Posiadam zamiłowanie do dróg polnych

Offroadem bym tego nie nazwała, ale swojska nazwa wjechać w buraki jest całkiem zasadna. W czasach zamierzchłych, kiedy jeździłam jako pasażer-pilot potrafiłam udawać, że zabłądziłam, kiedy jakiś skrót wydał mi się atrakcyjniejszy niż droga główna. Do legend rodzinnych przeszła miejscowość o wdzięcznej nazwie Wierciochy, do której udało mi się wjechać sześć razy z sześciu stron, zwiedziwszy przy okazji kawał jakiejś puszczy.

Kiedy młody był bardzo młody pognałam rodzinę maluchem na zwiedzanie opuszczonego toru na północy Polski. Do torów i mostów do dziś posiadam słabość absurdalna i niczym nie wytłumaczalną, a do tego toru, a raczej nasypu co po torze został, szczególnie, ponieważ tworzy on całość z wiaduktem w Stańczykach. Z młodym młodym nie dało się Rzeczypospolitej przemierzać rowerem, na odległości satysfakcjonujące mnie, przemierzałam więc zdezelowanych rodzinnym maluchem. I na owym historycznym torze udało mi się pokonać odcinek, który na oko był przejezdny jedynie dla czołgów i traktorów, zbudować z okolicznych krzewów prowizoryczny most nad kałużą w którą dorodny, choć podkundlony, owczarek niemiecki zapadł się wraz z brzuchem oraz roztoczyć przed rodziną wizję, jakie to cudowne rubieże zwiedzamy właśnie. Młody był młody, więc nawet mi uwierzył.

I już prawie udało mi się wyjechać w Dubieninkach kiedy maluch zawisł nam na głazie narzutowym wielkości niedużego wiadra. Nie spanikowałam, podlewarowałam malucha, przy pomocy łopatki młodego wykopałam głaz (od tamtego czasu wożę ze sobą saperkę i maczetę), opuściłam samochód i pojechałam dalej. Kluczowe trudności pokonałam brawurowo, ale niesmak pozostał i od tego czasu rodzina mniej entuzjastycznie zapatrywała się na wycieczki w Niezwykle Ciekawe Miejsca (które często były opuszczonymi wiaduktami kolejowymi) oraz Niezwykle Malownicze Drogi (które zazwyczaj był kiepsko przejezdne).

Malucha z czasem wymieniłam na kolejne, coraz lepsze i coraz wyżej zawieszone auta, a w pewnym momencie stałam się szczęśliwą posiadaczką kampera. Kamper swoje lata ma, napęd na tylne koła i zawieszenie jak każda furgonetka, mało terenowe, acz uczciwe.

Ja się w zasadzie trochę zestarzałam i nawet bym się nie podejrzewała, że umiem jeździć furgonetką bokiem w doł, bo troszkę mi drogę podmyło, podjeżdżać 2,5 tonami przez kopny piach i pokonać wzniesienia, które nie wyglądają na takie, co się łatwo pokonać dadzą. I były momenty, kiedy byłam pewna, ze tym razem już mnie wywali, bo kamper, jednostka zgrabnością dorównująca krowie dojnej, ma jednak ograniczony kąt pod jakim może stać. Podjazd po piachu wykonałam z rozpędu wywaliwszy uprzednio rodzinę za burtę, a podjazd pokonałam siłą woli. I kiedy po zaliczeniu kluczowych trudności z filozoficznym spokojem patrzyłam jak mi się przestają trząść ręce, pożałowała, że rzuciłam palenie. Po naprawdę to był moment, że powinnam zapalić. Przeliczyłam ile lat krócej będę żyła przez dowcipny życiorys i grzecznie zaczekałam na rodzinę pokonującą wzniesienie na piechotę. A droga na mapie była, z Węsiorów do Mściszewic. Nawet zielony szlak turystyczny Szlakiem Kamiennych Kręgów nią szedł. Bo kamper jak wiadomo, to doskonałe auto na jeżdżene szlakami turystycznymi.

I wcale się nie ukrywam z tym, ze czasami lubię jak pasażer krzyczy, zwłaszcza, kiedy krzyczy całkowicie bezzasadnie, na przykład przy zawracaniu w zatoczce autobusowej, albo przy zjeżdżaniu z górki w nocy i we mgle, ale najbardziej lubię, jak mi własna mać mówi:

— No, myślałam, że tym samochodem… już takich numerów robiła nie będziesz…

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s