Jeśli nie kamper, to co?

W poniedziałek koło południa zobaczyłam na ulicy interesujący, kanciasty samochód, wyglądający jak nieślubne dziecko Skody Yeti i Jeepa Renegata. W poniedziałek wieczorem miałam już obejrzane wszystkie strony w internecie i wiedziałam, że kocham Hondę Element, samochód produkowany na rynek amerykański, rzadko występujący w Europie i endemicznie w Polsce. We wtorek,  wiedziałam gdzie i jakie modele są wystawione na sprzedaż. Tydzień później, wyjechałam z komisu na Okęciu buraczkową Hanuszką.

Honda Element ma napęd na cztery koła, z którego w mieście nie korzysta, ale można ją do tego zmusić. Posiada również, tę samą co kamper, zdumiewającą dysproporcję pomiędzy moją kubaturą, a kubaturą pojazdu obliczonego na potężnego Amerykanina. „Pani taka chudziutka, a taki duży samochód prowadzi”, jak to zakrzyknął kiedyś pan na stacji benzynowej na widok mnie i kampera Bobka.

Poprzednio jeździłam świnką morską — Fordem Fusion — ani to SUV, ani to kombi, ani to sedan. Dobry samochód do wjeżdżania na krawężniki.  Hanuszka jest kompletnie nierozsądnym skrzyżowaniem kombi, SUVa i pickupa, jest kanciasta, trochę ładniejsza od Fiata Multipla i idealnie pasująca do imidżu osoby nieobliczalnej. Można w niej wozić rowery i skuter, można w niej spać.

Fotele rozkładają się na dwie wielkie kanapy. Nie za długi człowiek mieści się też na podłodze po złożeniu tylnych siedzeń. Zmieści się sześć plecaków, trzy osoby i szpej wspinaczkowy. Zmieści się zmywarka i lodówka, deski, szafa i kanapa z Ikei, chociaż może niekoniecznie razem z trzema ludźmi i plecakami. Może zmieści się nawet mój grejpfrut, jak już uznam, że czas na wywiezienie do do Domu Spokojnej Starości dla Drzew Cytrusowych.

Ma też wady. Jest czteroosobowa, ale nie pamiętam kiedy ostatnio wiozłam pięć osób.  Nie zmieściła się w całości w budżecie jaki miałam na nowy samochód, ale pomińmy milczeniem  wstydliwy wątek mojej permanentnej indolencji finansowej (patrz punkt dorosłość). Nie jest samochodem ekonomicznym, szczególnie na miasto — ma duży silnik (2,5 litra), na szczęście zaopatrzony w instalację gazową, powoli dociera do nas, że jednak nie zbankrutuję na paliwo. Parkuje się nią nieco łatwiej niż kamperem, bo ma wspomaganie kierownicy, ale dalej nie jest to „łatwo”. Jak pod domem zaparkowałam równolegle, bez poprawiania się, domagałam się od rodziny oklasków i wyrazów uznania. Ma też automatyczną skrzynię biegów, więc jadąc nią, nie bardzo mam pomysł, co zrobić z lewą nogą i prawą ręką. Ciekawe kiedy przestanę tupać w podłogę i patrzeć na kontrolki, żeby sprawdzić ja którym biegu jestem.

Mam wrażenie, że jej kompletnie nie znam, że zaraz mnie czymś zaskoczy, miłym albo niemiłym. Ale na razie prowadzenie samochodu sprawia mi taką frajdę, jak w 1986, kiedy odebrałam prawo jazdy i jak zmieniłam malucha z Forda Fiestę.

 

Więc trzymajcie kciuki, żebyśmy żyły długo i szczęśliwie.

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

3 myśli na temat “Jeśli nie kamper, to co?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s