Wąskie gardło drogowca

Mam 5,50 metra długości, bez rowerów. Z rowerami chwilę powyżej sześciu. 2,25 metra szerokości, bez lusterek i 3,05 w kłębie, gdzie klab w przypadku kampera to skrzynia na dachu. W ciągu ostatnich kilku dni przyjechałam pod kilkoma malowniczymi, poniemieckimi wiaduktami oznaczonymi jako 2,70, przez zwieńczenie bramy przy swietej Wilgefortis i przez zabezpieczenie antytirowe na drodze gminnej przez Mieroszów (2,20). Zabezpieczenie okazało się płotkami zamontowanymi z obu stron drogi na wysokości koła.

W przypadku co bardziej newralgicznie wyglądających przejazdach AJS wychodzi i sprawdza, czy się mieszczę. Przy miejscach szczególnie nerwowych wchodzi na drabinę i od góry ocenia, czy damy radę. Ta opcja, preferowana przez Byśka, bo przejechanie się na drabinie pod wiaduktem — fun, fun, jest o tyle bardziej rozrywkowa, że poza perspektywą zostawienia na bramie budy, mam jeszcze perspektywę urwania głowy komuś z rodziny. Bo o ile o AJSa jestem w miarę spokojna, tak mam obawy, że Bysiek nie schyli się w odpowiednim momencie zajęty bojowym okrzykiem “stój, nie mieścisz się”.

Pod rokującymi wiaduktami przejeżdżam teraz powoli, środkiem, na awaryjnych, a z moich doświadczeń wynika niezbicie, że do znaków ostrzegawczych o zwezeniach i zniżeniach, należy spokojnie doliczyć 20 cm. Jak do torów cara Mikołaja, które wiadomo powszechnie dlaczego są szersze i o ile.