Nazywam się Anna-Maria i jestem anonimowym wspinaczem

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata.

Część 1 — kombatancka

Wspinanie było zawsze. Mam taki kłopot, że nie umiem pisać o rzeczach ważnych. One są, o nich się myśli codziennie, ale opisanie ich jest skrajnie trudne. W oceanie moich zapisków, notesów, plików, task list, notatek prawie skończonych i kompletnie nieaktualnych, pourywanych jętek jednozdaniówek, jest kilka takich rzeczy. I osób, ale o tym, kiedy indziej.

— Uprawiasz jakiś sport?
— Nie.
A jednak.

Nie znoszę sportu. Nie znoszę sportowców. Nie znoszę zawodów. Nie znoszę wyników, osiągnięć, rekordów.  Nie, bo nie. Pominąwszy moją flagową chorobę na którą zapadłam koło ’40. jestem od zawsze lekko ślepa, zdecydowanie kulawa i lekko garbata. W wyniku skomplikowanego związku mojego gwałtownego charakteru i zespołu ortopedów chodzę, ale mam jedną nóżkę zdecydowanie mniej niż drugą. Długa historia w wyniku której mam 12 solidnych blizn i całe życie byłam zwolniona z WFu. Przy okazji pływałam, wiosłowałam, jeździłam rowerem, wchodziłam na drzewa, spadałam z nich, chodziłam po lesie, byłam dość aktywna i kreatywna w zapewnianiu sobie rozrywek. Ale WF? Nie, dziękuję. Doskonały przykład, jak bieganiem (jak wspomniałam jestem kulawa), skakaniem (nie mogę, mam krótkowzroczność) i graniem w koszykówkę w podstawówce i siatkówkę w liceum (piłka mi leci w okulary) udało się systemowi edukacji trwale zniechęcić mnie do zinstytucjonalizowanego systemu krzewienia kultury fizycznej i sportów zespołowych. I tak sobie rosłam z jednej strony szkolna lebiega, a z drugiej dzikie dziecko Puszczy Kampinoskiej.

1979_aip1.jpg
Dzikie dziecko i pies Punio (fot. Lech Charewicz)

Jakoś w okolicy matury pojawiło się wspinanie. Nieco wcześniej w wersji „chodzenie po górach”. Potem delikatne pomysły, że może jednak kurs wspinaczkowy. I doprawdy, nie zna życia, kto nie służył w marynarce i nie wie o czym mówię nikt kto nie wspinał się w latach ’80. Oczywiście nie miałam pieniędzy. Na nic. Nie tak ja teraz. Naprawdę na nic. Ósemka do asekuracji  obecnie, jak widać 30-40 zł, kosztowała w przeliczeniu kilkaset i w wersji budżetowej trzeba ją było szmuglować z Czechosłowacji. Poważnie. Natenczas Czesi mieli jakiegoś szmyrgla na punkcie kupowania u nich i wywożenia sprzętu sportowego i potrafili rekwirować na granicy. Swoją ósemkę przemyciłam przy okazji pielgrzymki do Włoch w sposób nieco egzotyczny, bo byłam tak zachwycona, tym że ją mam, że po zakupie powiesiłam ją w autokarze na sznurku nad głową. Plecak mi przetrzepali, na sufit nikt nie spojrzał. Sklep wspinaczkowy w Wiedniu, który odwiedziłam przy okazji tej samej pielgrzymki doprowadził mnie autentycznie do łez, bo mnożyć umiałam i wyszło mi, że plecak to pięcioletnie dochody mojej matki. Własnych wtedy nie miałam.

Zanim doszło do przemytu i mojej histerii w sklepie w Wiedniu zrobiłam jednak kurs skałkowy. A nie, nie było ścianek wspinaczkowych. Nie, że wielu czy dobrych. Żadnej nie było. Sucha zaprawa odbywała się na bunkrach w Janówku, które masakrowały paluszki, niszczyły liny i co jakiś czas nadziewały kogoś na elementy  zbrojenia budynków, albo przywalały betonowym bambołem. Tam się dowiedziałam, że nie lubię kominów, szanuję swoje paluszki i lubię zjeżdżać. Po nauczeniu nas kilku podstawowych rzeczy zabrano nas w skałki. Te same, gdzie jeździmy teraz. A jednak inne.

Odpadnięcie na linie z Bezalina. Plus korekry i skarpety frotte

Otóż skałki były nieobite. Teraz wspinacz jadący w skałki asekuruje się na wbitych na stałe w wapień stalowych ringach. Szybko i bezpiecznie. W miarę. Szansa, że ring wyleci jest relatywnie przyzerowa. Na górze zaś jest stanowisko, czyli takie nieco mocniejsze kółko na dwóch łańcuchach. No, wtedy nie było. Wędkę, czyli górną asekurację zakładało się o drzewa, wystające kawałki skał, ucha skalne i ogólnie, jak to się teraz mawia z natury. Nic nienaturalnego nie było.

Jeśli komuś przyszło do głowy powspinać się ambitniej niż na wędkę z drzewa, musiał zabrać ze sobą kości, karabinki i taśmy. Wspominałam, że plecak kosztował kilkuletnie pobory mojej matki? No to komplet sprzętu pewnie szedł w dziesięciolecia. A, zapomniałam o linie. Otóż linę trzeba mieć i miałam. Dynamiczną. Bardzo dynamiczną. Lina dynamiczna, jak sama nazwa wskazuje powinna się dynamicznie rozciągać pod obciążeniem. Spadasz, lina się nieco wydłuża, asekurujący wyłapuje odpadnięcie, które dzięki temu jest mięciutkie jak kaczuszka. Otóż bardzo dynamiczny Bezalin rozciągał się jak guma do majtek. I czasami pękał, ale to detal. Przynajmniej w sklepie żeglarskim na Waryńskiego kosztował tyle, że go miałam.

Miałam też buty. Buty wspinaczkowe to cała filozofia, muszą być za małe (to sport dla męczenników) i dobrze trzymać się ściany. W tej chwili można grymasić. Kolor, fason, wygięcie stopy. Wtedy można było mieć korkery. No, znaczy w sklepie, który odwiedziłam w Wiedniu, za siedem pensji mojej matki można było kupić całkiem przyzwoite buty wspinaczkowe, ale my mieliśmy korkery. Kupowało się ogumione korkotrampki piłkarskie, oczywiście rozmiar lub dwa za małe, obcinało korki z podeszwy, szukało wtajemniczonego szewca, który podklejał całość mikrogumą, im miększą tym lepiej i w tym się wspinało. W skałkach, w Tatrach, a obstawiam, że i Alpy korkotrampki Stomilu widziały.

Oprócz butów, liny i kilku drobiazgów miałam jeszcze uprząż, na widok której kilka lat temu obsługa ścianki na Nowowiejskiej wyrzuciła mnie za drzwi. Uprząż była uszyta z samochodowych pasów bezpieczeństwa na maszynie Singer przez kumpla w  garażu. Serio, wspinałam się w tym w Tatrach. Żyję.

gora48.jpg
Klasyczna na Mnichu, w korkerach (fot. Aleksander Suchanowski)

Wymęczyłam ten kurs skałkowy z pożałowania godnym sprzętem, nauczyłam się podstawowych rzeczy, uznałam, że całość bardzo mi się podoba i odważnie ruszyłam na kurs tatrzański. I wtedy przypomniał sobie o mnie związek gwałtownego charakteru i ortopedów. Okazało się, że jestem kulawa. A kulawych nie biorą.

Część 2 — tatrzańska

Kiedy już bardzo dobrze wiedziałam, że chcę się wspinać i bardzo dobrze wiedziałam, że to fajne, okazało się, że nie ma łatwo. Pierwszą zastawioną na mnie rafę pt. kurs tatrzański jest drogi jak cholera przepłynęłam brawurowo. Trudności zaczęły się przy kompletowaniu dokumentów. Dostałam się w zinstytucjonalizowane szpony Centralnego Ośrodka Szkolenia, który zażądał ode mnie karty zdrowia sportowca. Czytaliście część 1? No, właśnie. Kulawych, ślepych i garbatych nie biorą.

Przewidziałam trudności. Do przychodni zdrowia sportowca poszłam z zastępstwem, do ortopedy weszła za mnie koleżanka zbliżonej budowy ciała. O tyle zbliżonej, że, w przeciwieństwie do mnie miała obie nogi takie same. Miśka, dzięki. I kiedy wydawało się, że prawie się udało, zebrałam wszystkie pieczątki, bo wątpia mam raczej zdrowe i zanosiłam do przychodni wzorowy rentgen płuc, wtedy pani w rentgenie zaskoczyła mnie pytaniem: ILE DIOPTRII!?? No, nie byłam na to przygotowana, a, niestety, z natury jestem dość prawdomówna. Powiedziałam prawdę i na tym zakończyła się moja przygoda z warszawską przychodnią zdrowia sportowca. Próbowałam negocjować, ale nic to nie dało. Padł również argument, że zajdę w ciążę i wzrok mi poleci. Niestety nie zapamiętałam personaliów tej pani i nie mogę iść z reklamacją, że kłamała jak bura sucz.

Ze złamanym sercem i karierą pojechałam na Warmię do znajomych, gdzie opowiedziałam moją rozpaczliwą historię i dowiedziałam się, że w Olsztynie analogiczna przychodnia jest nieco mniej dokładna, a dokument tożsamości sprawdza  przy zakładaniu karty, a potem już nie. Sprawa okazała się łatwiejsza niż myślałam, chociaż gdzieś w dokumentach olsztyńskiej przychodni mam kilka centymetrów mniej niż w rzeczywistości. Dzięki, Dorotka.

Ze sfałszowaną kartą zdrowia sportowca kurs tatrzański stanął przede mną otworem.
Dwa tygodnie później, w połowie szkolenia, w upalny dzień przed Betlejemką Bobas, słynny, wieloletni szef COSu popatrzył na mnie i moją nogę i powiedział z pełnym zrozumieniem:
— Oj, dziewczyno, ale karty zdrowia sportowca to ty legalnej nie masz.
No, nie miałam, co nie przeszkodziło mi tego kursu zrobić. Po Tatrach trochę pochodziłam w czasach już nie pionierskich, ale zdecydowanie trudniejszych niż współczesne. Pomieszkałam na taborze i ogólnie to było kilka dobrych lat.

Ostatni wyciąg Zamarłej Turni (fot. Aleksander Suchanowski)

Mniej lub bardziej intensywne Tatry przeplatałam całkiem nowym wynalazkiem, jakim był rower górski, pętaniem się po suwalskiej morenie, wyjazdami w góry niższe, nazywane przeze mnie pogardliwie bałuchami i dalszym, konsekwentnym unikaniem sportu.

I tak nie uprawiałam tego sportu aż do momentu, kiedy pojawił się Bysiek, który moje postrzeganie zasad bezpieczeństwa nieco zmienił i zmusił do zweryfikowania standardów.

Część 3 — matka Polka wspinająca

Wspinanie z małym dzieckiem niesie ze sobą pewien kłopot, otóż dziecko się nie wspina, zazwyczaj nudzi się posągowo i jeszcze wypada, żeby rodzic dożył przynajmniej jego do matury. Bo ja tu sobie śmichy-chichy, ale to jest jednak sport niebezpieczny i ludzie się zabijają. Ok, statystyki mówią, że najniebezpieczniejszym etapem wyjazdu w skałki jest droga ekspresowa S8, ale dwóch moich przyjaciół w Tatrach zginęło, przez własne, bardzo głupie błędy. Po jednym z nich imię ma moje dziecko. Obaj byli jedynakami. Często myślę o ich rodzicach.

Okres byśkowego dziecięctwa nie był specjalnie standardowy. Robiliśmy razem dużo rzeczy głupich, fajnych i czasami niebezpiecznych. Na zdjęciu pięcioletni Bysiek zjeżdżający tyrolką z wieży w Ogrodzieńcu. Ona jest raczej wysoka, ta wieża.

Dziecko, które zawisło nad dziedzińcem

Jeździliśmy rowerami na bardzo długie wyprawy, chodziliśmy po górach, pływali po Wigrach, jeździli na nartach, ale akurat wspinanie dziecku się nie spodobało. Zabrane w skałki tyrolką owszem, jeździło chętnie, huśtało się w uprzęży z przyjemnością, ale wspinać się za bardzo nie chciało. A już szczególnie nie chciało patrzeć jak rodzice się wspinają i czytać w tym czasie książeczki. Najatrakcyjniejsze wydawały mu się wyprawy z młotkiem na amonity. Całkiem stabilne zainteresowania, jak na studenta geologii obecnie.

Na kilkanaście lat wspinać się przestałam, bo najpierw dziecko było za małe, potem dość trudne i nie bardzo dało się z kimś zostawić, urlopu miałam za mało, a jednak mimo wszystko postanowiłam nie zmuszać go do wspinania, zwłaszcza, że żeby zmusić trzeba było wywieźć dzieciaka na Jurę i tamże znosić fochy. Postanowiłam, jak się potem okazało słusznie, przeczekać. Instrukcję jak trwale zniechęcić lub zachęcić dziecko do ulubionego sportu rodziców jeszcze napiszę. Obiecuję.

Jak mówiłam wspinanie było. Było gdzieś w tle, w opowieściach, w micie założycielskim naszej rodziny, w zabawnych dykteryjkach i epickich anegdotach. W ludziach, którzy się pojawiali i przede wszystkim we mnie. Byłam wspinaczem w stanie spoczynku.  Dziecko o wspinaniu przypomniało sobie gdzieś koło 15. roku życia, na tyle wcześnie, że na kurs ściankowy nie chcieli go przyjąć nawet za zgodą rodziców i musiał odczekać aż skończy lat 16. W końcu skończył i wreszcie przyżarło. Ale dla odmiany właśnie wtedy rozsypałam się ja…

Część 4 — a trzeciego dnia zmartwychwstał

Akurat wtedy kiedy moje dziecko zaczęło przepraszać się ze wspinaniem zaliczyłam zapaść zdrowotną. Najpierw zerwałam sobie więzadła kolanowe. Skutecznie mnie rehabilitowano, ale i tak przez rok przy większym obciążeniu, rozumianym jako podniesienie więcej niż pięć kilogramów, ewentualnie próbę podbiegnięcia, kolano zginało mi się w bok. Nie polecam. Na przeszczep czekałam rok, bo kolano musiało się wygoić, nowe więzadła dostałam swoje własne, wydłubane z tej nogi, której jak myślałam bardziej się zepsuć nie da. Nie doceniałam się. Poza bliznami z dzieciństwa mam teraz dziury po przeszczepianiu więzadeł.

Zaczęłam po raz drugi uczyć się jeździć na nartach. Elegancko się wyrehabilitowałam po raz drugi i po dwóch latach ratowania kolana okazało się (tadaaaaam), że mam stwardnienie rozsiane. Nie wiem, czy to nie złudzenie, ale mam wrażenie, że jakoś mam więcej farta w życiu niż statystyczny obywatel…

To jest moment, którego nie lubię, bo miny rozmówców tężeją, patrzą na mnie ze współczuciem, zażenowani bąkają bardzo mi przykro albo ojej, podczas, gdy historia dalej jest zabawna i jeśliby ojej i przykro, to raczej może nie opowiadałabym tego w nastroju ironicznie-rozrywkowym. Zechciejcie więc, proszę, nie bąkać i nie tężeć, bo wielkimi krokami zbliżamy się do wspinania.

SM rozwaliło mnie na kilka lat. Jeśli ktoś widział mnie teraz, to zapewne puka się w głowę, bo wyglądam na całkiem sprawnego człowieka, ale kilka lat chodziłam z laską, na przemian głuchłam i ślepłam. Miałam tak porażone dłonie, że nie mogłam się podpisać, co spowodowało cyrk w banku przy odtworzeniu wzoru podpisu. Łyżką przestałam trafiać do gęby, co wywołało lekką konfuzję w korporacyjnej stołówce, jak się zalałam zupą. Okazjonalnie się zataczałam, przez co w podróży na wschód miękko wtopiłam się w krajobraz, bo nie mogłam utrzymać równowagi, więc prawdopodobnie byłam permanentnie uważana za nawaloną. Obawiam się, że tę opinię w okolicy mam do dzisiaj.

Kulawy w Czarnobylu (fot. Widzia)

Generalnie nie wyglądało to specjalnie różowo. Szczęśliwie zaczęli mnie skutecznie leczyć i pomalutku zaczęłam z tej zapaści wychodzić. Naprawdę pomalutku, bo nie jestem w stanie złapać momentu w którym zrobiło mi się lepiej. Po prostu, jak teraz sięgam pamięcią wstecz — kiedyś było gorzej.

Pewnego dnia uświadomiłam sobie , że całe wakacje przechodziłam bez laski, że znowu mogę jeździć rowerem, że mogę tym rowerem jeździć po górach i, że owszem kulejąc, ale przejdę Orlą Perć. I wtedy zrobiło mi się jakoś raźniej, jakbym wróciła sama do siebie. Całkiem nie wierzę, że cierpienie ma jakąkolwiek wartość, ani nigdy nie zadawałam sobie pytania „dlaczego akurat ja”, natomiast jeśli chodzi o zdrowotne zapaści, to mogę polecić chorobę remisyjno-rzutową. Warto choć raz w życiu przeżyć zmartwychwstanie.

Kulawy na Orlej Perci

Którąś jesienią młody uznał, że jednak będzie się wspinał regularnie i zaczął mnie ciągać po warszawskich ściankach, jako samobieżny przyrząd asekuracyjny. Asekurować zawsze lubiłam, robię to w miarę dobrze i nie straszne mi asekurowanie cięższych od siebie. W sumie nie bardzo mam wyjście, większość ludzi jest cięższa ode mnie. Zaczęłam chodzić na ścianki. Młody, dziecko trudne, wobec którego należało stosować liczne wybiegi wychowawcze opanował je do perfekcji.
— A może weźmiesz swoje korkery na ściankę? — zagajał.
— Nie nudzisz się może, bo zobacz tutaj taka bardzo łatwa droga, to może byś na wędkę weszła?
— O RANY, JAKĄ TY MASZ WSPANIAŁĄ TECHNIKĘ!!!
Absolutne wszystkie chwyty zdesperowanego rodzica zostały wykorzystane przeciwko mnie. Usłyszałam każde, absolutnie każde motywujące zdanie, jakie wypowiedziałam przez kilkanaście lat. Byłam chwalona, zachęcana i oblewana wiadrami pozytywnych wzmocnień.
Zadziałało. Polubiłam ścianki.

Moja pani neurolog przepytana na okoliczność wspinania, lekko się zdziwiła, dopytała czy umiem i czy na pewno robiłam to przed diagnozą i machnęła ręką. Jak potem gdzieś przeczytałam: każda aktywność fizyczna jest przy SM wskazana. Może niekoniecznie polecamy sporty ekstremalne, ale jeśli pacjent czuje się na siłach, to nie ma przeciwwskazań.
Uznałam to za błogosławieństwo, kupiłam sobie buty i uprząż i zaczęłam się rehabilitować na poważnie.

Okazało się, że regularne wizyty na ściankach i wyjazdy w skałki sprawiły, że zaczęłam robić postępy! Strasznie mnie to zaskoczyło, bo zawsze wydawało mi się, że o tej regularności treningów to takie rzewne bujdy są, żeby brutalniej nie powiedzieć i ok, jak się poruszam to będę wyglądała nieco mniej rozpaczliwie. A tu niespodzianka, po dwudziestu latach przerwy wspinam się lepiej niż kiedykolwiek. Szok i niedowierzanie.

20171125_200440_IMG_2139.JPG

Po dwudziestu latach przerwy okazało się, że wspinanie jest rewelacyjną rehabilitacją. Ćwiczy wszystkie partie mięśni. Rozciąga. Wzmacnia. Relaksuje. Ćwiczy psyche. Naprawdę, lepiej się nie dało. A poza tym integruje rodzinnie i jest fajne.

Jakby cotygodniowej rodzinnej wizyty w kościele na ściance było mało, zapisałam się na sekcję wspinaczkową (dla początkujących!), bo potrzebuję regularnej motywacji i rehabilituje się dalej. I mam nadzieję, że jeszcze chwilę się powspinam. I o wspinaniu popiszę.

Teraz chciałam Wam tylko powiedzieć, że wspinanie jest takie super :)

chcielismy-tylko-powiedziec-ze-pis-jest-taki-super-wiadomosci-tvp.jpg

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

Jeden komentarz na temat “Nazywam się Anna-Maria i jestem anonimowym wspinaczem”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s