Pod lodowcem było nieco rześko i upał jakby zelżał. Tak do -10 zelżał w najchłodniejszą noc. Niestety nie dopatrzyłam i dałam się przekonać, że damy radę oraz niepotrzebna nam izolacja na szoferkę. Otóż była potrzebna. Wyziębiało się przez blachę niemiłosiernie i dwie zabrane profilaktycznie kalimaty nie pełniły funkcji izolacyjnych na tyle, na ile bym chciała. Dałam radę, owszem, to by się nawet zgadzało, bo jest zima, to musi być zimno, pani kierowniczko, ale wolałabym móc wyjść ze śpiwora zaraz po obudzeniu, a nie przez sen uruchamiać grzejnik.

Zaraz więc po powrocie rozpoczęłam poszukiwania termomaty do izolacji. Okazało się to mniej trywialne niż myślałam, bo maty są docinane pod wymiar szyb, a mój pełnoletni kamper ma szyby o wymiarach zgoła odmiennych niż obecnie produkowane. Zaczęłam więc fedrować w internecie, aż dokopałam się do strony, gdzie termomaty były w wyborze przyzwoitym, a miły pan mi odpisał, że wprawdzie ten model to za króla Popiela był modny, ale sprawdził i Niemcy mają w magazynie cztery sztuki w złogach. Kazałam kupić, o ile za nią nie zapłacę jak za zabytek.

Na ostatni wyjazd pojechałam więc z termomata, która okazała się nieco nieporęczna w transporcie, ale za to niebywale użyteczna na postoju. W nocy trzyma ciepło w środku, w dzień sprawia, że kamper się mniej nagrzewa, a dodatkowo pełni funkcję zasłonki od frontu. Żyć nie umierać.

Szkoda tylko, że na ten rewolucyjny pomysł wpadłam już po powrocie z zimowego wyjazdu, a o przydatności urządzenia przekonywałam się w czerwcu. Niech będzie, że chłodnym.

Warszawa – Bałtów

Przy okazji zlotu zwiedziliśmy Jura Park w Bałtowie. Oględnie rzecz ujmując rozrywka dla dzieci młodszych niż dwudziestoletnie, acz student geologii zapewniał profesjonalną obsługę wycieczki. Wiem wszystko o Echinoidea i ich peryproktach i madreporytach. Jest też minizoo. Z lamami.

Wracając obejrzeliśmy też kopalnię krzemienia pasiastego w Krzemionkach Opatowskich, która okazała się zaskakująco bogatym muzeum geologiczno-archeologicznym. Całość to nowy budynek muzeum, trasa turystyczna i prawie 500 metrów pod ziemią w neolitycznym wyrobisku, dzięki unijnym funduszom estetycznie opakowane i nastawione frontem do klienta. A w muzeum są krzemienne groty strzał, rzymskie włócznie z okresu rzymskiego i dużo ceramiki. 

Tu dygresja: jadąc przez Polskę prowincjonalną bardzo widać ile zawdzięczamy Unii i jak sensownie mogą być zagospodarowane fundusze. Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy to nowiuteńkie, czyściusieńkie toalety. Już to nastraja mnie euroentuzjastycznie. A Krzemionki, to drugie po Grotach Nagórzyckich, ciekawe miejsce, które bez unijnego zastrzyku kasy byłoby smętną dziurą w ziemi. Well done, Unio.
Niech będzie, że mam słabość do podziemnych tras turystycznych i estetycznych kibelków.

Nieco gorzej pod względem estetyki przedstawia się Świętokrzyska Kalwaria Narodu Polskiego (czy jakoś podobnie) w Kałkowie-Godowie, powiat starachowicki. Nie będę się siliła na opis tego miejsca, bo w niezrównany sposób zrobił to już kolega Bart, ale miejsce jest tak niezwykle brzydkie, że nawet ja, z moim zamiłowaniem do turpicznego, ludycznego katolicyzmu uciekłam stamtąd w popłochu płacąc za parking co łaska. Tak, na zdjęciu jest betonowy Tupolew z wizerunkiem pary prezydenckiej.

Całość 401 km. Trak nudny i taki jak nie lubię, liniowy.