2009 — N-E i S-W czyli wakacje na dwa rzuty

Pierwszy tydzień na północy, potem powtórka z Dolnego Śląska, spędzona głównie w kopalniach, sztolniach i bunkrach.

Pierwsza część rowerowo-wodna, suwalsko, biebrzańsko, mazurska. Druga naziemno-podziemna.
To ten rok, kiedy do AJSa w Beskidach jechałam przez Czechy, bocznymi drogami. Nawet się nie zdziwiłam, jak zobaczyłam oznaczenia trasy maratonu MTB, bo droga była szeroka. Wprawdzie rowerzyści patrzyli trochę zdziwieni, jak ich wyprzedzałam kamperem, ale jestem do tego przyzwyczajona. Zdziwienie zrozumiałam dopiero jak wyjechałam po polskiej stronie z owej polnej drogi, a przy niej zobaczyłam oznaczenie Do pieszego przejścia granicznego 2 km.
Wtedy też, zjeżdżając od granicy umarła moja skrzynia biegów i zaczęliśmy się żegnać z Mitsubishi L300 rocznik 1980.

Epokowe odkrycie – GPS Nokii połączony przez bluetooth z telefonem Nokia E50. Jeszcze go gdzieś mam i powinien działać, na popularnym serwisie aukcyjnym ciągle kosztuje koło stu złotych. Od tego roku moje wakacyjne mapy już nie będą takie same, a potrzeba trakowania wyjazdów zacznie graniczyć z obsesją.

Według danych z GPSa:
N-E – 937, S-W – 2065 razem 3002.
Daje to w sumie 7,5 tysiąca kilometrów starym kamperem po Polsce, nie licząc krótkich wypadów i podróży po warsztatach.
A dopiero zaczynaliśmy się rozkręcać.

2008 – Chabry z poligonu

Trochę odważniej, trochę sprawniej. Trasa podobna, bo jakieś atawizmy ciągną mnie nad wodę, nie musi być duża. Mazury, Pomorze, trochę industrialu, dużo bunkrów (które powrócą z wielką klasą w 2011).
Oczywiście lądujemy u AJSa w Beskidach, a stamtąd do znajomych na Roztocze. Trochę nielegalnie, bo kamper był zarejestrowany na trzy osoby, a jechaliśmy w cztery.
Podobało nam się coraz bardziej.

Z obliczeń myszą po mapie – około 2500 km.