Stan przedzawałowy (to nie jest wpis sponsorowany)

Mojego kampera od prawie 10 lat serwisuje jeden warsztat. Może powinnam napisać raczej “moje kampery”, bo zaczynałam z trzydziestoletnim Mitsubishii L300, rocznik 1980, więc łatwo nie było.
Ów warsztat prowadzi typowy pan Andrzej, w kamizelce i koszuli w kratę. Wąsaty, jowialny, gadatliwy, ogromny i przesympatyczny. Ma więcej niż dopuszczalne 3,5 tony tolerancji na moje na jutro, już, w ostatniej chwili, bo zapomniałam jeszcze i czasem mam wrażenie, że wszystkie kolejne wyjazdy i wakacje zawdzięczam firmie Camppol.

Mój samochód po próbnym oblataniu w marcu na Jurze został zawieziony do warsztatu celem dokonania drobnych poprawek przed kwietniowymi nartami na lodowcu. A to pompeczka w kibelku nie działa, a to rury zakamienione, a kominek do odprowadzenia spalin od ogrzewania gazowego troszkę znowu urwałam o gałęzie. Samochód odwiozłam, terminy określiłam zdumiewająco rozsądnie (miesiąc) i zajęłam się, w przerwach planowania wyjazdu, pracą zawodową.

Do warsztatu zadzwoniłam, upewniłam się, że wszystko działa i zapowiedziałam na okolice 5 kwietnia po odbiór. Odbiór równa się wycieczka za miasto, bo kamper stoi dwadzieścia pięć kilometrów od mojego domu. W piąteczek postanowiłam zakomunikować, że nie sobota, jak zazwyczaj, tylko poniedziałek, bo szychta niedzielna, praca zmianowa i nie mogę. Zadzwoniłam koło 15., żeby się warsztat na sobotę nie śpieszył, bo i tak mnie nie będzie. I tu następił dramat.

Od godziny 15 w piątek, do bardzo późnego wieczora, kiedy wykonałam ostatnią, rozpaczliwą próbę połączenia, telefon był poza zasięgiem. A ja mam bujną wyobraźnię. Zwizualizowałam kolejno:
* wypadek losowy, w tym dotyczący również najbliższej rodziny
* napad rabunkowy na warsztat celem kradzieży wartościowych przedmiotów i zdemolowania mniej wartościowych (tu mój kamper)
* wypadek komunikacyjny, w tym zagranicą, przepadek mienia razem z moimi kluczykami od kampera
* reakcję ucieczkową całego warsztatu, gdyż zepsuli mojego kampera
* ciężki ubytek na zdrowiu właściciela warsztatu, przy czym zawał i wylew były najłagodniejszymi
A i to zapewne nie wszystko.

O 9:20 w sobotę, kiedy to miałam za sobą już pól szklanki ciemnego piwa wyżebranego od biesiadujących u mnie w mieszkaniu studentów (dla mnie to dużo i ewenement, występujący w skrajnych stanach wyczerpania nerwowego i atakach depresji, wiem ekonomicznie), źle przespaną noc, koszmarny poranek i nieledwie opłakany wyjazd, telefonia komórkowa raczyła mnie poinformować, że numer do którego chciałam się dodzwonić (trzydzieści razy, Wysoki Sądzie), jest już dostępny w sieci. Okazało się, że panu Andrzejowi rozładowała się komórka, czego nie zauważył.

W zasadzie mogłam tę opcję też uwzględnić, ale nie przyszło mi do głowy, że ktoś może przez kilkanaście godzin nie spojrzeć na telefon.

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s