Smutna historia pewnego sprzęgła

O 9:30 odpaliłam pod domem kampera. Zapalił za pierwszym razem. Akumulatory na full, działa oświetlenie gaz, wodę sprawdzę popołudniu. Ostrożnie mogę stwierdzić, że wszystko działa. Jestem niewierząca, nie jestem przesądna, powiem głośno:

Wszystko działa

A nie było to oczywiste. W zeszłym roku zakończyliśmy urlop z przytupem, którego się nie spodziewałam. Znaczy kiedyś tam się spodziewałam, że dwudziestosześcioletnim samochodzie w końcu coś poważnego w trasie się zepsuje, to owszem spodziewałam się. Nawet bardzo często się spodziewałam, ale w mojej dziesięcioletniej karierze kapitana zdarzyło się to raz, właśnie we wrześniu zeszłego roku, kiedy to zepsuła się skrzynia biegów.

Od dość dawna biegi w Bobeczku wchodziły kulawo.

Niezsynchronizowana jedynka, to normalka u tego pokolenia, ale wsteczny zgrzytał nieuprzejmie przy manewrowaniu, a cała reszta wchodziła jakoś opornie. Nasi mechanicy jakoś to łatali i jeździło. 

image

Ostatnie wakacje były dość konkretne. Podjazd, zjazd, manewry, serpentyny, miasto, korek na autostradzie. Skrzynia biegów boleśnie stękała od połowy wyjazdu, a pod koniec coraz dramatyczniej domagała się uwagi. Wsteczny wchodził za trzecim razem i wydawał dźwięki coraz bardziej nieprzyjemne, bezpieczniej było ruszać z dwójki, a potem biegi zmieniać z rozmachem dyrygenta orkiestry dętej, bo trójka potrafiła znajdować się w różnych miejscach w zależności od tego, czy się ją wrzucało z dwójki, czy redukowało z czwórki.

image

Nic dobrego z tego nie mogło wyniknąć. Przestałam kogokolwiek wpuszczać za kierownicę mimo dramatycznych protestów, bo uszkodzony organizm wymagał delikatnej i wprawnej ręki. Naprawianie samochodu we Włoszech, we Francji w Niemczech, czy tym bardziej w Szwajcarii, to nie było to czego bym sobie życzyła. Ani ja, ani mój portfel.

Uparłam się, że dojadę

Po pokonaniu przełęczy Galibier (2642 m npm) już było tylko gorzej. No, w sumie najgorzej byłoby, jakby szlak trafił hamulce, ale przypominam, że zwożąc 3,5 tony z dwóch i pół tysiąca metrów, hamuje się raczej silnikiem. Nie pomogło i gdzieś za Norymbergą, między Zwickau a Chemnitz (nie w Szwajcarii! Coś tam w niebie ateistów nade mną czuwa, może ta Nadzieja, co to ma tyle dzieci) całość zdechła całkowicie w korku na autostradzie.

image

Coś bardzo nie działało 

Z włączonym silnikiem nie dało się wrzucić żadnego biegu (patrz: dźwięki), z wyłączonym, wszystkie poza jedynką i wstecznym. 
Na parkingu manewrowałam metodą mojej matki z 1980 czyli jechałam wyłącznie do przodu. Alternatywą było cofanie na dwóch silnych chłopa: “ej, wyjdźcie i mnie przepchajcie metr do tyłu”.

Byłam ponad 800 km od domu

Miałam już przejechane prawie 600 i właśnie zbierałam się do szukania parkingu. Jechanie tych pozostałych 800 km autostradą na dwójce wydało mi się pomysłem dość karkołomnym. Zadzwoniłam do mojego mechanika, pana Andrzeja, który po kilku pytaniach diagnostycznych zawyrokował – sprzęgło, a nie skrzynia biegów, jak nie chcę szukać warsztatu w sobotę wieczorem koło Zwickau (nie chciałam), to mam jedną metodę.

Biegi da się wrzucać bez sprzęgła

Trzeba się tylko ruszyć z tej dwójki, rozpędzić się (hahaha) i delikatnie przyspieszając cały czas spróbować wepchać trójkę. Jak to określił pan Andrzej: jest taki moment, że wskoczy. Pobłogosławił mnie komplementem: kto, jak kto, ale pani na pewno da radę i się rozłączył. Nie w pełni podzielałam jego entuzjazm.

Delikatnie, na dwójce wyjechałam z tego parkingu. W tymże korku, w którym zdechło doturlałam się do zjazdu z autostrady, zjechałam w niemieckie wsie i rozpoczęłam eksperymenty.

I zadziałało

Okazało się, że rzeczywiście jak się operuje obrotami i ciśnie wajchę z biegami w stronę, gdzie powinna być trójka, to w pewnym momencie wskakuje. Nie róbcie tego w domu. 

Etnaśnie zmian biegów później wróciłam na autostradę, gdzie korek się skończył, a ja rozpędziłam się do kawaleryjskiej prędkości 90 km/h. Podjęliśmy decyzję, że nie śpimy po drodze, tylko po tej pustej autostradzie w nocy, grzejemy do domu. 

Technika była taka: wrzucam dwójkę, ruszam. Jak nie umiecie ruszać z dwójki, to się nauczcie, bo bardzo przydatna umiejętność. Na wyczucie wpychałam trójkę. Rozpędzałam ten samochód na maksa na tej trójce i na wyczucie wpychałam piątkę. Czwórki nie dało się wepchnąć za żadne skarby świata. Trudno, po co mi czwórka.

Jechałam bez zmiany biegów kilkaset kilometrów. Raz tankowałam, we Wrocławiu, gdzie rozpędem wjeżdżałam na pustą stację, przespałam się pół godziny i dalej startowałam metodą “z dwójki i dalej na wyczucie”

Siedziałam za kierownicą 19 godzin

Dziewiętnaście godzin. Przejechałam 1400 km, wypiłam trzy termosy kawy i o 5:35 byłam w domu. 

Raz na jakiś czas uznaję, że ja jednak naprawdę umiem prowadzić.
I to był właśnie ten moment. 

image

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s