Mam hopla na punkcie trakowania tras

Jestem pewna, że słowa trakowanie nie ma w języku polskim, ale będę go używała, bo rejestrowanie trasy jest nieporęczne. 

Kiedyś życie było piękne i przeciętny podróżnik nie miał GPSów i smartfonów, więc po powrocie pracowicie wrysowywałam trasę na papierową mapę markerem. Potem rozpaczliwie próbowałam używać Gógla i nanosić trasę na Google Maps, co się okazało na dłuższą metę nieatrakcyjne, bo kolejne zmiany map, jakie fundował Gógiel wiodły w stronę dna piekieł. Zaczęłam kombinować. Nawigacja samochodowa nie bardzo spełniała moje oczekiwania, a poza wszystkim była duża i żarła baterie za czterech. Po wyjęciu z samochodu, po godzinie oznajmiała a sama se zapisuj tę trasę i na tym kończyła się nasza współpraca.

W 2009 kupiłam GPS Nokii podłączany bluetoothem. Metodą prób i błędów, po przetestowaniu wszystkiego co się dało zainstalowałam w komórce (Nokia E50, nazywana wtedy, z niezrozumiałych powodów “smartfonem”) program Nokii nazywający się chyba Sport Tracker. Nokia program dość szybko olała, przestała rozwijać i sprzedała. Program był rozwijany potem jako Sports Tracker i, co mnie ucieszyło, otworzył nowe logowanie, więc wszystkie dane przeniosłam na nowe konto, już założone na mój własny, mało unikalny nick.

Od 2009 na wszystkich wyjazdach noszę w kieszeni włączony telefon z GPSem. W tej chwili czasami dwa telefony, bo okazało się, że symbianowa wersja jest mniejsza i żre mniej prądu niż wersja na Androida. Trakuję więc dalej Nokią, w tej chwili E52, która ma w porównaniu ze smartfonem z dużym dotykowym ekranem, tę zaletę, że przy normalnym użytkowaniu bateria starcza na dziesięć dni, przy używaniu do służbowych telefonów na tydzień, a przy trakowaniu na dwa dni. Trakowanie GPSem działa w Nokii bez konieczności włączania internetu, co jest nie bez znaczenia w roamingu.

Kiedyś, jak los sprawi, że będę mogła nie nosić ze sobą dwóch telefonów kupię GPSa zapisującego traka w malutkim puzderku. Albo zegarek z GPSem, który kosztuje cztery pełne baki kampera, więc trochę się waham.

Traki ze Sports Trackera eksportuję do *.gpx’a i *.kml’a. KMLe wciągam potem do Google Earth i przyrządzam pyszne print screeny. Więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Znaczy potrzeba, ale to już inna rozmowa.

GPXy przy pomocy darmowych narzędzi synchronizuję potem z milionem zrobionych na wyjeździe zdjęć, a niektóre programy same sobie dopisują nazwy geograficzne i wysokość wg położenia. Mnią chciałoby się powiedzieć. 

Po powrocie z Norwegii okazało się to fantastycznym wynalazkiem, bo na wszystkich zdjęciach fiordy jadły nam z ręki, a tak przynajmniej wiemy, czy jadł nam z ręki Dgjusgtyhfiord czy Hhjgtyjkiosmlfiord.

Bystry obserwator na pewno zauważy. Tak, leciałam samolotem z włączonym GPSem w kieszeni. Wymaga to trochę samozaparcia, ale przestałam się przejmować, odkąd zdałam sobie sprawę, że zapomniałam przed lotem wyłączyć Kindla 3G i swawolne urządzenie podczas startu ściągnęło mi poranną prasę. A traki z 11.000 metrów lubię oglądać. Bo tak.

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s