Dzieci zasypiają w samochodzie.

A ja, nie ważne co się dzieje, jak się spiętrzają niesprzyjające okoliczności i jak bym nie była zdenerwowana, uspokajam się w momencie, kiedy siadam za kierownicą.
A im większy samochód tym szybciej. Jak mam coś przemyśleć, muszę jechać. Szkoda, że z notowaniem słabo.

Ponieważ za dwa tygodnie wyjeżdżam na weekend…

… i już mi się nie chce myśleć o wyjeździe na Jurę, to zaczęłam intensywnie myśleć o wyjeździe na narty na przełomie marca i kwietnia.

Chciałabym do Włoch, bo tam kamperowe eldorado, ale pewnie jednak wygra Austria, ze względu na lodowce, które mają szanse nie rozpuścić się do kwietnia. 

Byłam już na Molltallerze, na Stubaiu i na Tuxie.
Na Sellarondzie też byłam, ale w kwietniu jeździ się tam po kałużach.

Jakieś podpowiedzi, gdzie jest fajnie?

Co powstanie ze skrzyżowania 5-cio gwiazdkowego hotelu z czołgiem?

PILNIE potrzebuję 400.000 dolarów.

coffee-in-the-wood:

image

image

/

…ano powstanie najbardziej extremalna wersja kampera na ziemi.

EarthRoamer dotrze wszędzie. Jeśli dodatkowo masz bardzo dużo wymagań – przy których moja poranna kawa to mały pikuś – to zajrzyj na ich stronę ;)

wszystkie zdjęcia należą do producenta pojazdu.

Co powstanie ze skrzyżowania 5-cio gwiazdkowego hotelu z czołgiem?

To są opony Matador Master, czyli rzecz o pękających oponach

Byliście kiedyś ciekawi, jakie to uczucie, jak na autostradzie pęka wam opona? Ja nie byłam, ale nie, żebym o tym nie myślała widząc na poboczach szczątki opon. No, to ja już wiem.

Pierwsza od góry, a zarazem lewa tylna, pękła wieczorem na autostradzie niedaleko Wezuwiusza. Zaczęło coś dziwnie hałasować, jakbym jechała po chropowatej nawierzchni. Czasami pobocze jest odgrodzone taka linia, która hałasuje po wjechaniu na nią, żeby obudzić kierowcę. To było coś w tym stylu.
Włosi mają przy autostradach luksusowe zatoczki co sto metrów, zjechaliśmy, wysiedli, ocenili sytuację, podnieśli samochód, zmienili koło, odjechali.
Tak w dużym skrócie, bo wtedy byliśmy lekko przerażeni, chłopaki najpierw samochód podnieśli, a potem chcieli odkręcać koło, w zapasie nie sprawdzaliśmy ciśnienia od wczesnej kredy, pompka samochodowa okazała się zepsuta, ale koniec końców w miarę sprawnie odzyskaliśmy przyczepność i cztery koła. Już po ciemku, ale zawsze. Nową oponę kupiłam w Herculanum. Okazała się trochę z wykopalisk.

Druga opona, tym razem prawa tylna, pękła nam o zachodzie słońca, na autostradzie do Bari, jak jechaliśmy w stronę podeszwy apenińskiego buta. Zaczęło hałasować i już wiedziałam co się dzieje, ale autostradą jechałam darmową, zatoczek było mniej, a musiałam się zatrzymać jednak w miarę szybko, bo na feldze jedzie się trochę mało komfortowo.
Odjechałam na tej feldze ile się dało od zakrętu autostrady, trójkąt i ubraną w kamizelkę odblaskową Panią Starszą wystawiłam przed zakrętem, z czego trójkąt bardziej na środku, a Panią Starszą jako wzmocnienie przekazu za barierką. Człowiek ma tak mózg zbudowany, że drugiego człowieka widzi szybciej niż jakiś trójkąt. Prawe koło, prawe pobocze, dobra widoczność. W kuper nikt nam nie wjechał, chociaż trąbili. Ale oni zawsze trąbią. Całkiem sprawnie wymieniliśmy koło i odjechali. Ja w tzw. międzyczasie zdążyłam nawet znaleźć gomistę. Tak swoją drogą, tylu wulkanizacji, co we Włoszech nie widziałam nigdzie, a ten gumista śmieszył nas cały czas.
Tym razem dwie fabrycznie nowe opony kupiłam w Materze. I kazałam je na wszelki wypadek przełożyć na przód. Don Luigi, który opony nam sprzedawał wyraził entuzjazm, co do mojej światłej decyzji. Układ choreograficzny, który wykorzystałam do tego, żeby wytłumaczyć Włochowi, że na koła z przodu (wspomniany Matador) przełożyć na tył, a te nowe na przód, był doprawdy wart uwagi. Bonus – na przód jest po prostu avanti. Jak jest tył, nie wiem dalej.

Trzecia opona, lewa tylna, chciała mnie zabić koło Strykowa w piątek, późnym wieczorem. Pękła, jak widać na zdjęciach, najmniej widowiskowo, za to hals z jaki wprawiła kampera był epicki. Całość trwała chyba kilka sekund, ale Bysiek zdążył zapytać które koło, a ja odpowiedzieć. Myśleć za bardzo nie miałam czasu, bo po pierwszym halsie, który wyrzucił mnie z prawego pasa pod lewą barierkę, udało mi się złapać sterowność i po kilku mniejszych halsach wjechać na pobocze bez użycia hamulca. Tak w sumie chyba to, że przy halsowaniu nie zaczęłam hamować, tylko rozpaczliwie redukowałam biegi, mogło uratować nam życie.
Trzecią oponę zmienialiśmy po ciemku, na polskiej autostradzie, kucając metr od pędzących TIRów, z których trzy czwarte nie zauważyło trójkąta, wiszącej na nim latarki, człowieka w kamizelce sto metrów za kamperem, trójki ludzi z dwoma latarkami przy kamperze. A może zauważyli, ale nie dali tego po sobie poznać nawet minimalną zmianą kursu. Wyjścia za bardzo nie miałam. Zostać się na tej autostradzie nie dało, musiałam zapas założyć i odjechać. Jedyne co mogłam zrobić, to stać na tej autostradzie koło AJSa i Byśka, bo jeśli jakiś TIR by ich jednak nie zauważył, to naprawdę, nie chciałabym być wtedy na poboczu. Nie miałabym po co tam być.

Bez zapasu na czwartym ocalałym Matadorze dojechałam do domu, z prędkością około 60 km/h co chwila sprawdzając, czy się z nim nic nie dzieje. Miałam tego dnia w kołach już około 800 km. Te ostatnie 100 zmęczyło mnie jak nic wcześniej.
Jeżdżę samochodem prawie trzydzieści lat. Nigdy wcześniej tak wiele nie zawdzięczam przypadkowi. Ja prowadziłam, a nie na przykład Bysiek. Jechałam po w miarę pustej autostradzie. Nie wyprzedzałam ciężarówki. Nic mnie nie wyprzedzało w tym momencie.
Moje odruchy, bo nie czarujmy się, na podjęcie jakiejkolwiek decyzji nie miałam czasu, zadziałały prawidłowo i nie położyłam tego kampera. Przełożyłam te stare opony na tył, bo jak pękłaby przednia, to sterowności nie utrzymałabym na pewno.

Nie wiem czy mam traumę. Chyba trochę mam. Pierwsze co zrobiłam, po przyjechaniu do Warszawy, to kupiłam dwie dobre opony. Mam do wymiany jeszcze cztery – dwie zimówki i dwie letnie. Najpierw muszę to opisać, potem zmienić opony, a potem gdzieś pojechać. Bo wsłuchiwać się, czy przypadkiem nic mi znowu nie pęka, nie przestanę chyba nigdy w życiu.