czkającym maluchem, jednym ze środkowych pasów (ten akurat skręcał gdzie potrzebowałyśmy) z szybkością prawie 60 km/h. Nie było to największe zagrożenie, jakie stanowiłyśmy. We Francji dwóch panów na podrzędnym skrzyżowaniu tak się na nas zapatrzyło, że jadąc z prędkością 10 km/h centralnie się zderzyli.

Opanowałam znajomość nazw części samochodowych w zaskakujących językach. Do dzisiaj pamiętam jak jest cewka po włosku (la bobina) i styki po francusku (platine — nie wiem jak się pisze). Umiem też pokazać w warsztacie dowolny objaw zaburzeń pracy silnika, w sytuacji kiedy jedynym językiem pozostaje migowy wspomagany onomatopejami i układem choreograficznym (brum, brum, pyr pyr pyr).

Młody pętanie się po kraju maluchem zaliczył. Samochody w rodzinie szczęśliwie ewoluowały i z czasem przesiedliśmy się do czegoś normalniejszego i pętanie znacznie się uprościło. Okazało się, że normalnym samochodem, do Rotterdamu czy w Alpy dojeżdża się jednym rzutem. Co z jednej strony życie uprościło, a z drugiej skomplikowało, bowiem miejsc do pętania nagle zrobiło się znacznie więcej.

Odkąd dostałam kamperka sprawa stała się całkiem prosta. Na pokład i w drogę. Kamperek swoje lata miał. W chwili, kiedy go po ojcu dostałam, równe ćwierćwiecze. Na początku trochę nieśmiało, potem całkiem energicznie w ciągu trzech lat zjeździliśmy całą Polskę. Zaowocowało to ponurą szkolną refleksją młodego, który przerabiając geografię Polski z pewnym obrzydzeniem stwierdził:

— Ty wiesz, że ja wszędzie byłem?

Nie wiem na ile to ma związek, ale z geografii na świadectwie piątkę ma.

Jak wspomniałam samochody ewoluują, kamperka zamieniliśmy na młodszego kampera, wakacje po dwa, trzy tysiące kilometrów, z przelotową maksymalnie 60 km/h, a maksymalną prędkością na autostradzie, z górki i z wiatrem w plecy — 85 km/h, to jest jednak wyzwanie dla prawdziwych twardzieli, a ja się starzeję.

Następna zaprojektowana przeze mnie trasa ma ponad 7500 km i wiedzie w dzień polarny, do krainy trolli. Jestem więc monotematyczna, nudna i mam rajzefiber. Mam też już sprzątnięty samochód i prawie umiem go obsługiwać. I tak sobie myślę, że z takim bagażem doświadczeń, nie powinnam się wcale przejmować.

Wtedy nad morzem młody nabrał powietrza jak przed skokiem do głębokiej wody, popatrzył na domowego tyrana z pewnym szacunkiem i wypalił:

— No, chociaż trzy dni. No, dwa. — zreflektował się, że przesadził.

Zostaliśmy trzy dni, a mnie wtedy przyszło do głowy, że tzw. imprinty to jednak potęga w wychowaniu. I nic tak w nas nie zostaje, jak to czego doświadczamy.

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s